Posts Tagged ‘daventry’

W województwie londyńskim cz. 1 – Northampton, Daventry

5 listopada 2012

Witam i przepraszam za długą nieobecność. Ten wpis jest pierwszym z cyklu, w którym omawiał będę wakacyjny wyjazd do pracy w Wielkiej Brytanii. Zapraszam do czytania.

Decyzja o moim wyjeździe do Anglii zapadła dość nagle.
Zwykle podobne wyjazdy poprzedzają (przynajmniej u mnie) kilkumiesięczne zapowiedzi, rezerwacje z wyprzedzeniem, kupowanie ciuchów czy sprzętu specjalnie na wyprawę i tym podobne rzeczy. Tutaj nic takiego nie miało miejsca. W zasadzie wszystko zawarło się w trzech-czterach tygodniach – od wstępnych zapowiedzi, poprzez przyznanie środków z rodzinnego funduszu, aż do kupna biletów na samolot i pakowania się. Dla mnie tempo było tym większe, że mieszkanie było rozgrzebane w związku z wymianą podłogi i panował w nim niemożliwy bajzel, a do tego, ponieważ musiałem niechętnie pomagać1 w remoncie, nie bardzo miałem czas czy możliwość zająć się przygotowaniem. Do tego niby wiedziałem dokąd mam się udać (do domu ciotki i jej męża w Daventry, Northamptonshire, aby pracować przez wakacje w fabryce ciastek, w której pracowała już kuzynka), a ponadto miałem adres e-mail do agencji pracy, ale, jak się okazało, nie wszystko dało się załatwić zdalnie i ostatecznie jechałem do Anglii trochę w ciemno. No i bilety na autobus z lotniska w Luton do Northampton miał mój kuzyn Krzysiek, z którym mieliśmy znaleźć wspólne zatrudnienie i który leciał innym samolotem z Katowic.
W końcu jednak udało mi się zająć swoją stroną wyprawy i w środę 8 sierpnia o godzinie 5 rano znalazłem się na nowiutkim i niezwykle imponującym terminalu wrocławskiego lotniska, odwieziony tam przez brata. Jedynym moim bagażem był pożyczony od bratowej2 plecak, załadowany tylko najpotrzebniejszymi rzeczami (dwie zmiany ciuchów, nieco więcej podkoszulków, gaci i skarpet), a mimo to nieomalże pękający w szwach i z ledwością mieszczący się w skrzynce, określającej maksymalny rozmiar bagażu, jaki można zabrać na pokład samolotu linii Wizz Air. Nie byłem do końca pewien, czy nie będę go musiał wciskać na siłę do skrzynki, aby udowodnić, że jednak się w niej mieści, ale nikt się go nie czepnął.
Nowy terminal wrocławskiego lotniska jest zupełnie niepodobny do poprzedniego, zbudowanego w latach dziewięćdziesiątych budynku, z którego w 2010 roku wylatywałem do USA. Jest duży, przestronny i elegancki, a ponadto urządzony w sposób wyjątkowo jasny i logiczny: z prawej jest strefa odlotów (odprawa bagażowa i kontrola bezpieczeństwa), z lewej strefa przylotów (jednokierunkowe wyjście, a za nim – widoczne z tarasu widokowego – karuzele bagażowe), a pośrodku kawiarnie i taras widokowy, na który wiodą długie schody ruchome, znacząco podnoszące ogólny współczynnik zarąbistości obiektu. Zdjęć nie narobiłem (w chwili wylotu do Wielkiej Brytanii nie miałem własnego aparatu), ale można je znaleźć na forum Skyscraper City:
1, 2, 3, 4, 5, 6, 7
„Dużego” bagażu nie miałem, więc skierowałem się od razu do kontroli bezpieczeństwa. Przeszedłem bez problemów i wjechałem schodami ruchomymi na poziom pierwszego piętra, na którym znajduje się – jak zresztą chyba we wszystkich dużych portach lotniczych – poczekalnia odlotów. Spowodowane to jest powszechnym obecnie zastosowaniem rękawów lotniskowych, które z konieczności znajdują się powyżej poziomu gruntu. Wrocławski port lotniczy ma sześć wyjść na płytę, z których obecnie tylko dwa wyposażone są w rękawy, ale na usprawiedliwienie władz lotniska można powiedzieć, że tanie linie lotnicze, które w większości korzystają z jego usług, wolą wypuszczać ludzi na płytę niż do rękawu – w ten sposób mogą używać jednocześnie wyjścia przedniego i tylnego, aby szybciej pozbyć się pasażerów, wcześniej odkurzyć samolot, wcześniej wpuścić następną porcję podróżników i tym samym szybciej odlecieć.
Jako że do odlotu miałem jeszcze prawie godzinę, rozwaliłem się na jednym z wygodnych siedzeń w poczekalni i w takiej pozycji oczekiwałem na lot. Po niedługim czasie okazało się, że to błąd taktyczny – do bramki już zaczęła się ustawiać kolejka (w Wizzie rezerwacja jest nieobowiązkowa i dodatkowo płatna, więc przy zajmowaniu miejsc obowiązuje zasada „kto pierwszy, ten lepszy”). Kiedy się zorientowałem, że nie mam już szans na miejsce przy oknie, uznałem, że w takim razie nie ma co się pchać i pozostałem w pozycji leżącej obserwując ruch na płycie, aż do momentu, w którym bramka przy moim różowym, plastikowym Airbusie A320 (który przez cały czas stał na płycie) została otwarta i rozpoczęło się wpuszczanie pasażerów. Wsiadłem jako jeden z ostatnich, szybko włożyłem plecak na półkę, zamknąłem ją, wcisnąłem się na miejsce przy przejściu, grzecznie zapiąłem pas i obejrzałem znany mi już od znudzenia występ personelu pokładowego.
Samolot tymczasem został odepchnięty od bramki, włączył silniki i podjechał na początek pasa startowego. Tam zatrzymał się na chwilę, po czym dodał gazu i zaczął się rozpędzać pełną mocą. Uczucie gwałtownego przyspieszenia, jakiego zawsze doznaje się przy starcie odrzutowca, było mi wprawdzie wcześniej znane, ale nie latałem juz od dłuższego czasu, więc kiedy znowu poczułem gwałtowny nacisk fotela na moje plecy, przywołane jak na komendę wspomnienia sprawiły, że na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Gdy nasza różowa landrynka oderwała się od ziemi i poszybowała ku nieboskłonowi, przez chwilę mogłem oglądać przez malutkie okienka podwrocławskie pola i wioski, nim przesłoniły je rzadkie chmury, których z ziemi w ogóle nie było widać.
Lot urozmaicały niemal ciągłe turbulencje, które silnie trzęsły samolotem. Przez okienko mogłem podziwiać uginające się w górę i w dół skrzydło – widok znany mi już z lotu do Las Vegas – oraz rzadkie chmury, przez które lecieliśmy praktycznie cały czas. Pilot musiał się wzbić na 13 000 metrów, żeby uciec tak chmurom, jak i turbulencjom (wiem o tym dzięki temu, że co jakiś czas informował nas przez głośniki o tym, że stara się wznieść do góry, aby położyć kres wstrząsom). Stewardessy rozdały nam darmowe zestawy startowe sieci komórkowej O2, która to sieć ma zapewne jakąś umowę z liniami WizzAir. Osobiście nie narzekam – zestaw bardzo mi się przydał.
Wreszcie, mniej więcej półtorej godziny po starcie, zaczęliśmy powoli zjeżdżać z góry w kierunku lotniska w podlondyńskim Luton. Przez rozrzedzające się stopniowo chmury dało się widzieć nieregularne kształty otoczonych żywopłotami angielskich pól. Samolot dotknął płyty ruchliwego lotniska w rozkładowym czasie, z hukiem przyhamował włączonymi na rewers silnikami, podkołował na miejsce postojowe, drzwi się otworzyły i mogliśmy wysiąść.

Kiedyś stwierdziłem, że z każdej zagranicznej podróży wracam mniej zakompleksiony. Pomimo sporego dorobku wycieczek do bogatych krajów pozostało to także prawdą dla mojego ostatniego wyjazdu. Pierwszy raz byłem w Wielkiej Brytanii w roku 2005, w wieku lat osiemnastu, na wycieczce językowej. Wyjeżdżałem jako typowy zakompleksiony Polak, sądzący, że wszystko na zachód od Nysy Łużyckiej to cud, miód i zarąbistość w stanie czystym. Wróciłem mądrzejszy i zdecydowanie mniej zakompleksiony, świadom na przykład tego, że bogatszy kraj niekoniecznie jest czystszy albo że londyńskie metro, nieważne jak słynne i rozległe by nie było, nie w każdym aspekcie lepsze jest od warszawskiego. Od tego czasu widziałem między innymi najbiedniejsze dzielnice Brukseli, graffiti i strajki w paryskim metrze, murzyńskie getto w Filadelfii i miasto Newport News, które samo w sobie jest żywym pomnikiem eksurbanizacji i jedną wielką pigułką przeciwkompleksową. Ostatni wyjazd po raz kolejny jednak zaskoczył mnie tym, jak bardzo kraj potrafi różnić się od wyobrażenia o nim.
Lotnisko Luton to jedno z sześciu lotnisk zlokalizowanych w Londynie i pobliżu (Heathrow, Gatwick, City, Stansted, Luton i nowe Southend) i jedyne spośród nich, do którego nie da się bezpośrednio dojechać żadnym rodzajem komunikacji szynowej, aczkolwiek pomiędzy nim i najbliższym dworcem kolejowym kursują autobusy zintegrowane taryfowo z brytyjską koleją. Braku własnego odgałęzienia kolejowego nie należy jednak interpretować jako braku znaczenia – Luton jest głównym węzłem linii EasyJet, docelowym portem m. in. dla linii WizzAir, a dzięki położeniu w północnej części aglomeracji Londynu przy autostradzie M1 i gigantycznym parkingom robi za główne lotnisko dla południowych Midlandsów (regionu na północ od stolicy). Dla wielu Polaków (i nie tylko) jest też bramą wjazdową do Wielkiej Brytanii.
Nieco zaskakującym wydał mi się więc fakt, że aeroport ów prezentuje się niezbyt imponująco jak na duże lotnisko w kraju rozwiniętym, przy czym mówię to jako osoba, która widziała nie tylko Frankfurt nad Menem czy JFK, ale także na przykład Sandefjord Torp. Rękawów nie ma, wysiada się bezpośrednio na płytę, po czym pod nieco tandetnym plastikowym daszkiem przechodzi się do budynku terminalu, który jest całkiem spory, ale z wyglądu trochę przygnębiający – wielki, szary blaszak. Najwyraźniej budując lotnisko z premedytacją przeznaczone dla tanich linii, Angole nie silili się na fikuśną architekturę. Podejrzewam, że gdyby podobną konstrukcję popełniono w Polsce, łamy gazet pełne byłyby narzekania na to, że brama wjazdowa dla gości z zagranicy wygląda jak supermarket z lat dziewięćdziesiątych.
Wąskim, pełnym schodów i zdecydowanie nieprzystosowanym dla osób niepełnosprawnych korytarzem z blaszanymi ścianami doszliśmy do sali odpraw paszportowych. Wielka Brytania nie należy do strefy Schengen, zatem obywatele innych krajów UE wjeżdżający do niej muszą przejść kontrolę paszportową. Sala na lotnisku Luton jest wielkości połowy przeciętnej Biedronki i poprzecinana rozwijanymi z taśmy barierkami, która wymusza ustawianie się osób w kolejkę, idącą zakosami przez całą szerokość hali. Tego dnia kolejka sięgała mniej więcej do połowy dostępnej długości.
I tu łut szczęścia. Kiedy tak stałem, zastanawiając się, czy to mnie przyjdzie czekać na kuzyna, czy też on już czeka na mnie, okazało się, że samolot z Katowic wylądował zaledwie chwilę wcześniej i Krzysiek stoi w kolejce mniej więcej jeden rządek przede mną, tak że spotkaliśmy się kilka razy, mniej więcej w połowie każdego rzędu, podczas gdy kolejka posuwała się do przodu. Wreszcie przyszła kolej na odprawę Krzyśka, jakiś czas później na moją (na końcu taśmy zakosowej stał Murzyn i odsyłał każdą kolejną osobę do najkrótszego z ogonków, jakie stały już bezpośrednio przed budkami pograniczników), a chwilę później mogliśmy odebrać z karuzeli bagażowej walizkę Krzyśka. Niestety, nosiła ona ślady niezbyt delikatnego dotyku bagażowych – część kółek odpadła, część pękła, a ponadto nadwerężone były uchwyty. Z walizką ową kuzyn mój musiał się męczyć do czasu przyjazdu do Daventry.
Odwiedziłem jeszcze łazienkę, gdzie stwierdziłem, że na sto procent jestem w Anglii – umywalka miała dwa osobne krany z zimną i ciepłą wodą – po czym wspólnie wyszliśmy przed terminal. Znajduje się tam kilkanaście przystanków autobusowych przy kilku peronach. Jeszcze nie znaleźliśmy się w szponach ruchu lewostronnego sensu stricte, jako że koło lotniska większość ruchu odbywa się po ulicach jednokierunkowych, ale już zauważalne były pierwsze symptomy – na przykład drzwi wejściowe do autobusów znajdowały się z lewej strony. Kolejnym zaskoczeniem był dla mnie brak klimatyzacji w autobusach kursujących na połączeniach lokalnych. Niby logiczne, że angielski klimat nie wymaga stosowania układów chłodzenia powietrza, ale do tej pory znajdowałem się pod wpływem rozpowszechnionego w naszym kraju (i umocnionego przez podróż do USA) przekonania, że klimat klimatem, ale klima to już obecnie w zachodnim świecie standard. A tu kurde wcale nie – w rezultacie stałem przed budynkiem lutońskiego terminalu i z niejakim zdziwieniem obserwowałem, jak pozbawione obłych białych wypustek na dachu autobusy śmieją mi się w twarz otwartymi oknami.
Nie dotyczyło to jednak autobusów National Express, którymi mieliśmy się dostać do Northampton (z przesiadką na dworcu autobusowym położonym na obrzeżach Milton Keynes). Te miały klimę, ale za to wyróżniały się czymś innym – mianowicie, podobnie jak wszystkie inne widziane przeze mnie brytyjskie autokary, miały tylko jedne drzwi wejściowe. Były jeszcze drzwi ewakuacyjne – małe, wysoko umieszczone i z drugiej strony. Na wyświetlaczu z przodu wyświetlał się cel i numer linii (wszystkie linie National Express – a jest ich kilkaset, jako że przewoźnik ów jest w zasadzie brytyjskim PKS-em – są numerowane). Pojazd wyposażony był w toaletę (umieszczoną w tylnej części) i pasy bezpieczeństwa na wszystkich siedzeniach. Szkoda jednak, że nikt nie pomyślał o wyposażeniu go w więcej miejsca na nogi dla pasażerów. Było go mniej więcej tyle samo, co w samolocie, co dla mnie oznaczało kolejne godziny w ścieśnieniu. No ale nic – rozsiedliśmy się na tyle wygodnie, na ile to było możliwe i zajęliśmy się podziwianiem Anglii za oknem.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Typowy angielski krajobraz. Praktycznie cały kraj jest z jakiegoś powodu pagórkowaty.

Droga minęła nam szybko na interesującej rozmowie o bzdurach (tak, to nie oksymoron), tym bardziej, że jechaliśmy prawie przez cały czas autostradą M1. Zbudowana na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych sześciopasmowa droga jest głównym drogowym połączeniem Londynu z Midlandsami i północną Anglią. Sama szosa prezentuje się świetnie, ale wiadukty nad nią nieszczególnie – są to w większości grube konstrukcje z surowego betonu, a jako że beton w angielskim klimacie okropnie starzeje się optycznie, obecnie robią one niezbyt przyjemne wrażenie.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Autostrada M1.

W końcu zjechaliśmy z autostrady i zatrzymaliśmy się na małym dworcu Milton Keynes Coachways. Wraz z kuzynem ulokowaliśmy się w poczekalni, gdzie doznałem szoku adaptacyjnego, oglądając brytyjskie ceny produktów w barze (w przeliczeniu 10 zł za głupią kanapkę). Nasz drugi autobus był spóźniony kilkanaście minut i prawie pusty. Wróciliśmy nim na autostradę, aby po niedługim czasie zjechać z niej i rozpocząć przeciskanie się ciasnymi, zabudowanymi niewielkimi kamieniczkami uliczkami Northampton w kierunku dworca autobusowego. Nawiasem mówiąc, ulice w angielskich miastach często są znacznie węższe niż w polskich, podobnie jak budynki (za wyjątkiem gmachów publicznych). Charakterystycznym dla Wielkiej Brytanii obrazem, znanym mi już z poprzednich wizyt w tym kraju, są niekończące się rzędy wąziutkich szeregowych domków jednorodzinnych ciągnące się wzdłuż wąskich ulic. Northampton sprawia wrażenie znacznie mniejszego niż jest – właśnie za sprawą architektury, która w Polsce byłaby małomiasteczkowa.
Nie miałem absolutnie żadnych wyobrażeń odnośnie wyglądu dworca autobusowego w tym mieście, co teoretycznie powinno oznaczać, że jakkolwiek by nie wyglądał, nie byłbym tym zdziwiony. A jednak budynkowi temu udało się dokonać tej sztuki.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Northampton, dworzec autobusowy Greyfriars z zewnątrz. „Piekielne szczęki”, jak nazwał budynek architekt George Ferguson.
Free Image Hosting at www.ImageShack.usFree Image Hosting at www.ImageShack.usFree Image Hosting at www.ImageShack.us
Northampton, dworzec autobusowy, wnętrze.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Northampton, dworzec autobusowy, podziemia.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Northampton, d.a. Tablica odjazdów. Obejmuje tylko komunikację miejską i podmiejską.

Zbudowany w 1974 roku dworzec Greyfriars regularnie zajmuje czołowe miejsca w plebiscytach na najbrzydszy budynek w Wielkiej Brytanii. Jego ogromna, zwalista bryła rozsiadła się na wzgórzu obok rynku niczym Buka i swoją obecnością przytłacza filigranową architekturę miejskiej starówki. Dostanie się do niego wymaga przejścia przez jeden z długich tuneli, które wyglądają (i pachną) niezbyt przyjemnie. Dzieli wiele cech z warszawskim Dworcem Centralnym przed remontem (dostęp przez podziemia, czas powstania, zaniedbanie, niezbyt przychylne opinie użytkowników).
I tak jak zawsze lubiłem Centralny, który po remoncie zaskakująco dla wielu wypiękniał (powinienem sobie sprawić podkoszulek z napisem „Lubiłem Dworzec Centralny, zanim był fajny”), tak samo zawsze, kiedy trafiałem do Northampton, z przyjemnością chodziłem po Greyfriars. Miałem poczucie, że wiem, o co chodziło architektowi. Bardzo podobały mi się suwane drzwi, wyraźnie oddzielające perono-poczekalnię od surowego zewnętrza (gdzie stawały autobusy), ponadto zawsze byłem miłośnikiem przejść podziemnych, a z doświadczenia wiedziałem, że smród nie jest problemem nie do usunięcia – wystarczy monitoring i częstsze sprzątanie. Nie zdziwiłbym się, gdyby za dwadzieścia lat Greyfriars został uznany za jedną z pereł brytyjskiej architektury swojego okresu. Naturalnie po porządnym szorowaniu i kosmetycznym remoncie.
No ale pora wrócić do relacji. Na dworcu czekali na nas ciotka i jej mąż Jurek. Podziemnym przejściem wyszliśmy z dworca i z trudem niosąc walizkę Krzyśka (która w międzyczasie zgubiła ostatnie kółka i od której oderwały się uchwyty) doszliśmy na róg ulicy, gdzie zaczekaliśmy na Jurka, który poszedł po zaparkowany kilka ulic dalej samochód. Spotkana na ulicy przypadkowa Angielka widząc nasze problemy z walizką zaoferowała nam podwóz, ale grzecznie odmówiliśmy. Po chwili wszyscy siedzieliśmy w fordzie fiesta i zmierzaliśmy w kierunku Daventry.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Southbrook, widok ogólny.

Ciotka i jej mąż mieszkali w typowym angielskim szeregowym domku na osiedlu Southbrook. Osiedle zbudowano w latach siedemdziesiątych. Kiedy w Polsce powstawały wielkie blokowiska, Angole popełniali długie rzędy szeregowych domków o powierzchni około 110 m2 każdy (dane z drobnego ogłoszenia o sprzedaży podobnego domu). Wielkości domku daleko więc do wartości astronomicznych, a jego szkieletowej konstrukcji i drewnianym stropom podobnie jak w przypadku domków amerykańskich brakuje solidności, jaka cechuje jego polskie odpowiedniki. Jak sądzę, wynika to z faktu, że dla Polaka dom to inwestycja, na którą zbiera się przez całe życie, więc jeśli już szarpać się na budowę domu, to najlepiej, aby starczył on na długo – w miarę możliwości na kilka pokoleń. Anglik czy Amerykanin natomiast traktuje dom jako miejsce do mieszkania i nic więcej. Ma mieć cztery ściany i dach, nie przemakać i dać się ogrzać.
To powiedziawszy, muszę przyznać, że jako miejsce do mieszkania southbrookański domek spisuje się znakomicie. Układ pomieszczeń jest prosty i logiczny – na dole „pokój do życia” (z elektrycznym kominkiem i telewizorem, który miał włączone napisy w celu ułatwienia zrozumienia) i kuchnia z jadalnią, na górze trzy sypialnie i łazienka, schody na górę poprowadzone od wejścia, pod schodami komórka znana wszystkim miłośnikom Harry’ego Pottera. Natomiast dzięki temu, że koszt wzniesienia tego domu daleki był od bajońskich sum, ciotka i jej mąż mogą sobie na niego pozwolić, pomimo iż oboje pracują w zawodach, w których raczej nie dostaje się najwyższych pensji.
Za domem jest niewielki ogródek ogrodzony wysokim płotem w myśl angielskiej zasady „my home is my castle”. Ogródek jest wystarczający, aby uprawiać w nim kwiaty bądź warzywa (ogrodnictwo jest w Anglii bardzo popularnym hobby) bądź żeby było gdzie wypuścić domowe zwierzaki, żeby się załatwiły.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Rowan Atkinson i Krzysiek, prezentujący właściwą reakcję na wyświetlany na telewizorze napis „Śmiech”.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Elewacja ogrodowa.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Ogródek.

Zwierzaków w domu było trzy: psy Borys i Psota oraz kot Mikiki. Psy były niesamowicie przyjazne i entuzjastycznie witały każdego gościa, jaki przychodził do ciotki i jej męża – w tym mnie i Krzyśka. Ponadto były pierwszymi spotkanymi przeze mnie psami, które faktycznie reagowały na komendy („siad”, „noga”, „na miejsce”). Kot natomiast, jak to kot, chodził własnymi drogami. On też mnie polubił, ale dopiero po pewnym czasie – jak wracałem z pracy zmęczony i siadałem na fotelu, lubił wskakiwać mi na kolana i dopominać się o pieszczoty.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Z wszystkimi trzema zwierzakami.

Pora napisać coś o Daventry. Dwudziestodwutysięczne miasteczko w środkowej Anglii jest położone w pagórkowatym terenie. Idąc z Southbrooka do śródmieścia najpierw schodzi się na dół, potem przechodzi pod drogą tunelem z pociągami namalowanymi na ścianach, po czym ponownie trzeba wspiąć się na górę. Jeszcze wyżej stoją historyczny kościół, Tesco i dworzec autobusowy.
Śródmieście to okolice High Street, dworca autobusowego i leżącej pomiędzy nimi Sheaf Street – w sumie około ćwierć kilometra kwadratowego. Mieści się tu większość sklepów (w tym niektóre prowadzone przez organizacje charytatywne, np. Armię Zbawienia), trzy supermarkety (Waitrose, Tesco i Aldi), kawiarnie i restauracje, agencje pracy, a także biblioteka. Do tej ostatniej zapisałem się praktycznie natychmiast po przyjeździe, ponieważ ze względu na ograniczenia bagażu nie przywiozłem z Polski żadnych książek. I nie żałowałem – biblioteka miała sporą półkę z książkami o tematyce kolejowej, takich jak „The Western’s Hydraulics” (epicka opowieść o wielkich nadziejach, wielkim niedasizmie, walce z państwową biurokracją i lokomotywach z przekładnią hydrauliczną), album „Najsłynniejsze Koleje świata” i album brytyjskich dworców kolejowych. Oprócz biblioteki w mieście jest kilka szkół, szpital Danetre Hospital położony w dzielnicy Danetre (czytać Dejntri), uczelnia wyższa, kilka boisk sportowych i centrum sportowe z basenem.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Daventry, High Street. Od wtorku do piątku oraz w każdą pierwszą sobotę miesiąca ulica ta zamienia się w targowisko – Anglicy, w przeciwieństwie do niektórych Polaków, wcale nie uważają bazarów za przeżytek.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Tesco w Daventry
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Daventry, dworzec autobusowy.

Komunikację pomiędzy Daventry i Northampton zapewniają trzy linie autobusowe: D1, D2 i D3.
D1 i D2 kursują od poniedziałku do soboty, każda w takcie godzinnym, w taki sposób, że na ogół pół godziny po D1 jedzie D2 i na odwrót. Linie te jadą z Northampton prosto do dworca autobusowego w Daventry (przez Southbrook), a potem rozjeżdżają się po miasteczku. D3 natomiast jeździ co godzinę, zajeżdża do wiosek położonych z dala od głównej drogi i na ogół omija Southbrook – wyjątkiem są niedziele, kiedy linia ta kursuje co dwie godziny od 08:05 do 18:05 i jest jedynym połączeniem z Northampton do Daventry. Największa dziura (niebędąca nocą) w regularnym kursowaniu występuje jednak w dni robocze między kursami o 20.08 i 22.45, które są ostatnie w dobie i które obsługiwane są linią D3. Zapamiętałem sobie dobrze ich godziny odjazdu, ponieważ musiałem układać pod nie wszystkie plany wycieczek kolejowych po Wielkiej Brytanii.
Do miasteczka bardzo rzadko zaglądały piętrusy, w większości kursujące między Daventry i Northampton autobusy były klasycznymi dwunastometrowcami. Różniły się one jednak nieco od tych, jakie można spotkać w Polsce. Oczywiście miały drzwi z lewej strony – tylko jedną parę (no i podobnie jak autokary wyjście ewakuacyjne). Nie posiadały klimatyzacji, a na cały pojazd miały tylko cztery uchylne okna (i zero klap w dachu), więc kiedy zobaczyłem je po raz pierwszy, od razu stwierdziłem, że muszą być piekarnikami na kółkach. Pomyliłem się jednak bardzo – facet, który je zaprojektował, musiał być jakimś geniuszem aerodynamiki, gdyż te cztery okienka wentylowały pojazd w stopniu wystarczającym, aby utrzymać w środku znośne warunki przy trzydziestu stopniach (co było najwyższą temperaturą, jakiej doświadczyłem podczas pobytu w Wielkiej Brytanii).

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Daventry, d.a. Autobus na stanowisku.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Skryty w żywopłocie przystanek autobusowy na Southbrooku.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Wnętrze autobusu w dzień…
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
…i w nocy.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Daventry, Southbrook, Admirals Way. Piętrus zjeżdża sobie z górki na pazurki.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Daventry, Southbrook, Admirals Way. Autobus próbuje jednocześnie wyminąć zaparkowany samochód i wziąć między koła próg teoretycznie nie zwalniający autobusów – co, podobnie jak w Polsce, nie zawsze jest możliwe ze względu na zaparkowane samochody.

Jazda linią D3 trwa znacznie dłużej niż D1 lub D2, ale za to pozwala zobaczyć wsie Weedon, Nether Heyford i Bugbrooke. A warto tam zajrzeć, nawet przejazdem, jako że pozwala to zobaczyć, jak stare są angielskie wsie. Charakterystyczne kamienne budynki i wąskie drogi otoczone kamiennymi murami, przekraczające wąskie strugi kamiennymi łukowymi mostkami, wyglądają jak żywcem wyjęte z „Listonosza Pata”.

Free Image Hosting at www.ImageShack.usFree Image Hosting at www.ImageShack.usFree Image Hosting at www.ImageShack.us
Bugbrooke, staroangielska architektura.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Pub „The Olde Sun”, Nether Heyford.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Weedon, wąska uliczka, którą przeciskał się nasz autobus. Zdjęcie rozmazane wskutek potężnego zabrudzenia tylnej szyby autobusu.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Tabliczka na przystanku autobusowym we wsi Flore, upamiętniająca wzniesienie wiaty w 1958 roku przez organizację działającą na rzecz tej miejscowości.

Przez dwa następne miesiące przemierzałem tę trasę wielokrotnie i ostatecznie okazało się, że Northampton odgrywa znacznie większą rolę w moim ogólnym obrazie Anglii, niż myślałem na początku. Teoretycznie najbliższa Daventry stacja kolejowa znajduje się w Long Buckby, ale z racji częstszych połączeń – zarówno kolejowych, jak i autobusowych – i tak zwykle kończyło się na tym, że jechałem do Northampton.
O ogólnym wrażeniu może nie małomiasteczkowości, ale na pewno nie wielkomiejskości, już pisałem. Northampton ma prawie dwieście tysięcy mieszkańców, a sprawia – przynajmniej na mnie – wrażenie mniejszego od Elbląga, który ma 120 tysięcy. Ponadto jest stolicą hrabstwa i mieści się w nim między innymi kilka centrów handlowych, dwa stadiony i całkiem spory dworzec kolejowy, będący stacją docelową dla wielu pociągów. O ile dworzec autobusowy w Northampton budzi kontrowersje, o tyle dworzec kolejowy nie jest ani szczególnie dobry, ani szczególnie zły. Zbudowany w 1966 na miejscu poprzedniego, budynek wygląda nawet nie to, że niezbyt imponująco, ale wręcz banalnie i raczej nie zostanie uznany za perłę architektury.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Northampton, dworzec kolejowy.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Wnętrze.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Widok z wiaduktu drogowego obok na perony i kładkę. Niedostępny dla osób o wzroście poniżej 190 cm z powodu wysokich murów, które na wiadukcie zastępują barierki.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Ogólny widok na perony z kładki.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Na angielskich kolejach stosuje się takie oto oznaczenia miejsca zatrzymania czoła pociągu w zależności od liczby wagonów (i typu pociągu).
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Infrastruktura kolejowa, w tym znaki ograniczenia prędkości, które na angielskich kolejach wyglądają podobnie do drogowych.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Klasyczna angielska taksówka przed dworcem.

Na angielskiej kolei działa wielu przewoźników. Choć system taryfowy jest zintegrowany, pomiędzy poszczególnymi przewoźnikami panuje ostra konkurencja – wprowadzają oni np. własne promocje i zachęcają do kupowania biletów za pomocą ich strony internetowej. W Northampton w zasadzie wyłącznym przewoźnikiem były koleje London Midland. Była też jedna para połączeń Virgin Trains z Londynem, ale pociągi te odjeżdżały przed pierwszym autobusem z Daventry i przyjeżdżały po ostatnim autobusie do Daventry, więc tak naprawdę nigdy nie brałem ich pod uwagę.
Tabor London Midland był czysty, nowoczesny i zadbany, ale różnie bywało w nim z wygodą (czasem układ siedzeń 2+2, czasem 2+3 – i wtedy było trochę za wąsko), a przede wszystkim był taaaaki nuuuuudnyyyyy… Wystarczało dwa razy się przejechać, żeby mieć dość tych pociągów i intensywnie pragnąć odmiany, a sam kojarzący się z UFO dźwięk ich ruszania i hamowania wywoływał ziewanie.


Wjazd pociągu na stację Northampton.
Free Image Hosting at www.ImageShack.usFree Image Hosting at www.ImageShack.us
Pociągi kolei London Midland.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
„Pociąg odwołany z powodu braku personelu”. Nie tylko na polskiej kolei zdarzają się takie sytuacje.

Od stacji w kierunku rynku (i dalej) prowadzi miejski deptak – najpierw nazywa się Mare Fair, a potem Gold Street. Na tym odcinku jest to właściwie deptak z autobusem. Jezdnia skręca jednak w bok na Drapery tuż przed rynkiem i na dalszym odcinku deptak jest całkowicie pozbawiony ruchu samochodowego.
Całe Northamptonshire jest pełne Polaków, którzy w Daventry na przykład stanowią około 10% populacji. Pozwala to w pełni poznać znaczenie frazy „województwo londyńskie”. Nie jest niczym niezwykłym usłyszeć na ulicy polski język. W Daventry jest jeden polski sklep, a w Northampton dwa. Co najmniej. I powiem szczerze, że na tej konkretnej wyprawie ta właśnie rzecz najbardziej mi przeszkadzała. Nie żebym nie lubił swoich rodaków, ale jak wyjeżdżam za granicę, to chciałbym, żeby to była zagranica pełną gębą.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Northampton, przystanek autobusowy przy dworcu.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Northampton, Mare Fair
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Northampton, Mare Fair. Tabliczka przy wjeździe niczym z angielskiego filmu z lat 50-tych.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Northampton, Gold Street. Deptak z autobusem.<
Free Image Hosting at www.ImageShack.usFree Image Hosting at www.ImageShack.us
Northampton, Drapery.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Northampton, kościół Wszystkich Świętych.
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Northampton, rynek. Tutaj, podobnie jak w Daventry, rozstawia się targowisko, jednak w przypadku Northampton dni targowe trwają od wtorku do niedzieli.

No i to by było na tyle, przynajmniej o Daventry i Northampton. W miarę wolnego czasu będę publikował kolejne odcinki relacji – o mojej pracy, o moich wycieczkach, o Birmingham i Londynie. Do zobaczenia.

1 Cytat z wypracowania, jakie wysmażyłem w podstawówce na Dzień Matki: „Mama zmywa naczynia, a ja jej czasem niechętnie pomagam”. Zawsze lubiłem u siebie szczerość.

2 No dobra, przyszłej bratowej…