Białoruś 2011

W sierpniu tego roku w głowie mojego znajomego miłośnika kolei, Łukasza znanego w środowisku jako Semaforek, zrodził się pomysł wycieczki kolejowej na Białoruś. Bezpośrednią przyczyną, która zdopingowała go do tego, był fakt, iż od jakiegoś czasu szwędają się zajęcze uszy1 odnośnie ich planowanej likwidacji z powodu sporu o finansowanie pomiędzy szczeblem centalnym a regionalnym. Z tego powodu kol. Semaforek postanowił zebrać ekipę i przejechać razem z nią wszystkie trzy przejścia graniczne między Polską i Białorusią. Zgodziłem się na to tym chętniej, że miałem własne powody, aby jechać do tego kraju. Po pierwsze, stamtąd wywodzi się moja rodzina od strony ojca, a część jej członków wciąż tam zamieszkuje. Po drugie, mam poglądy na architekturę, które najlepiej chyba można streścić stwierdzając, że jestem niepoprawnym modernistą. Pomimo iż idea rozdzielania różnych kierunków ruchu i różnych rodzajów ruchu na różnych płaszczyznach okazała się nietrafna, podoba mi się to, co w efekcie powstało – mosty, wiadukty, tunele, kładki, estakady najrozmaitszego rodzaju. Ponadto lubię surową, betonową, ale jednocześnie pomysłową architekturę, a takiej w byłym Sojuzie nie brak – patrz chociażby Dom Rad w Kaliningradzie czy Ministerstwo Transportu (obecnie Bank Gruzji) w Tbilisi. Ekipa w wariancie ostatecznym składała się ze mnie, Łukasza, Krzyśka (SMall42) oraz Tomasza „Ostrego”. Wszystkich znałem już z wcześniejszych wyjazdów. Pierwszym etapem było uzyskanie wizy białoruskiej. Łukasz postanowił nie walczyć samemu z białoruską biurokracją, tylko zostawić to zawodowcom – biuru podróży z Białej Podlaskiej. Na dwukrotny wjazd na terytorium Republiki Białoruś zezwalała wiza prywatna i taką właśnie sobie wyrobiliśmy – jako cel wyjazdu wpisaliśmy na formularzach odwiedziny u Białorusina, którego Łukasz poznał na studiach. Dodajmy, że nasz kolega zorganizował to wszystko zdalnie, będąc w USA z odwiedzinami u wujostwa. Całość kosztów wizy, wraz z obowiązkowym ubezpieczeniem medycznym, wynosiła 200 złotych. Na miejsce spotkania wyznaczono pociąg osobowy (wiem, że nazywa się Regio, ale to dalej osobowy) odjeżdżający z Białej Podlaskiej w kierunku Terespola o godzinie 9.01. Uznałem, że aby tam dotrzeć na czas, najlepszym dla mnie rozwiązaniem będzie tania kuszetka w nocnym pośpiesznym (wiem, że nazywa się TLK, ale to dalej pośpieszny) do Warszawy (jedna z moich ulubionych opcji podróży do stolicy), a potem przesiadka na pośpieszny do Terespola. Czas na przesiadkę w Warszawie wynosił 50 minut, w Białej Podlaskiej – 30 minut. Bilet kupiłem z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Koledzy, którzy nocowali w Białej Podlaskiej, zgodzili się wziąć mój paszport z biura podróży, więc ta kwestia była załatwiona. Wielkie podziękowania należą się mojemu ojcu, który zgodził się pożyczyć mi swój aparat – znakomitą lustrzankę cyfrową marki Canon. Dzięki temu właśnie aparatowi byłem w stanie robić zdjęcia na tej wycieczce. Aparat ten jest tak dobry, że nocne zdjęcia dawało się robić bez szukania śmietnika, który mógłby posłużyć za statyw. Wyjeżdżałem wieczorem w dzień moich urodzin (19 września – Międzynarodowy Dzień Mówienia jak Pirat). Spakowałem się dość szybko, uważając, by wziąć tylko najniezbędniejsze rzeczy – chciałem się bowiem zmieścić do małego plecaka, z którym na co dzień chodzę na miasto. Na szczęście dla mnie i współpodróżujących pośród najniezbędniejszych rzeczy znalazły się m. in. cztery pary gaci i tyleż par skarpet 😉 Tuż przed wyjazdem obejrzałem też kilka odcinków serialu „Małe Kucyki”2, co okazało się mieć pewne nie do końca przewidywalne skutki. Mianowicie oglądanie dziewczyńskiej (choć sympatycznej) dobranocki w stanie silnego reisefieberu spowodowało, że pomieszały mi się skojarzenia i cała wycieczka oraz kucyki od tej pory nieodparcie kojarzyły mi się nawzajem ze sobą. A jako że mam zasadę, iż moje recenzje piszę w sposób maksymalnie osobisty, nie zdziwcie się, jeśli gdzieś w środku tekstu zobaczycie kuca szwędającego się pozornie zupełnie bez powodu 😉
Wycieczka zaczęła się w momencie, kiedy o godzinie 22:20 wsiadałem do autobusu N, aby przetransportować się na dworzec. Bez większych niespodzianek dojechałem na pętlę autobusową przy ul. Suchej, niedokończonym tunelem przeszedłem na peron piąty (pierwszy raz w życiu miałem odjeżdżać pośpiechem z piątego), oddałem kuszetkowemu bilet i wsiadłem do mojego wagonu kuszetki, który mieścił się zaraz za lokomotywą. Cały pociąg był nabity, a w moim przedziale było zajętych wszystkie sześć leżanek – ponieważ na leżance nade mną już leżał jakiś facet, położenie się na mojej wymagało pewnej ekwilibrystyki, ale się udało. Rozłożyłem pod sobą zielone jednorazowe prześcieradło, położyłem plecak pod głowę, a kurtkę na nogi, po czym prawie natychmiast zasnąłem. Obudziłem się pół godziny przed Warszawą Zachodnią, kiedy to kuszetkowy oddawał bilety. Pociąg okazał się jechać planowo. Wysiadłem na Centralnym, wyciągnąłem z plecaka aparat i postanowiłem zrobić kilka fotek remontowanemu dworcowi.

Mój pociąg.

Centralny w trakcie remontu. Dla mnie zdjęcia te są potwierdzeniem, że nie myliłem się, kiedy kilka lat temu twierdziłem, że wystarczy go porządnie wyszorować, uporządkować tunele i wywalić meneli, aby stał się prawdziwą chlubą Warszawy. Choć zapewne ktoś stwierdzi, że do chluby jeszcze trochę daleko, a wygląd jest zaledwie przyzwoity… Ale ja jestem niepoprawnym modernistą 😛
Na warszawskim dworcu przybysz z Wrocławia można się poczuć jak prowincjusz. Co odjeżdża z dworca we Wrocławiu? Kibel, kibel, kibel, jakiś pośpiech, kibel, kibel, kibel, kibel, szynobus do Trzebnicy, kibel, kibel, icek do Warszawy, kibel, kibel, kibel… A co zobaczyłem przez 50 minut podczas pobytu na Centralnym (i krótkiego wyskoku na Śródmieście)?

W końcu przyjechał mój pociąg do Terespola. Okazało się, że także jest nietypowy i zestawiony z taboru, którego nigdy we Wrocławiu nie widziałem (choć mam informację z potwierdzonego źródła, że zawitał on w moim mieście) – był to mianowicie ED74 produkcji bydgoskiej fabryki Pesa.

Mój pociąg do Terespola.
Przejechałem się już wcześniej tym wynalazkiem… pomiędzy stacjami Warszawa Centralna i Warszawa Zachodnia. Teraz miałem okazję wypróbować go na nieco dłuższej trasie. Stwierdziłem m. in., że opisy z grupy pl.misc.kolej, demaskujące go jako dzieło szatana z racji niewygodnych siedzeń, są mocno przesadzone – jechało mi się nim całkiem dobrze. Klimatyzacja nieco szumiała, ale był to wciąż dźwięk znacznie cichszy niż szum kół w typowym polskim pośpiesznym. Ponadto miał znakomite przyśpieszenie, znacznie lepsze niż mogłaby na tej samej trasie mieć lokomotywa z wagonami. Reasumując – był w porządku. Trasa do Terespola jest całkiem szybka, jedynie zaraz za Łukowem pociąg zwalnia na kilka kilometrów do 60 km/godz. Za oknami najpierw aglomeracja Warszawy przetykana dużą ilością lasów, potem Polska wschodnia – rzadkie budownictwo, dużo lasów, znacznie rzadsze linie energetyczne niż na Dolnym Śląsku (gdzie upolować krajobraz bez słupa to naprawdę niezła sztuka), duży udział budownictwa drewnianego i samochody z WSI na rejestracjach. W Białej Podlaskiej przeszedłem na plac przed dworcem, gdzie co chwila przyjeżdżały i odjeżdżały Jelcze bielsko-podlaskiej komunikacji miejskiej, a w tym samym czasie koledzy Łukasz i Krzysiek z drugiej strony dworca przeszli na peron i w ten sposób się nie spotkaliśmy 😛 Spotkanie nastąpiło ostatecznie w poczekalni dworcowej, przy kasie. Po zakupie biletów do Terespola (ja swój już miałem) poszliśmy uzupełnić produkty spożywcze do sklepiku naprzeciwko dworca, po czym, lawirując między Jelczami, przeszliśmy ponownie na peron w celu załadunku do pociągu do Terespola. Okazał się on być kiblem fullplastik. W tymże pociągu spotkaliśmy ostatniego uczestnika naszej wycieczki – Ostrego.

Ekipa w komplecie. Brakuje tylko mnie (moje zdjęcie w nagłówku strony), no ale ktoś musiał focić 😛
Bez niespodzianek dojechaliśmy do Terespola, gdzie stało już sporo białoruskiego taboru – charakterystyczne, wyglądające jak przerośnięte wagony towarowe, ośmioosiowe cysterny i lokomotywy М62 i 2М62 (czyli podwójne M62). Terespolski dworzec, aktualnie w remoncie, wyposażony jest w informację pasażerską w postaci kartek przyczepionych do płota dzielącego peron na pół (przystosowanie do odprawy granicznej, jakby ktoś nie wiedział). Kartki są dwujęzyczne i pokazują m. in. kierunek wyjścia na miasto (выход в город). Kasy biletowe mieszczą się w kontenerach przed remontowanym budynkiem. W jednej z nich zakupiliśmy bilety do Brześcia (okazało się, że w celu usprawnienia procedur drukuje się je wcześniej hurtem, a potem tylko sprzedaje), po czym poszliśmy poszukać jakiejś toalety i kantoru, gdzie zamieniłem 100 zł na 30 dolarów (bezpośredni zakup waluty białoruskiej był możliwy, ale „widełki” kursowe były tak wielkie, że sobie darowaliśmy).

Terespol, kładka donikąd. Jej celem jest zapewne pilnowanie, aby nikt nie wjechał nielegalnie, podając się za węgiel. Za kładką – lokomotywa M62, prod.: ZSRR, użytkownik: Koleje Białoruskie (Беларуская чыгунка). Ten model jeździ także na PKP jako ST44.

Jeden z pierwszych zwiastunów Białorusi – autobus MAZ produkcji białoruskiej przedsiębiorstwa Брестоблавтотранс (Brestoblawtotrans) do Białej Podlaskiej.

Białoruskie wagony do Brześcia.
Tunelem pod peronami przeszliśmy do odprawy granicznej. Tam poczekaliśmy na otwarcie stanowiska odprawy, stojąc na końcu uformowanej już kolejki, złożonej głównie z Białorusinów, dźwigających wielkie torby wyładowane nie-wiadomo-czym oraz przewożących przez granicę odkurzacze(!). Potem polscy pogranicznicy skontrolowali nam paszporty, polscy celnicy nawet nie kazali nam otwierać plecaków i już mogliśmy wsiąść do składu pięciu białoruskich wagonów. Lokomotywami, które miały za zadanie je ciągnąć, były dwie polskie EU07 – jedna w malowaniu PKP Intercity, druga w malowaniu „budyniowym” (takim, jak ta, która ciągnęła mnie do Warszawy). Na kolejach państw WNP jeżdżą trzy rodzaje wagonów o nazwach, które nieznającym rosyjskiego Polakom kojarzą się ze wszystkim, tylko nie z tym, co sobą reprezentują – kupiejnyj (купейный), płackartnyj (плацкартный) i obszczij (общий). Jest jeszcze klasa luks (люкс) ale nie jechaliśmy nią na tej wycieczce. Nasz pociąg zestawiony był z wagonów obszczich – czyli z miejscami do siedzenia. Wagony te stanowiły taki skansen, jakiego jeszcze nigdy nie widziałem. Drewniane siedzenia, oświetlenie żarówkowe, tylko 1/4 okien otwieralnych i to w postaci małych lufcików. Ale jednocześnie trzeba tym wagonom przyznać, że utrzymane były wręcz wzorowo – wysprzątane i świeżo malowane, zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz.

W naszym wagonie.

Wnętrze wagonu. Podniosłem aparat nad głowę, więc nie myślcie, że wagon jest ciasny 😛
Większość miejsc w wagonie została zajęta. Co ciekawe, pomimo iż każdy miał ze sobą jakiś wielkich gabarytów bagaż, półki pozostały puste – torby walały się po siedzeniach albo stały na podłodze. Koło mnie i Tomka, który siedział naprzeciwko mnie, usiadło dwóch młodych Białorusinów. Porównaliśmy z nimi paszporty i wizy (oni mieli polską) 😉 Ruszyliśmy z charakterystycznym dla samoczynnych urządzeń sprzęgowych szarpnięciem i pojechaliśmy po torze normalnym (w splocie z szerokim) na wschód, gdzie na pewno znajdzie się jakaś cywilizacja. Prędkość cały czas wynosiła ok. 60 km/h. Za mostem na Bugu zaczęła się Białoruś. Kolejny kraj oto przestaje być dla mnie białą plamą na mapie. Na granicy pociąg zatrzymał się na chwilę, wsiedli do niego białoruscy pogranicznicy w gigantycznych „rondlach” na głowach i z laptopami na szyjach i sprawdzili dokumenty. Pierwsze różnice między Białorusią a Polską to przede wszystkim inne słupy trakcyjne, kozły oporowe malowane na czarno-biało (na PKP maluje się je w losowych kolorach, a jeszcze częściej – nie maluje w ogóle), czarno-białe słupki przy przejazdach kolejowych, syreny wyjące „iii-ooo-iii-ooo” przy tychże i znaki drogowe wiszące na drutach nad szosami. Pociąg wjechał na tor przy peronie, z którego jedyne wyjście prowadziło przez budynek, w którym znajdowały się bramki z kontrolą paszportową. Naszą czwórkę wypatrzyła bystrym wzrokiem jakaś funkcjonariuszka i kazała nam wypełnić „migracjonki”, czyli karty imigracyjne. Mają one formę dwóch połączonych małych formularzy, razem mających wielkość druku do przekazu pocztowego. Do obydwu trzeba wpisać takie same dane (m. in. imię, nazwisko, adres pierwszego noclegu – można wypełniać łacinką), po czym jedna połówka ląduje w kieszeni pogranicznika, a drugą należy przechowywać, ponieważ jest konieczna do wyjazdu. Wypełniliśmy „migracjonki” przy stojącym po stronie „międzynarodowej” stoliku, a kolejka do kontroli paszportowej w tym czasie zdążyła prawie w całości zniknąć, więc już po chwili podawaliśmy urzędnikom siedzącym w budkach nasze paszporty. Co ciekawe, nie pytali nas o obowiązkowe ubezpieczenie. Przy odprawie celnej też wyłowiono nas z tłumu, abyśmy mogli przepuścić bagaże przez rentgen. Wreszcie, po tym wszystkim, stanęliśmy na białoruskiej ziemi. Dworzec w Brześciu okazał się być gigantycznym, socrealistycznym gmaszyskiem, położonym wyspowo pomiędzy grupami torów, zwanymi dla porządku „stroną warszawską” (tory normalne plus szeroki do Wysokolitowska) i „stroną moskiewską” (tory szerokie, duuuuużo więcej tychże). Pociągi zapowiada się w dwóch językach: po rosyjsku (jako „pojezdy”) i po białorusku (jako „cjagniki”). Cała stacja jest zelektryfikowana, jednakowoż strona warszawska prądem stałym 3 000 V (inaczej nie mogłaby tam wjechać EU07), a strona moskiewska – prądem zmiennym 25 000 V 50 Hz, o czym świadczą m. in. lokomotywy ЧС4Т produkcji czechosłowackiej.

Brześć, strona moskiewska, widok z kładki w kierunku przeciwnym do peronów. Ogromne ilości wagonów szerokotorowych – w tym z klimą.

Lokomotywa ЧС4Т.

Dwie połączone małe drezynki typu АС1А wyglądają dość zabawnie pośród przerośniętego, szerokotorowego taboru.
Po wymianie waluty na białoruską (moje 30 dolarów okazało się być warte 200 000 rubli białoruskich) w stanowiskach Biełaruśbanku na dworcu (na Białorusi najwyraźniej nie ma prywatnych kantorów) ruszyliśmy w kierunku miasta. Gdy dochodziłem do końca kładki, zobaczyłem w oddali… czy to możliwe? Nie! A jednak!!!

Kilka trolejbusów produkcji białoruskiej marki MAZ i AKSM stało przed dworcem. Kursowały z taką częstotliwością, że dwa z nich odjechały, zanim doszliśmy do końca kładki, zeszliśmy z niej i przeszliśmy przez spory plac pomiędzy kładką a przystankiem. Po raz pierwszy w życiu widziałem z bliska autobusy miejskie MAZ w normalnej eksploatacji. Obejrzałem je dokładnie, a obiektów nie brakowało – pojazdy co chwila przyjeżdżały i odjeżdżały. Musiałem przyznać, że jakość wykończenia pozostawiała wiele do życzenia – na tych pojazdach, które miały już po kilka lat, widoczne były liczne ślady łatania szpachlą, a liczne elementy wyposażenia wnętrza grzechotały o siebie. Postanowiliśmy odłożyć trolejbusy na później, a najpierw obejrzeć miasto. Kupiliśmy sobie kilka biletów (po 800 rubli, czyli 40 groszy) na zapas i podeszliśmy do niedalekiej ul. Mickiewicza, która oprócz chodników po bokach ma też ocieniony drzewami chodnik na środku. Na pierwszy ogień poszła Cerkiew Bracka.

Cerkiew zza trzech płotów.

Wodopoje – praktyczna rzecz.

Nazwa ulicy. Co ciekawe, ulica to po białorusku „wulica”.

Cerkiew z bliska. Przy wejściu siedział na ławce staruszek, który poinstruował nas, żeby wejść do środka bez plecaków i w długich spodniach. Jeden z kolegów zastosował więc oryginalne rozwiązanie: naciągnął długie spodnie na krótkie, wszedł do środka, obejrzał, wyszedł i z powrotem ściągnął długie spodnie z krótkich 😉
Postanowiliśmy jeszcze zobaczyć słynną twierdzę brzeską, w której Piłsudski więził przywódców Centrolewu, a przy okazji przejść się trochę po mieście i porobić zdjęcia.

Pojazdy produkcji wschodniej: Bogdan (ukraiński), GAZ Gazela (rosyjska)…

…i MAZ (białoruski).

Witamy na Białorusi 😉

Nasza ekipa na ul. Lenina.

Marszrutki (tu GAZ Gazela), czyli busiki miejskie. Jest to popularny na Wschodzie środek transportu: dość szybki (ze względu na dobre przyspieszenie i wszystkie przystanki na żądanie) i oferujący wysoką dostępność (takim busikom bardziej się opłaca kluczyć po bocznych uliczkach niż dużym autobusom), ale za to mało pakowny i przede wszystkim kompletnie nieprzejrzysty dla przyjezdnych. Po Stambule jeździłem bez znajomości języka tramwajami, metrem i metrobusami (szybkimi autobusami z wydzieloną trasą na środku autostrady) i nie miałem z tym większego problemu, a w do bardziej zmarszrutkowionych miastach bez planu miasta nie sposób stwierdzić, który z pięćdziesięciu busików stojących przed dworcem zawiezie mnie tam, gdzie ja chcę.

Kiedy dwa aparaty wyceluje się na siebie nawzajem, a ich migawki otworzą się dokładnie w tym samym momencie, nie stanie się nic godnego uwagi.

Plac Lenina.

Budynek o ciekawej formie. Aktualnie w remoncie, wskutek czego jego jednolita zazwyczaj elewacja pokryła się różnokolorowymi foliami izolacyjnymi.
Pierwsze wrażenia z Białorusi? Kto spodziewa się ponurej, smutnej Łukaszenkolandii, ten srogo się zawiedzie. Przede wszystkim, w kraju panuje porządek, i to w sensie jak najbardziej dosłownym. Nigdzie nie walają się żadne śmieci, ulice są równe, często wyłożone nową kostką, a jeżdżące po nich samochody, choć starsze niż w Polsce, utrzymywane są w stanie w miarę sensownym. Żadnych dzikich targowisk, żadnych stolikarzy, wszystko wypucowane i wyszorowane, budynki odnowione, trawa pomalowana na zielono. Trudno uwierzyć, że kraj przeżywa właśnie kryzys gospodarczy i galopującą inflację. Obserwacje ludnościowe: dużo młodych matek oraz potwierdzenie popularnej w naszym kraju tezy, że im dalej na Wschód, tym więcej ładnych kobiet. Znaczny procent mężczyzn, zwłaszcza starszych, w garniturach. Dzieciaki, podobnie jak u nas, a zupełnie inaczej niż np. w Ameryce, łażą sobie ulicami samopas (przeciętna amerykańska matka zeszłaby na zawał, gdyby straciła dziecko z oczu na dłużej niż pięć minut), ubrane w szkolne mundurki podobne nieco do naszych garniturków komunijnych. Bardzo dużo „kobiet pracujących, co to żadnej pracy się nie boją”: kierują trolejbusami i autobusami, konduktorują w nich (Mińsk) lub kontrolują bilety (Brześć), a spotkać męskiego konduktora wagonu, tzw. prowadnika, to prawdziwa rzadkość.
Podjechaliśmy sobie kawałek autobusem (MAZ-em, rzecz jasna) do dużego skrzyżowania, gdzie mieliśmy zamiar złapać coś jadącego w kierunku słynnej twierdzy brzeskiej, gdzie Piłsudski więził przywódców Centrolewu. Ponieważ nic większego tam nie jechało, wybraliśmy się marszrutką, której numer podpowiedzieli nam miejscowi siedzący na przystanku. Marszrutki były dwukrotnie droższe od innych środków transportu, co oznacza, że kosztowały nie 800, ale 1600 rubli (80 groszy). Jazda marszrutką była przeżyciem samym w sobie. Najpierw należało ze strumienia samochodów wyłuskać pojazd o interesującym nas numerze i machnąć ręką, aby ten podjechał. Potem musieliśmy się wcisnąć do dość ciasnego pojazdu, zebrać pieniądze (kierowca brał „do czapki”, tj. nie wydawał żadnego biletu) i oglądać, jak kierowca lawiruje z dużą szybkością pomiędzy trolejbusami i autobusami. Wysiadająca po drodze babcia poinformowała kierowcę, że „riebiata idut w fort” (nie wiem czy poprawnie, rosyjskiego ani białoruskiego nie znam, a cytuję z pamięci), dzięki czemu kierowca wjechał przez bramę twierdzy, zawrócił już na jej terenie i wyrzucił nas jakieś sto metrów przed mostkiem z posterunkiem milicji, za którym widać już było jakiś monumentalnych rozmiarów pomnik. Zanim poszliśmy obejrzeć główny kompleks twierdzy, postanowiliśmy zobaczyć jeszcze któryś pomniejszy bastion. Niestety ten, który wybraliśmy, okazał się być całkiem rozwalony. A ponadto w czasie, kiedy my chodziliśmy po okolicy, nieobsadzony do tej pory posterunek na moście został obsadzony przy pomocy radiowozu marki Łada Niva. Kiedy przechodziliśmy przez most (na którego barierkach notabene zapięte były kłódki), milicjant zapytał nas, skąd my i dokąd idziemy.

Kłódki zapięte na moście.
Monumentalny pomnik wewnątrz twierdzy okazał się być poświęcony radzieckim obrońcom Twierdzy Brzeskiej. Bitwa o twierdzę była jedną z pierwszych bitew Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (czyli wojny obronnej ZSRR przed agresją hitlerowską) i miała duże znaczenie propagandowe. Nie wdając się w historyczny spór muszę przyznać, że pomnik jest naprawdę imponujący.

Monument i iglica.

Cerkiew w twierdzy.

Mury twierdzy.

Pomnik „Bohaterom na granicy, kobietom i dzieciom męstwem swym unieśmiertelnionym” (chyba).

Armaty w twierdzy.

Budynek remontowany… z zachowaniem śladów wojny.

Za mostem zaczyna się już strefa przygraniczna. Wejisce (wjazd) po przepustkam!

Pomnik. Gigantyczny. Monumentalny. Imponujący. I wysprzątany 😉

Jeszcze jeden pomniejszy pomnik.

Ogromna brama w kształcie gwiazdy. Podziwiam radzieckich architektów za pomysłowość, a zwłaszcza za pomysł z cieniowaniem tych promieni wychodzących z gwiazdy. Wewnątrz można usłyszeć odgłosy walk i słynne przemówienie: „Wnimanie, gawarit Moskwa!”.

Czołgi i haubice samobieżne. Za nimi strzelnica – nie skorzystaliśmy z braku czasu.
Na terenie twierdzy znajdował się kiosk z pamiątkami, gdzie kupiłem sobie jedyną pamiątkę z Białorusi, której nie można zjeść ani wypić – czyli czapeczkę „budionnówkę”. Następnie przez bramę w kształcie gwiazdy wyszliśmy na przystanek autobusowy. Tam, ponieważ się okazało, że „rozpisania niet” (brak rozkładu jazdy – w Brześciu rozkłady na przystankach na ogół były dość cywilizowane, z podaniem konkretnych godzin odjazdu, a nie tylko częstotliwości kursowania, jak np. na części przystanków w Grodnie), a miejscowi wiedzieli o rozkładzie jazdy autobusów jeszcze mniej niż my, postanowiliśmy pójść ulicą Gogola do centrum. Ulica ta przypominała nieco ulicę Mickiewicza – też miała na środku chodnik ocieniony drzewami.

Przystanek autobusowy.

Muzeum kolejnictwa. Niestety, nie tym razem!

Uczelnia muzyczna.

Ulica Gogola.

Białoruski objazd.
Wreszcie dotarliśmy do miejsca, gdzie jeździły trolejbusy do centrum. I wtedy zobaczyliśmy jadący w kierunku dworca stary, radziecki jeszcze trolejbus ZIU. Był wprawdzie mocno wyeksploatowany, ale przejazd kultowym „ziutkiem” w jednej chwili urósł do rangi konieczności dziejowej.
– Ziutek!
– Na pewno Ziutek?
– Tak, Ziutek!
– To biegnijmy!!!

Wnętrze „ziutka”. W pewnej chwili włączyła się sprężarka, wypełniając całe wnętrze pojazdu charakterystycznym „kwakaniem” 😉 W tym pojeździe dopadła nas też kontrola biletowa. Wyglądało to tak, że trajt podjechał na przystanek, a wtedy wszystkimi trzema parami drzwi weszli do niego kanarzy w odblaskowych kamizelkach, zrobili kipisz na gapowiczów i metodycznie, centymetr po centymetrze, sprawdzali bilety wszystkim pasażerom. My bilety mieliśmy.
Zjedliśmy po blinie (naleśniku) w budce przy dworcu, po czym czas już było udać się na dworzec. Pociąg do Wysokolitowska (cena zupełnie śmieszna: 2300 rubli, czyli 1,15 zł) odjeżdżał z „grupy warszawskiej” (aczkolwiek toru szerokiego). Był to „dizel-pojezd powyszennoj komfortnosti” (дизель-поезд повышенной комфортности), co oznaczało w tym wypadku najpopularniejszą na Białorusi jednostkę ДР1А po modernizacji obejmującej rozwalenie całego wnętrza i wstawienie w jego miejsce nowoczesnych, komfortowych siedzeń, oraz wymianę okien ze starych, radzieckich z uchylną górą na nowe, białoruskie… z podnoszoną górą. Jednostka ДР1 (w wariantach „bez literki”, А oraz Б, różniących się m. in. kształtem kabiny) jest spalinowym zespołem trakcyjnym z przekładnią hydrauliczną i tarczowym hamulcem elektropneumatycznym. Charakteryzuje się tym, że jej człony połączone są na typowe radzieckie sprzęgi samoczynne typu „pięść Breżniewa”, a pneumatyczne dwuskrzydłowe drzwi położone są na obu końcach każdego wagonu za wyjątkiem wagonów skrajnych, gdzie za kabiną maszynisty jest przedział silnikowy (silnik można zobaczyć przez okna z zewnątrz pociągu). Toalety są tylko w wagonach skrajnych. Pomimo gigantycznej jednostki napędowej zespół jest dość mułowaty i daleko mu do charakterystyki naszych szynobusów. Linia Brześć – Wysokolitowsk jest linią wyjątkową, ponieważ obok toru szerokiego jest tam tor normalny. Po torze szerokim jechaliśmy my, zaś tor normalny stawał się z biegiem linii coraz bardziej zardzewiały – widać było, że ruch dociera tu tylko od strony Brześcia i nie jest zbyt intensywny. Prędkość wynosiła ok. 60-80 kilometrów na godzinę. Po drodze w Motykałach minęliśmy się z pociągiem jadącym z przeciwka, obsługiwanym niezmodernizowaną jednostką ДР1А. Swego rodzaju ciekawostką jest fakt, że międzytorze, które w Polsce jest zwykle zarośnięte, a w Bułgarii wysypane żwirkiem, na Białorusi jest zaorane i przeciągnięte jakąś maszyną o skomplikowanej nazwie. Mnie wyleciała z głowy jej nazwa, a Krzysiek odmówił jej zapamiętania, twierdząc, że on z maszyn rolniczych zna tylko snopowiązałkę i glebogryzarkę 😉

Wnętrze.

Motykały. Jeden z pomalowanych na charakterystyczny, cyjanowy kolor budynków stacyjnych po drodze, dyżurny ruchu i tabliczka ostrzegająca przed staniem na krawędzi peronu.

Повышенная комфортность 😉 Wygodniej niż w marszrutce, autokarze i samolocie.
Wysokolitowsk to niewielka stacja (dwa perony, trzy tory przy peronach i cztery z dala od nich), zupełnie nie kojarząca się ze stacjami granicznymi (choć gdzieś na horyzoncie gnije betonowa konstrukcja dawnej hali przestawczej), acz przystosowana do tej funkcji poprzez zabudowę części poczekalni budynku stacyjnego i umieszczenie tam kontroli granicznej (z budką) i celnej. Stacja leży w malutkiej wiosce Abiarołszczyna, koło dwóch innych wsi – Nowaja Rasna i Wysokoje. Z drugiej strony granicy jest równie mała Czeremcha. Ten rejon jest już o rzut beretem od Puszczy Białowieskiej i jest tam dość odludnie, a dojazd jest słaby, więc przejście graniczne obsługuje w zasadzie tylko Białorusinów, którzy skaczą do Polski kupić sobie odkurzacz i sprzedać na bazarze alkohol i papierosy. Po przyjeździe zastanawialiśmy się przez chwilę, jakiego rodzaju pojazd będzie nas wiózł. Mieliśmy cichą nadzieję na SN81 (linka prowadzi do filmiku, który pokazuje, jak się tym cudem jedzie), niestety przyjechał zamiast niego SA105. Kolejarz, który go przyprowadził, powiedział nam, że w chwili obecnej wszystkie SN81 są zepsute. No cóż, mówi się trudno… Weszliśmy jeszcze na chwilę do małego przydworcowego sklepu spożywczego zaopatrzyć się na drogę. Przy ladzie stało kilka dziewczynek w wieku 13-15 lat. Jedna spojrzała na nas, jak wchodzimy z wielkimi plecakami do sklepu nawijając cały czas po polsku, wywaliła gały, powiedziała: „Turisti…” i wszystkie zaczęły się śmiać. Najwyraźniej pomimo mieszkania w miejscowości przygranicznej rzadko widują jakichś innostrańców. Kupiłem (sprawdzoną metodą wskazania towaru palcem) piwo „Беловежское” z browaru w Brześciu w wielkiej, półtoralitrowej plastikowej butli. Jeden z uczestników wycieczki palił, a drugi popalał, toteż kupili oni tanie miejscowe papierosy. Zaintrygowany nietypowym opakowaniem papierosów „Astra”, zrobionym z surowego kartonu, jeden z kolegów spytał sprzedawczynię, z czym one są. Odpowiedziała „ze wsiem”. Kolega natychmiast je kupił. Nie zapalił ich na wycieczce, a pomimo to mieliśmy okazję przekonać się o ich mocy – paszport, który trzymał w tej samej kieszeni, zaczął pachnieć tabaką 😉 Wróciliśmy na dworzec, aby odprawić się granicznie. Po niedługim czekaniu otwarto część poczekalni, gdzie mieściło się stanowisko odprawy. Na ścianie wisiało tam zawiadomienie, że odprawa jest monitorowana i przypomnienie (również po polsku), żeby przed oddaniem paszportu do kontroli wyjąć z niego wszelkie wartościowe przedmioty, gdyż znalezienie takowego uznane zostanie za próbę wręczenie korzyści majątkowej funkcjonariuszowi państwowemu Republiki Białoruś, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Oddaliśmy nasze paszporty i „migracjonki”, dostaliśmy z powrotem nasze paszporty i przeszliśmy w gęstniejącym mroku do SA105. Na peronie dwóch pograniczników pilnowało, żeby nikt nie wszedł bez kontroli. Kiedy wszyscy wsiedli, szynobusik ruszył przed siebie. Na krzywych torach perkotał przed siebie z szybkością 40 km/godz. Na granicy (oznaczonej w trenie zaoranym pasem), gdzie nie bardzo było już cokolwiek widać, wsiedli polscy pogranicznicy. Ten, który przyszedł sprawdzić nasze paszporty, był bardzo zdziwiony, spotkawszy Polaków (a co kurde, nam też wolno! :P) Razem z pogranicznikami weszli celnicy, którzy, gdy szynobus dojechał do Czeremchy, dokładnie sprawdzali bagaże podróżnym, a tym, którym już sprawdzili, pozwalali wyjść. Sami zostawali w pojeździe i jechali razem z nim w kierunku granicy, co było dość skuteczną metodą przeciwdziałania rozkręcaniu pociągów przez przemytników 😉

Nasz szynobusik w Czeremsze.

Złowrogo wyglądająca stacja Czeremcha w nocy.
Ledwo widoczna lokomotywa ST44 manewruje na stacji.
Mieliśmy zarezerwowany nocleg w Białymstoku. O tej porze z Czeremchy nie jeździły tam żadne pociągi, a PKS Białystok akurat strajkował, pozostawało więc skorzystać z (brrr!) busa. Przeszliśmy więc kładką na drugą stronę stacji, gdzie znajdował się przystanek z metalową wiatą, o którą oczywiście musiałem przydzwonić głową 😛 (niezbyt mocno, ale fakt jest faktem). Busior (stary mercedes) nadjechał po dłuższym czekaniu, weszliśmy do środka, uiściliśmy opłatę, która po białoruskich cenach wydawała mi się astronomiczna, po czym, ściśnięci jak kartofle, ruszyliśmy na północ. Nie jechaliśmy najkrótszą drogą, tylko zahaczaliśmy po drodze o Hajnówkę. Drogi były prawie kompletnie puste, przez większość czasu bus jechał na długich światłach, często w leśnym tunelu.

Jedziemy!
W Białymstoku poszliśmy do schroniska młodzieżowego, ukrytego w małym domku schowanym dziwacznie pośród bloków. Po drodze podziwialiśmy autobusy przegubowe MAZ, dające wrażenie wyczuwalnej bliskości Białorusi. Niskopodłogowe przegubowce tej firmy charakteryzują się jedną ciekawą cechą: silnikiem umieszczonym w pierwszym członie, naprzeciwko drugich drzwi. W Białymstoku pomimo stosunkowo krótkiej kariery (są w tym mieście od 4 lat) zdążyły już dorobić się takich przezwisk jak: Iwan, Czapajew, Aleksander, Tupolew, Stodoła, Kołchoz, Łukaszenko i Kasagin (źródło).
W schronisku dość nieuprzejma gruba recepcjonistka wdała się w pyskówkę z jednym z kolegów. Nie chcieliśmy jej jednak kontynuować, ponieważ byliśmy na to zbyt zmęczeni. Okazało się też, że moje buty, w których moje nogi tkwiły od 5.30 do 22.00, wraz ze skarpetami zamieniły się w broń masowego rażenia i musiały być trzymane w foliowej torbie. Poszedłem spać dość szybko, ponieważ cały dzień łażenia dał się we znaki.
Następnego dnia wstaliśmy dość wcześnie. Z trudem zwlekłem się z wyra i półprzytomny umyłem zęby. Krzysiek zaczął się skarżyć na ból w plecach. Oddaliśmy grubej recepcjonistce naszą pościel i udaliśmy się w kierunku dworca.
Białystok (a dokładnie ta jego część, w której byliśmy) wygląda jak miasto z koszmarnego snu szalonego modernisty – ale nie takiego jak ja, tylko takiego, który postanowił zaprojektować miasto samych bloków z szerokimi arteriami dla aut, a potem od niechcenia wyznaczył ścieżki dla pieszych. Przejście przez którąś z szerokich miejskich arterii oznacza konieczność nadrobienia ładnych paru kilometrów. Wobec czego nasza ekipa przedyrdała jedną z nich w niedozwolonym miejscu, skacząc przez płotek 😛 Siedem minut przed odjazdem dotarliśmy na dworzec, a nasz pociąg do Kuźnicy Białostockiej miał już podaną na kształtowym semaforze wolną drogę (Białystok to największa w Polsce stacja z tylko ręcznymi zwrotnicami, więc najprawdopodobniej po prostu ustawiono drogę przebiegu z wyprzedzeniem, bo tak było wygodniej). Poszliśmy najpierw do ładnie wyremontowanego budynku stacyjnego, gdzie jakimś cudem jednocześnie kłóciliśmy się, kupowaliśmy bilety i wypłacaliśmy pieniądze z bankomatu. Udało nam się zdążyć na pociąg, między innymi dzięki temu, że Semaforek stanął na torach i zablokował pociąg, aż reszta dobiegła 😛 Kłótnia trwała jeszcze przez dłuższy czas w pociągu – kiblu fullplastik (czy można było szybciej kupić bilety, kto zachowywał się nieodpowiedzialnie, kto komu wisi itp.), ale najważniejsze, że zdążyliśmy. W Kuźnicy czekał już pociąg do Grodna – też kibel, ale z siedzeniami ze skaju zamiast fullplastików. Dobre i to. Stacja, jak to graniczna, była cała pogrodzona, ale wszystkie bramki były otwarte – kontrola dokumentów odbywała się w pociągu. Kupiliśmy w kasie bilety do Grodna i udaliśmy się do naszego pociągu.

Przejście wyremontowano za pieniądze z zewnątrz, ale nie unijne, tylko norweskie.

Dwa kible – z Białegostoku i do Grodna.

Stacja w Kuźnicy.
Sprawdzającego nam paszporty polskiego pogranicznika spytaliśmy, co by było, gdybyśmy spróbowali wjechać do Białorusi bez wizy. Odpowiedział, że gdybyśmy mieli szczęście, zamknęliby nas po prosu gdzieś do czasu odjazdu najbliższego pociągu do Polski, ale najprawdopodobniej najpierw by nas przetrzymali tydzień u siebie, a dopiero potem wypuścili. Tak czy siak, niezbyt sympatyczna perspektywa. Ruszyliśmy w kierunku granicy. Pociąg jechał 80-100 km/godz. Za oknem cały czas płoty, kamery, latarnie – do samej granicy, gdzie oczywiście wsiedli pogranicznicy i przez resztę drogi patrzyli uważnie przy pomocy wystawionego za okno lusterka, czy ktoś czegoś nie wyrzuca przez okno. Dali nam też nasze „migracjonki” – byli przygotowani; tu Polaków jeździ sporo więcej, ponieważ w Grodnie jest duża mniejszość polska.

Polska. Внимание, шенгенская зона!

Białoruś.

Zaliczamy!

Ciężka szerokotorowa cysterna na podwójnych wózkach.

Grodno z pociągu. Już widać, że miasto jest bardzo ładnie położone – na wzgórzach i nad rzeką Niemen.
Wreszcie pociąg wjechał do Grodna, na peron najbliższy dworca – olbrzymiego, betonowego budynku. Odgrodzeni ruchomymi barierami i pogranicznikami od reszty świata ruszyliśmy w jedynym możliwym kierunku – wejścia do pomieszczenia odprawy granicznej. Była to wydzielona część budynku dworcowego, gdzie – jak zwykle – stały budki z pogranicznikami. Pomieszczenie miało bardzo surowy wygląd, który chyba nie zmienił od rozpadu Sojuza – goły beton, plafony z żarówkami na ścianach, a kiedy wszedł ostatni pasażer, dwuskrzydłowe pancerne drzwi za nami zostały z hukiem zatrzaśnięte i zamknięte na klucz… brrr, jak ktoś się wczuje w klimat, można się przestraszyć.

Pomogłem wypełnić „migracjonkę” jakiejś staruszce z Polski, po czym przeszedłem odprawę graniczną i celną. Tym razem pogranicznik chciał zobaczyć moje ubezpieczenie. Wreszcie wyszedłem na świeże powietrze, które okazało się być szczytem schodów dworca. Sam dworzec – potężny, monumentalny, betonowy budynek – miał wejście w innym miejscu niż się zdawało: odruchowo chciałoby się wejść na te wielkie schody, ale one prowadzą nie do hali, a do odprawy granicznej 😉

Pierwszy obraz, jaki widzi innostraniec przyjeżdżający do Grodna. Autobus to MAZ z silnikiem w pierwszym członie.

Wejście do dworca.

Dworzec od strony torów. Stacja jest zelektryfikowana prądem stałym 3000V, co umożliwia wjazd pociągom elektrycznym z Polski. Żaden wyjazd w kierunku Białorusi zelektryfikowany jednak nie jest, toteż wszystkie pociągi w głąb kraju prowadzone są trakcją spalinową. Przez tory prowadzi przejście w poziomie, teoretycznie osłonięte sygnalizacją świetlną, ale ponieważ najwyraźniej włącza się ona i wyłącza w porządku losowym, Białorusini i tak przechodzą, bardziej niż oficjalnej sygnalizacji ufając własnym oczom.

Dworzec od strony placu – kilka godzin później (zmiana oświetlenia).

Autobusy i marszrutki na placu przeddworcowym.

Moskwicz i bilbord namawiający do wstępowania do milicji.
Na dworcu kupiłem sobie białoruski specjał: czipsy w postaci cienkich płatków o długości dwudziestu pięciu centymetrów i szerokości trzech centymetrów. Robione chyba z ziemniaków Miczurina (tego, który według anegdoty zginął spadając z wyhodowanej przez siebie truskawki), ale są całkiem smaczne. Rodzince też dałem posmakować Białorusi właśnie jako tych czipsów, a siostrom kupiłem dodatkowo po batoniku „Витьба”. Czemu akurat tym? Bo miał nazwę w cyrylicy, nie da się go kupić w Polsce i miał fajne, srebrne opakowanie 😉
Poza tym za dworcem znajdował się sklep spożywczy, gdzie kupiłem za jakąś śmieszną cenę bochenek białoruskiego razowca, który potem wcinaliśmy przez cały dzień. No to ruszamy w miasto! Jak widać, trolejbusy przed dworzec nie zajeżdżają. Wybraliśmy więc autobus, który jechał w mniej więcej właściwą stronę. Okazał się być on dość mocno rozklekotany – najprawdopodobniej pamiętał jeszcze czasy ZSRR. Wysiedliśmy w miejscu, które wskazała nam spotkana w autobusie staruszka, mówiąca po polsku z mocnym, kresowym akcentem. Miejscem tym był Plac Radziecki, przy kościele farnym i teatrze dramatycznym.

Plac Radziecki. Na pierwszym zdjęciu widać w głębi charakterystyczny budynek teatru dramatycznego.

Fara miejska.

Kocham cię, o Białorusi!

Deptak na starówce miejskiej.

Kino 5D. Nie wiem, na czym to może polegać, ale brzmi zarąbiście.

Kinoteatr „Grodno” i klub bilardowy. Plus szyld z napisem „Dżekpot” 😉

Szyld lombardu przy deptaku.

Dom towarowy „Niemen”.

Restauracja „Semafor” i tabliczki przy wejsciu 😉 Bardzo sympatyczna knajpka z kolejowym wystrojem. Tu zjedliśmy obiad.

Plac Lenina. Na pierwszym zdjęciu pomnik Pana z Bródką w Szpic i ratusz miejski.

Miasto, miasto, miasto… aż tu nagle drewniana chałupa. Uwielbiam Wschód za takie niespodzianki.

Autobusy i trolejbusy produkcji mińskich zakładów Biełkomunmasz i MAZ. Różne modele w różnym wieku.

Dziadek przesłał mi esemesem adres rodziny w Grodnie (przy ul. Popowicza). Postanowiliśmy przejechać się razem trolejbusem na ul. Popowicza, a potem rozdzielić. Niestety bardzo długo czekaliśmy na właściwy trolejbus, aż wreszcie zdecydowaliśmy się spytać miejscowych. Okazało się, że przystankowy rozkład jazdy spłatał nam figla, a interesujący nas autobus owszem, jeździ, ale w zupełnie innej części miasta. Nie pozostawał nic innego, niż podjechać jakimś innym trolejbusem bliżej, a potem się przesiąść. Dojechaliśmy na ulicę Popowicza, gdzie się rozdzieliliśmy. Koledzy pojechali „zaliczać” ciąg dalszy sieci, ja natomiast rozpocząłem poszukiwania rodziny. Niestety, poszukowania zacząłem od złej strony ulicy. Sporo czasu zajęło mi znalezienie numeru bloku, a kiedy już się zorientowałem, że to nie ten, trzeba było złapać trolejbus jadący w inną część ulicy. To też zajęło mi trochę czasu – trolejbusy na ulicy Popowicza jeżdżą najwyraźniej „stadami”, a kiedy jedno „stado” ucieknie, trzeba czekać kilka-kilkanaście minut na następne (choć trzeba przyznać, że częstotliwość jest zupełnie w porządku). W końcu przejechałem we właściwą część ulicy i zacząłem czytać numery budynków. 12, 14, 16, 21… CO? A gdzie reszta?!

Okazało się, że reszta stoi w podwórku. Ale nawet to odkrycie niewiele mi pomogło. Numery domów nie były, jak Pan Bóg przykazał, numerami klatek schodowych, tylko najwyraźniej po kilka bloków miało jeden wspólny numer. W dodatku bloki stojące w podwórku nie miały już wymalowanych numerów bram. Dodatkowo właśnie spojrzałem na zegarek i okazało się, że mam pół godziny do pociągu. Gdybym więc jakimś cudem znalazł odpowiednie mieszkanie, rozmowa wyglądałaby mniej więcej tak: „Dzień dobry, jestem Waszkielewiczem z Polski. Przepraszam, ale się śpieszę na pociąg. Do widzenia”.

Kasownik w trolejbusie.

Bloki.

Typowe białoruskie przejście dla pieszych.

Widok na Grodno znad rzeki z drugiej strony.

Nowe bloki w budowie.

ZIUtek.

Kinoteatr „Październik” i blok o niestandardowej formie.

Kładko-balkony. Skrzyżowanie ulic Popowicza i Pograniczników Radzieckich(!).

Trolejbus AKSM.

Bloki przy Popowicza.

Spożywczak po drugiej stronie ulicy.

Najprawdopodobniej przy tym podwórku mieszka moja rodzina.

Nie zostało wiele czasu. Pozostawało capnąć trolejbus jadący na plac Radziecki i tam złapać autobus jadący na dworzec. Szczęśliwie plan udał się w stu procentach.

 
Plakaty filmowe w trolejbusie. Dżastin Timberlejk i Mila Kunis w filmie „Przyjacielski seks” (tytuł polski: „To tylko seks”, tytuł amerykański: „Friends with Benefits”, czyli „Przyjaciele z dodatkami”). Do tego Tejlor Lotner w filmie „Porwanie”.

Plac Radziecki. Drogowskazy do Białegostoku w Polsce i Druskiennik na Litwie.

Czołg na pomniku i monumentalna bryła teatru dramatycznego.

Na dworzec wróciłem na czas, żeby móc kupić bilety na pociąg. Mieliśmy teraz zamiar przejechać się dwoma kikutami linii: na Uczitel i na Uzbereż. Tam jednak nie dojechaliśmy z powodu strefy przygranicznej, do której cudzoziemcy nie mają praktycznie żadnej możliwości się dostać. Kupiliśmy więc bilety najdalej jak się dało, czyli do rozwidlenia torów w Porzeczu.

Znajdź niepasujący element.

Nasz dizel-pojezd do Uczitela, czyli kolejny przedstawiciel popularnej serii ДР1А.

Pociąg do Moskwy prowadzony nowoczesną lokomotywą spalinową typu ТЕП70БС o przezwisku „Bies”, (moc 2983 kW, Vmax 160 km/godz). Odjeżdżał przy dźwiękach marsza puszczonego z głośników. +20 do zarąbistości 😉

Po tym, jak pociąg do Moskwy zniknął gdzieś za zakrętem, nadszedł czas, aby również nas mułowaty dizelpojezd ruszył przed siebie. Na semaforze podano sygnał, silnik w wydzielonym przedziale za kabiną maszynisty zaperkotał i zaczęliśmy się niemrawo rozpędzać.
Na linii do Uczitela wielkich prędkości się nie osiąga – toczyliśmy się jakieś 50 km/godz. Z obu stron widniały charakterystyczne dla byłego ZSRR szpalery drzew, które kompletnie przesłaniały widok.

Lokomotywownia Grodno. Lokomotywa 2ТЭ10М i obok niej М62, która wygląda przy niej jak karzełek, a na PKP jest największą lokomotywą spalinową.

Drzewa przy trasie. Jak typowy mieszczuch wyobraża sobie drzewa? Patyki na dole, zielone u góry… Między pniami powinno być coś widać, prawda? A tu guzik.

W pociągu.

Matka z dzieckiem na białoruskich kolejach ma futrzany kołnierz 🙂

Plakaty i ogłoszenia w pociągu.

Przystanek Bahuszełka (z dźwięcznym „h” kresowym).

Rybnica. Przystanek najbliższy wsi Sobolany, gdzie też mieszka część mojej rodziny.

Droga na Sobolany. Dzięki Google Maps i jakiejś innej mapce wygrzebanej w internecie wiedziałem, że wieś leży właśnie w tamtym kierunku 😉

Stacja w Porzeczu. Dalej się jechać nie dało – do pociągu wsiadł pogranicznik i pilnował, żeby nikt nie zajechał za daleko.

Odjazd naszej jednostki.

Poczekalnia dworcowa.

Porzecze. Po prawej był jeszcze supermarket, a po lewej – mały sklepik spożywczy i bar.

Udaliśmy się do baru, żeby coś przekąsić. W asortymencie były tylko jakieś nadziewane bułki odgrzewane w mikrofalówce, ale mimo to zamówiliśmy je i zjedliśmy. Były nawet całkiem smaczne. Przeczytaliśmy też znajdujące się na ścianie anonse – m. in. o takiej treści: „Szanowni obywatele, w ostatnim czasie w naszym okręgu doszło do wielu zatruć alkoholem etylowym…” i dalej informacja o „gorącej linii” i o tym, że za wytwarzanie „samogona” grozi kara miliona rubli (500 zł).

Ogłoszenia. Może sobie ktoś poczytać, jak zna cyrylicę 😉
W pobliskim supermarkecie uzupełniliśmy jeszcze zapasy produktów spożywczych i wróciliśmy na dworzec.

Pomnik Wyzwoliciela przed dworcem.

Ogłoszenia milicji transportowej na dworcu. M. in. apel do rodziców, żeby uważali na dzieci.

Wracamy. Za oknem kompletna ciemność, pociąg bujał się nieco na nierównych złączach i powolutku toczył w kierunku Grodna.

W Grodnie mieliśmy przesiadkę na nocny pociąg do Mińska. Wagony stały przy peronie od dłuższego czasu, ale drużyny konduktorskie pojawiły się dopiero na pół godziny przed odjazdem. Po stacji uwijały się manewrowe „czmelaki” (ЧМЕ3) ciągając ciężkie pociągi (białoruscy maszyniści mogliby się licytować: „Myślisz, że ДР1А czy też M62 z ciężkim towarem są mułowate? Jeśli nie ciągałeś czmelakiem dwudziestowagonowca, to nie wiesz, co to mułowatość!”).
Zrobiłem jeszcze kilka zdjęć i wsiadłem do wagonu. Ponieważ jednocześnie okazało się, że plecy Krzyśka wciąż go bolą, i to coraz silniej, przydzieliliśmy go do jednego przedziału ze mną – najsilniejszym członkiem wycieczki.

Hala dworcowa w Grodnie. Te żyrandole są niesamowite. Zastanawia mnie też, jak sufit jest utrzymywany w czystości – przystawiają jakieś długie drabiny, żeby go myć?

Dworzec od strony miasta w nocy.

Pociąg dokądśtam i ciągnąca go ТЕП70.

Wreszcie udaliśmy się na peron i wsiedliśmy do właściwego wagonu – z kominka na jego dachu wydobywał się dym, świadczący o działającym ogrzewaniu. Na kolejach państw WNP każdy wagon ma własny system ogrzewania i osobnego konduktora (tzw. prowadnika) – nasz miał dwóch, a właściwie dwie (były to bowiem kobiety). Na jednym z końców wagonu znajdował się samowar, z którego można było sobie wziąć wrzątek lub kupić u prowadnicy herbatę (ceny nie pamiętam, ale była mniejsza niż 1000 rubli, czyli 50 groszy), podawaną w szklankach w gustownych, drucianych koszyczkach. Prowadnice odebrały nasze bilety i mogliśmy wejść z Krzyśkiem do naszego przedziału. Wagon był tzw. „kupiejny” – przedziałowy sypialny, po cztery łóżka na przedział. Rozłożyliśmy łóżka (na których leżały już materace i poduszki, choć gołe) i położyliśmy się na nich. Nagle drzwi się otworzyły, a do przedziału wszedł starszawy facet w gigantycznym „rondlu” na głowie. Obydwaj spojrzeliśmy na niego ze zdziwieniem, a on spojrzał ze zdziwieniem na nas. Zastanawialiśmy się, czy to jakiś milicjant, czy kolejarz, czy może jakiś inny mundurowy, który czegoś od nas chce? W końcu jednak dostrzegłem kotwicę na jego czapce i uznałem, że facet najprawdopodobniej jest z marynarki i po prostu jedzie pociągiem. Prowadnica za bliżej nieokreśloną, ale niewysoką opłatę przyniosła nam pościel (oprócz pościeli w jubileuszowym worku „150 lat kolei na Białorusi 1862-2012” była jeszcze kartonowa nakładka na siedzenie WC, mydło i ręcznik), a my szybko przygotowaliśmy się do spania (co w moim przypadku obejmowało m. in. umycie nóg w umywalce w WC, zmianę skarpet i zawinięcie ich wraz z butami w szczelny foliowy worek, żeby nie zasmradzać przedziału). Do toalety poszedłem jakiś czas po tym, jak pociąg ruszył – na kolejach krajów WNP toalety są zamykane na czas przejazdu przez miasta na okres tak zwanej strefy sanitarnej. Oddam głos „Podróżom Przegubowca” (fragment wyprawy transsyberyjskiej):

Największym problemem egzystencjalnym jazdy na górnej płackarcie jest zgadywanie po przebudzeniu czy toaleta jest otwarta. Jak wiadomo bowiem w czasie jazdy po Rosji obowiązują tzw. strefy (zony) sanitarne mniej więcej na 15-30 minut przed każdym większym miastem. Toalety są wówczas zamykane. Gdy już człowiek zainwestuje energię w opuszczenie górnej leżanki i dotarcie do toalety, wypadałoby, żeby nie pocałował klamki. Wówczas bowiem gnębi go kolejny dylemat – czy ktoś jest w środku, czy to już zamknięto toalety. Jeśli sanitarna zona, to czy przed stacją, czy za stacją. Jeśli przed stacją, to ile czasu jeszcze do stacji i ile czasu będzie stał na stacji. No i przede wszystkim czy tkwić pod drzwiami w zimnym i często zadymionym przedsionku, czy wracać do łóżka z poczuciem porażki. Może też przytrafić się sytuacja, że po odczekaniu na moją kolejkę przyjdzie prowadnik i zamknie toaletę recytując magiczne słowa sanitarnaja zona. Istny „Dzień świra” 😉

Staruszek z marynarki okazał się być całkiem sympatyczny. Nawet gadaliśmy przez kilkanaście minut w miarę naszej (nie)znajomości rosyjskiego. Stwierdził m.in., że „niby Słowianie, ale bez ruskiego nie razbieriosz”. Potem poszliśmy spać.
W środku nocy nasz sympatyczny staruszek wysiadł albo zmienił przedział, a na jego miejsce przyszła matka z małym synkiem i nieco starszą córką. Godzinę przed Mińskiem obudziła nas prowadnica. Okazało się, że plecy bolą Krzyśka nieco mniej niż na początku jazdy. Po cichu się ubraliśmy, wyszliśmy i do Mińska dojechaliśmy już na korytarzu.

Przedział wagonu kupiejnego, górne leżanki.

Korytarz. Firanki z sąsiednich okien są związane na supeł nawzajem ze sobą 😉
Wreszcie pociąg wjechał na dworzec w Mińsku. Dworzec robi niesamowite, przygniatające wrażenie na takim niepoprawnym moderniście jak ja. Gmaszysko dworcowe jest potężne i częściowo wychodzi ponad tory, a wielka, wsparta na betonowych filarach kryta kładka (aktualnie w remoncie) z łagodnie nachylonymi zejściami na perony jest po prostu imponująca.

Nasz pociąg w Mińsku.

Dworzec od strony peronów.

Elektriczka na dworcu.

Tablica odjazdów w podziemiu dworca.

Dworzec od frontu.

Hala dworcowa.
Wyciągnęliśmy z bankomatów więcej kasy, zjedliśmy jakieś śniadanie i ruszyliśmy do metra. Kupiliśmy sobie po kilka plastikowych żetonów, po czym dumnie wkroczyliśmy do podziemnego świata. Metro w Mińsku, jak większość poradzieckich systemów, charakteryzuje się zjawiskiem nazwanym przez Semaforka „radosnym przerostem zatrudnienia”. Przy każdym rzędzie bramek siedzi w budce kobieta i pilnuje, czy ktoś nie wchodzi bez biletu. Bramki te, nawiasem mówiąc, mają charakterystyczną cechę – normalnie są otwarte i wyglądają niewinnie (jakby ktoś zapomniał zainstalować krzyżaków), ale jeśli zapomni się wrzucić żeton, a fotokomórka wykryje czyjąś nogę, zatrzaskują się natychmiast. Jedną nawet wypróbowaliśmy – nie ma szans wejść bez biletu. Kobieta w budce za ów wybryk spojrzała na nas z dezaprobatą 😉 Jak na były Sojuz przystało, metro jest bogato zdobione. Na ścianach stacji widnieją płaskorzeźby z sierpami i młotami, wszędzie marmury, złocenia i kafelki. Do tej pory żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia wielkiej mozaiki z sierpem i młotem na jednej ze stacji, ale nie byliśmy pewni, czy w metrze właściwie wolno robić zdjęcia (w kwietniu tego roku miał tam miejsce zamach bombowy na najbardziej ruchliwej stacji przesiadkowej). Pociągi, które kursują w metrze, to różne wersje wagonów typu 81 – takich samych jak te, które można spotkać w Warszawie, tylko pomalowanych na niebiesko z białym pasem i w znacznie bardziej zróżnicowanym wieku.

Wyjście ze stacji metra Немига (Niemiga). Pomnik ofiar tragedii z 1999 roku (kiedy podczas koncertu na świeżym powietrzu rozszalała się burza z gradobiciem, wybuchła panika, tysiące ludzi naraz rzuciło się do metra i 53 osoby zostały zadeptane).
No to pora w miasto! Na pobliskiej ulicy sznureczkiem, jeden za drugim, jechały trolejbusy, wobec czego nie mieliśmy większego problemu z wyborem kierunku 😛

Pomnik na budynku. Podczas oglądania najlepiej puścić sobie to ^^

Siakiśtam budynek.

Pętla tramwajowa, do której dotarliśmy trolejbusem. Na zdjęciu AKSM-1M – produkt mińskiej fabryki Biełkomunmasz. Większy nieco od Konstala 105Na. Częstotliwość tramwajów jest naprawdę duża – kilka przyjechało i odjechało, jak przechodziliśmy na ukos skrzyżowanie 😉
Na pętli tramwajowej stały same jednoczłonowe, wysokopodłogowe AKSM-y. Wsiedliśmy do jednego z nich, a tramwaj zamknął drzwi i ruszył (napęd jest tyrystorowy). Okazało się, że trzęsie strasznie, zapewne wskutek znacznych płaszczyzn na kołach. Tym niemniej dość szybko i sprawnie poruszał się po mińskich torowiskach, po części wydzielonych, po części wbudowanych w jezdnię w dość dziwaczny sposób: bezrowkowe szyny obłożono płytami chodnikowymi. Tory, utrzymane w dobrym stanie, pozwalały na rozwijanie całkiem przyzwoitych prędkości. Po drodze minął nas jeszcze inny białoruski wynalazek, a mianowicie AKSM niskopodłogowy.

Białoruska sygnalizacja tramwajowa.

Rozkład jazdy na przystanku.

Plac Jakuba Kołasa.

Plac Jakuba Kołasa, budynek Narodowego Komitetu Olimpijskiego.

Budynki politechniki.

Najprawdopodobniej akademik.

Pętla tramwajowa. Panie i panowie wajchowi przekładali zwrotnice przed nadjeżdżającymi tramwajami, sterując ruchem na pętli. W pobliskim sklepie uzupełniliśmy produkty spożywcze i ruszyliśmy na podbój sieci trolejbusowej.

MkDrajw. Ceny w McDonaldzie były niemalże identyczne z polskimi (i amerykańskimi).

Blokowisko odbijające się w wodzie. Tu karmiłem kaczki mińskimi ciastkami mlecznymi 😉

Ni z gruchy, ni z pietruchy – cerkiew w środku blokowiska. Cokponiektórzy się przyczepią, że u nas też ni z gruchy, ni z pietruchy stawia się kościoły w środku blokowisk. Owszem, ale te kościoły mają zwykle modernistyczną, dopasowaną do otoczenia formę. A ta cerkiew nie – zapewne stała tu już w czasach, kiedy żadne blokowisko się nikomu nie śniło.

Przegubowy trajt.

Skrzyżowanie sieci tramwajowej i trolejbusowej.

Zwrotnica na pętli tramwajowej z tylko jedną iglicą. Tu ponownie wsiedliśmy w tramwaj.

Z okna tramwaju: ambasada rosyjska…

…Pałac Dzieci i Młodzieży…

…Teatr Republikański…

…oraz klub i kasyno „Biała Wieża”.

Mińszczanie w tramwaju.

Na placu Jakuba Kołasa ponownie weszliśmy do metra. W przejściu podziemnym mieściła się m.in. wypożyczalnia wideo. Do wypożyczenia np. Гарри Поттер 😉

Stacja metra „Plac Jakuba Kołasa” i ozdobne kafle na filarach.

Plac Październikowy. Wyjście ze stacji metra „Październikowa”.

Pałac Republiki.

Galeria sztuki.

„Zamaskowane” wejście do metra. Po drodze do tego miejsca przechodziliśmy obok Pałacu Prezydenckiego, przed którym stał mundurowy w wielkim rondlu na głowie, a na przylegające ulice wolno było wjeżdżać tylko samochodom milicji i służb miejskich.

Ul. Lenina, popiersie Henriego Dunanta.


Powstrzymam się od komentarza.

Transport cywilizowany…

…i mniej cywilizowany.

Socrealistyczny Mińsk (miasto, dotkliwie zniszczone w czasie II wojny światowej, odbudowano w stylu socrealistycznym). W oddali widać budynek dworca.


„Za Białoruś, dla narodu!”
Tu się rozdzieliliśmy, każdy bowiem chciał zrobić inne zdjęcie dworca. Spotkanie było umówione przy naszym pociągu do Brześcia, 10 minut przed odjazdem tegoż. Po obfotografowaniu dworca stawiłem się na peronie jako pierwszy z naszej ekipy. Krzysiek był drugi, a Semaforek i Ostry nadeszli razem jako trzeci.

Nasz pociąg. Lokomotywa to ЧС4Т, prędkość maksymalna: 160 km/godz. (prędkość konstrukcyjna wagonów, a właściwie wózków wagonowych wynosiła 140 km/godz.), moc: 5100 kW.
Nasz ośmiowagonowy pociąg był wysokiej kategorii „skoryj firmiennyj”. Wagony, choć z zewnątrz prawie takie same jak wszystkie inne wagony kolei białoruskich, miały zainstalowaną (choć wyłączoną) klimatyzację i wyremontowane wnętrze. W środku wyposażone były w wygodne fotele, wyświetlacze LED i co ciekawe również telewizory. Podczas czterogodzinnej jazdy na telewizorze wyświetlane były dwa różne filmy. Pierwszym był jakiś rosyjski harlequin, gdzie główny bohater próbował odbić kobietę innemu (poznali się tak, że ona jego potrąciła samochodem, kiedy on przechodził przez jezdnię na zielonym; gdy on wrócił do przytomności, zobaczył jej twarz i zakochał się w niej, więc powiedział milicjantowi, że to on wszedł na czerwonym), a jednocześnie próbował sformować dziecięcą drużynę piłki nożnej z młodocianych złodziejaszków z przedmieść Moskwy. Z drugiego pamiętam tyle, że był to jakiś znany międzynarodowy hicior. Toaleta była próżniowa, dzięki czemu „sanitarnaja zona” nie obowiązywała. A wszystko to za równowartość 10,50 zł i pół grosza. In your face, PKP Intercity!

Wnętrze wagonu.

Wygoda, a co!
Linia kolejowa Mińsk-Brześć to fragment korytarza transportowego Berlin-Moskwa. Z tego powodu jest zelektryfikowana (prądem zmiennym 25 000 V/50 Hz) i utrzymywana w bardzo dobrym stanie. Niestety, jest również nudna jak flaki z olejem, a to z powodu znanych nam już szpalerów drzew po obu stronach torów. Jedynym urozmaiceniem są dość szerokie wyrwy w nich w miejscach przejazdów kolejowych, gdzie można dojrzeć kawałek Białorusi. Podczas jazdy, podobnie jak wcześniej w sypialnym, można było u prowadnicy kupić za śmieszną cenę herbatę (niestety już nie w szklance w gustownym posrebrzanym koszyczku, tylko w styropianowym kubku). Do Polski mieliśmy zamiar wrócić przez Ukrainę, żeby nasza wycieczka za szybko się nie skończyła. Jednakowoż, żeby zaoszczędzić nieco grosza, postanowiliśmy zamiast jak Pan Bóg przykazał ekspresem Mińsk-Kijów pojechać pociągami osobowymi przez przejście w Zabłociu. Do Brześcia dojechaliśmy o czasie. Niestety plecy Krzyśka „zastały się” podczas czterogodzinnego siedzenia, toteż jego mobilność była poważnie ograniczona. Twierdził, że dowiedział się, jak to jest być staruszkiem 😉 Zorganizowaliśmy zatem nasz pobyt tak, że on nam pilnował plecaków, a reszta wyskoczyła do miasta zrobić zakupy, przy okazji kupując coś też i jemu.

Prądnica wagonowa napędzana paskiem klinowym.


Hala kasowa w Brześciu i plan dworca.
Aby wydać wszystkie ruble białoruskie, jakie mi jeszcze zostały, obkupiłem się za wszystkie czasy, zanabywając m. in. Советское Шампанское (radziecki szampan) i białoruską żubrówkę, a także nieco napojów bezalkoholowych, m. in. Бела-Кола (białoruską colę, podobną w smaku do naszej Hoop-Coli czy tureckiej Cola Turka). Potem zjadłem ostatniego blina z budki, przeszedłem przez kładkę, dołączyłem do grupy, poszedłem wraz z innymi wymienić resztki waluty na hrywny ukraińskie, przeszliśmy tunelem pod peronami (dworzec wyposażony był w napisy m. in. po angielsku, tunel oznaczony był po brytyjsku jako subway), weszliśmy na peron, z którego miał odjeżdżać nasz pociąg, ja jeszcze rzuciłem okiem na lokomotywę ТЕП60 pociągu do Homla i kiedy wróciłem do reszty grupy, na tor podstawiał się już dizelpojezd do Zabłocia znanej i lubianej serii ДР1А. Pociąg był dość wypełniony. Kolebał się z szybkością 40 km/godz. po kiepskich torach, a za oknami nie widać było kompletnie nic. Dość szybko dowiedzieliśmy się też, co przewozi się między Białorusią i Ukrainą. Otóż wiedzieliśmy, że między Białorusią i Polską kwitnie przemyt papierosów i alkoholu, ale nie przygotowało nas to ani odrobinę na tę niespodziankę. Otóż okazało się, że tym białoruskim towarem, którym najbardziej opłaca się handlować na Ukrainie, jest coś, czego na pewno nikt nie umieścił na liście 10 najczęściej przemycanych towarów świata, a mianowicie… masło.

Przewieźliśmy po 4 kostki masła (tyle, ile wynosi limit) pewnej kobiecie. Kiedy ta się dowiedziała o problemach Krzyśka z plecami, stwierdziła, że masaż+wódka mogłyby pomóc… Obok nas siedziało małżeństwo w średnim wieku o podwójnym obywatelstwie – białorusko-litewskim. Ponieważ kobieta mówiła po polsku (z silnym kresowym akcentem) gadaliśmy długo: o Białorusi, Polsce, wizach, USA (bo wypatrzyła u mnie w paszporcie wizę amerykańską), przemycie masła, wszystkim i niczym. Na ostatniej stacji w Białorusi do pociągu wsiedli białoruscy pogranicznicy w „rondlach” na głowach (na początku i na końcu składu) i metodycznie kontrolowali pasażerom paszporty. Młoda funkcjonariuszka jako pierwsza dostała do ręki jeden z naszych paszportów. Chyba po raz pierwszy taki widziała, bo na widok orzełka na okładce wywaliła gały, po czym włożyła go do czytnika komputerka, który miała zawieszony przed sobą, przez jakiś czas wpatrywała się w ekran, po czym wciągnęła do debaty nad paszportem innego funkcjonariusza. W tym czasie inni pogranicznicy wzięli paszporty reszty naszej ekipy, a po niedługiej chwili nadeszła reszta ekipy pograniczników, która szła od drugiego końca pociągu, i wszyscy wspólnie zaczęli debatować nad naszymi paszportami. W końcu jednak udało im się rozwiązać problem z nimi, ponieważ nasze dokumenty, uzupełnione o pieczątki wyjazdowe, wróciły do nas. Pociąg przejechał przez granicę białorusko-ukraińską (zardzewiały płot z drutu kolczastego, ledwo widoczny w ciemnościach) i zatrzymał się na stacji w Zabłociu przy ogrodzonej części peronu, tak że aby przejść na dalszą część stacji, gdzie znajdowało się wyjście i pociąg jadący w głąb Ukrainy, trzeba było przejść przez budkę ukraińskiej kontroli granicznej, do której natychmiast uformowała się kolejka (a właściwie bezładna kupa). Nasza grupa została przez tłum rozdzielona, przy czym ja zostałem nieco z tyłu. Kontrola, w ciągu ostatnich kilku dni już ósma którą przechodziłem, nie wyróżniała się niczym nadzwyczajnym – takie same komputerki, tak samo pogranicznik obejrzał paszport i wbił pieczątkę (tym razem poza wizą). Tylko ukraińska celniczka zajrzała mi do plecaka, ale zobaczywszy cztery kostki masła i mnóstwo butelek machnęła ręką i kazała iść sobie. I tak oto znalazłem się na Ukrainie (oficjalna nazwa państwa: Ukraina). Za budką czekał na mnie mężczyzna w średnim wieku o głębokich rysach twarzy. Spytał, czy Polak (eee, tak), po czym powiedział, że zaprowadzi mnie do reszty grupy. Podeszliśmy do ukraińskiego pociągu – z bliska okazało się, że to brudny jak nieszczęście (w przeciwieństwie do białoruskiego, który był porządnie wyszorowany) i stary jak świat dizelpojezd serii Д1 (produkcja węgierska, przekładnia hydrauliczna, hamulec pneumatyczny). W najbliższym z czterech wagonów nie paliło się żadne światło, w dwóch następnych jarzyły się tylko słabe żarówki awaryjne. Szedłem więc w mocno podejrzanej atmosferze za Białorusinem/Ukraińcem w średnim wieku, ale już z mocno pomarszczoną twarzą, wzdłuż nieoświetlonego, rozklekotanego, pyrkoczącego pociągu… a potem on wprowadził mnie do trzeciego z kolei wagonu. Przy awaryjnych światełkach wnętrze pojazdu wyglądało – bez żartów – jak speluna: na drewnianych ławkach ledwo widoczni siedzieli ludzie zakutani w jakieś szare płaszcze, a pośród przekupni z wielkimi, bazarowymi torbami – jedna mała dziewczynka, która w jakiś sposób potęgowała nastrój grozy. Wreszcie dotarłem do reszty ekipy i oddałem kobiecie jej masło. Kiedy pociąg ruszył, mężczyzna który mnie tu doprowadził powiedział że może pomóc Krzyśkowi pożegnać się z bólem pleców, ale potrzebuje naszej współpracy. Trzech z nas utworzyło z kolan stół, na którym z odkrytymi plecami położył się Krzysiek. Mężczyzna poprosił nas o przytrzymanie rąk Krzyśka, a sam fachowo rozmasował mu plecy przy kręgosłupie, od czasu do czasu prosząc, żeby polać mu trochę „horiłki” (wódki), którą wcierał w plecy naszego kolegi. Mówił przy tym, że Krzysiek najprawdopodobniej dostał „wilka” od siedzenia na zimnym i że odezwało się coś większego, co kolega miał wcześniej. Masaż okazał się bardzo pomocny – po skończonym zabiegu kolega wstał o własnych siłach. Masażysta (który okazał się miejscowym wiejskim znachorem) przychodził jeszcze kilkakrotnie pytając, czy się nie pogarsza – nie pogarszało się. Oczywiście podziękowaliśmy mu bardzo ładnie, a później w rozmowach między sobą stwierdziliśmy, że ukraiński masaż w jednostce o wnętrzu wyglądającym jak melina dopełnił całości obrazu: tej nocy poziom nierealności przekroczył wszelkie granice 😉

Wnętrze ukraińskiej jednostki spalinowej produkcji węgierskiej. Brrrr…

Nasza Д1 na stacji w Kowlu.

Pomalutku i przysypiając (było już po północy) doturlaliśmy się do stacji w Kowlu, gdzie za hrywny kupione w Brześciu kupiliśmy bilety na dalszą drogę do Lwowa. W poczekalni spotkaliśmy ukraińskiego Polaka, który miał na tej stacji kilkugodzinną przesiadkę – niestety na swobodną gawędę nie było czasu, bo właśnie zapowiedzieli nasz pociąg.

Kowel, poczekalnia.
Pociąg z Kijowa do Lwowa (jadący mocno okrężną drogą) składał się z osiemnastu ciężkich, pudełkowatych wagonów, typowych dla kolei państw WNP. Pomimo więc iż prowadzony był lokomotywą 2M62 (dwuczłonową M62) o całkowitej mocy prawie 3000 kW, był dość mułowaty. Nawet hamował tak jakby chciał, a nie mógł (choć to zapewne styl maszynisty). Tym razem przypadły nam w udziale miejsca w wagonie płackartnym (ponieważ pociąg był już prawie pełny, dostaliśmy miejsca bokowe, najmniej wygodne). Płackarta to najogólniej rzecz biorąc bezprzedziałowa kuszetka, a zdjęcia opiszą ten niezwykły typ wagonu lepiej niż najbardziej elokwentny tekst.

To jest właśnie płackarta. Kiedy się kładliśmy, światło było przygaszone, a chwilę później zgasło całkowicie. Zdjęcia robione są rano, po wybudzeniu – stąd jarzeniówy na full.
Prowadnik (tym razem facet – no ale to już Ukraina, a nie Białoruś) wydał nam pościel, po czym natychmiast przygotowaliśmy sobie łóżka, rzuciliśmy się na nie (ja jeszcze umyłem nogi i zmieniłem skarpety) i zasnęliśmy błyskawicznie po ciężkim dniu Pomimo krótkiego miejsca bokowego spałem jak kamień. Obudzono nas wschodnim zwyczajem godzinę przed stacją docelową. Także tutaj można było zamówić herbatę w szklance w gustownym drucianym koszyczku – tym razem dałem się skusić. We Lwowie rozdzieliliśmy się. Semaforek chciał pojechać marszrutką do przejścia granicznego Szegini-Medyka i stamtąd podjechać busem do Przemyśla, ja oraz reszta ekipy woleliśmy jechać pociągiem do Przemyśla (kosztował 200 hrywien, czyli 60 złotych). Na remontowanym właśnie na Euro 2012 dworcu kupiliśmy bilety. Koledzy trafili we dwóch do jednego przedziału, ja do innego.

Czterowagonowy pociąg do Przemyśla złożony z wagonów o skrajni UIC. Przyprowadziła go zmodernizowana na Ukrainie lokomotywa ЧС4, przystosowana do prądu zmiennego 25 000V/50 Hz. W Lwowie, wykorzystując przełączanie napięcia w sieci trakcyjnej, przepięto mu ją na lokomotywę ВЛ10, która – już pod siecią 3000V prądu stałego – pociągnęła te cztery wagony do Przemyśla. Wagony ukraińskie jechały tylko do Przemyśla, a polskie dalej – do Wrocławia.
Wagon, którym jechałem, był zwykłym wagonem sypialnym z trzema leżankami na przedział, bardzo podobnym do tych, które jeżdżą dla PKP. Po złożeniu środkowej leżanki zamieniał się w całkiem wygodny wagon z miejscami do siedzenia. Towarzyszem podróży był znający język polski malarz z Ukrainy. Chwalił sobie polskie subwencje na kulturę i przybliżył mi spojrzenie na ukraińską politykę z perspektywy zwykłego obywatela (Juszczenko był ambitny, ale niewiele ponad to, Janukowycz i ekipa to wszystko starzy aparatczycy jeszcze z KPZR, a Tymoszenko może potrafiłaby „to wszystko” wziąć za mordę, ale jako kobieta była zbyt emocjonalna i otaczała się nieodpowiednimi ludźmi, a teraz siedzi). Za oknami „zielona Ukraina”, krajobraz nieco pagórkowaty, podobny do wschodniej Polski. Na stacji Mościska-II do pociągu wsiadła ukraińska kontrola graniczno-celna. Nasze paszporty zebrał prowadnik (znów facet), po kontroli oddał je z powrotem. Przez pociąg przeszli celnicy, sprawdzając, czy czegoś nie chowamy m. in. w koszu na śmieci – nie do końca potrzebnie, gdyż przeniesienie polskiej wjazdowej kontroli celnej z pociągu do budynku i monitorowanie przejazdu (zatrzymywanie pociągu za każdym razem, kiedy przez okno wylatywały papierosy – o czym opowiadali mi koledzy, osobiście tego nie doświadczyłem) stały się wystarczającymi czynnikami odstraszającymi od rozkręcania pociągu w celu schowania przemycanego towaru. I to nie tylko tu, ale także na wszystkich trzech przejściach granicznych z Białorusią. Przez pociąg przeszedł też pies, węsząc za narkotykami. Później się dowiedziałem, że jeden z kolegów jadących w innym przedziale miał zabawne zdarzenie – wysypały mu się tabletki, a kiedy celniczka zanurzyła mu rękę w plecaku, natychmiast się na nie natknęła 😉 Poleciała biegiem do psa, aby dać mu specyfik do powąchania; tabletki na szczęście okazały się nie zawierać narkotyków. Pociąg dojechał do Przemyśla i stanął na skrajnym torze pod budynkiem odprawy granicznej. Kontrolę przeszliśmy bezproblemowo (z powodu dużej ilości butelek w plecaku musieliśmy otwierać plecaki, ale wszyscy zmieściliśmy się w limicie). Okazało się, że kolega Semaforek (czy też – jak nazywaliśmy go na tej wycieczce – „nasz dwuramienny przyjaciel”) dotarł na miejsce nieco później od nas, gdyż busy Przemyśl-Medyka nie jeździły (zabrał się z facetem rozwożącym mleko). Kupiliśmy mu bilet na zapas (dworzec był w remoncie, bilety sprzedawano w kasach przed dworcem) i dzięki temu zdążył na pociąg. Najszybszą opcją dotarcia do domu okazał się dla mnie… rajd trzema pociągami osobowymi do Katowic, a potem Interregio do Wrocławia (najbliższy pośpieszny odjeżdżał za półtorej godziny i był na miejscu pół godziny po interregiu). Tą opcją wszyscy wróciliśmy.

Po ciągniętym 2M62 szerokotorowym pośpiechu ukraińskim nawet EN57 wydaje się rakietą. A po drewnianych siedzeniach w Д1 kiblowy skaj zdaje się być całkiem wygodny.
Ostrego pożegnałem w Krakowie (gdzie dzięki jego uldze pracowniczej zjedliśmy tani obiad), Semaforka w Katowicach (gdzie zaszokowałem wzrostem dwóch rasowych, mówiących gwarą Ślunzoków), a Krzyśka w Strzelcach Opolskich. Do domu wróciłem autobusem N. Podsumowując: była to jedna z lepszych wycieczek, na jakie zdarzyło mi się jechać ostatnimi czasy. Najdroższą częścią była wiza – transport jest na Białorusi naprawdę śmiesznie tani, podobnie jak bliny z budki i chleb w sklepie (a dobry był!). No i przede wszystkim wycieczka rozbudziła we mnie więcej apetytu na podróże na Wschód. Tylko jeśli następnym razem będę gdzieś, gdzie mam rodzinę, to zostawię sobie więcej czasu i się zapowiem 😉
Bilety:

EPILOG (6.10.2011)
Dzisiaj miałem sen, będący zapewne w jakiś sposób związany z tą wycieczką. Sen był poprowadzony w narracji trzecioosobowej (tj. nie brałem udziału w wydarzeniach i czułem się, jakbym oglądał film), a głównym bohaterem był jakiś zachodni dyplomata albo przedstawiciel firmy – nie pamiętam dokładnie, w każdym razie jakiś wysłannik. Pędził samochodem jak pirat drogowy ulicami Mińska, a na uzasadnione obawy jego towarzysza odpowiadał, że ma na Białorusi uprawnienia prezydenta. – Ale co ci po jakimś zachodnim papierze, skoro on nic tutaj nie znaczy – odprał towarzysz podróży. – Moje uprawnienia są lepsze. Zobaczysz! W tym momencie wjechał na skrzyżowanie i z efektownym poślizgiem zatrzymał zię przy różowej limuzynie cabrio. Zaraz za nim stanęła ścigająca go milicyjna Dacia, ale milicjanci nic nie zrobili, gdyż w tym momencie z limuzyny (w której zresztą po otwarciu drzwi rozłożył się pod nimi dodatkowy schodek) wysiadł Łukaszenko. Wyglądał jak rumuński mafioso albo jak alfons z filmu: różowa koszula, fioletowy garnitur i ciemne okulary w złotych oprawkach, z zawiasami jak z bramy głównej pałacu maharadży. Podszedł do naszego bohatera z okrzykiem: – Się masz, stary kumplu! Kopę lat! Następnie obaj spojrzeli na samochód prezydenta, gdzie na tylnym siedzeniu siedziała jego żona – złożona jak scyzoryk, z obiema nogami wyprostowanymi w górze. Łukaszenko wyjaśnił przepraszającym tonem: – Nawet nie pytaj, za ciasne spodnie. Znowu… Po czym dał naszemu bohaterowi wizytówkę jakiegoś nowego butiku w Krakowie z informacją o otwarciu o godz. 15.30 i dopisanym długopisem „Stawić się o 14.30”. Potem nasz bohater i prezydent Białorusi omawiali jakieś międzynarodowe sprawy, ale nie pamiętem już jakie, bo się obudziłem. Brzmi to jak jakieś bzdury bez sensu i zapewne właśnie tak jest. Ale może ten sen ma drugie dno… Jakie? Nie mam pojęcia. Chyba się przejadę znowu na Białoruś, żeby się dowiedzieć…


Przypisy:
1 chodzą słuchy
2 My Little Pony: Friendship is Magic

Advertisements

Tagi: , , , ,

komentarze 2 to “Białoruś 2011”

  1. DAMIAN Says:

    Super. Jasno i klarownie ukazana wycieczka.

  2. towlasniemysle Says:

    Kurde. Przede wszystkim pogratulować odwagi. A po drugie – bardzo ciekawie opisane – naprawdę fajnie się czyta.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: