Podsumowanie wakacji

Choć takie stwierdzenia obarczone są pewnym marginesem błędu, mogę chyba uznać, że były to najlepsze wakacje, jakie w życiu miałem. Spędziłem je na innym kontynencie, bez rodziny i znajomych, na dodatek przez większą część zasuwając po 10-12 godzin na dobę (bo w USA nie ma ustawowego maksymalnego czasu pracy, gdyż amerykański rząd wychodzi z założenia, że jeśli masz ochotę doprowadzić się do zgonu z przepracowania, to twoja sprawa) – ale poznanie kraju zarazem dobrze znanego (bo co drugi program telewizyjny lub film jest tam kręcony) i kompletnie nieznanego (bo z racji bariery finansowej mało kto tam był) zrekompensowało to z ogromną nawiązką.
Więc pora na weryfikację paru mitów. Czy Amerykanie są grubi? No cóż, według oficjalnych danych na otyłość cierpi jedna piąta społeczeństwa, a na ulicach New Yorku czy Newport News można zobaczyć naprawdę ekstremalnych grubasów. Ale z drugiej strony, jeśli wierzyć prasie, gonimy ich zapamiętale, a do tego nie należy zapominać o tych 4/5 społeczeństwa, które nie jest grube, tylko zupełnie normalne – a czasem wręcz wyjątkowo ładne i to na każdy gust (Amerykanów jest 250 milionów, w tym mnóstwo emigrantów ze wszystkich stron świata).
A czy Amerykanie są głupi? Nie uważam. Pewnie, z telewizji czy z radia dowiadujemy się co jakiś czas o przypadkach ekstremalnej głupoty w tym kraju (choćby kobieta, która włączyła tempomat w samochodzie, po czym wstała z fotela i poszła na tył auta, a samochód zjechał z szosy – i dostała odszkodowanie, bo w instrukcji nie było nic o tym, że tempomat to nie autopilot), ale to dlatego, że po pierwsze, Amerykanów jest 250 milionów i co za tym idzie są znacznie bardziej zróżnicowani do Polaków pod każdym względem, także inteligencji, a po drugie, mają znacznie bardziej niż w Polsce rozwinięty rynek mediów.
Za to na pewno brak im wiedzy geograficznej o Europie, przy czym jeśli o Europie Zachodniej coś mniej-więcej wiedzą, to Polska jest czarną dziurą w ich świadomości. Wiedzą, że gdzieś tam leży – pytałem wiele osób, nie tylko kolegów z pracy, którzy z natury rzeczy mają więcej wiedzy o naszym kraju, ale także nieznajomych z pociągów czy samolotów, i ani razu nie doświadczyłem legendarnego umieszczania naszego kraju w Azji czy Afryce – ale gdzie dokładnie, czy należy do UE i jak wygląda, to nie wiedzą. Ale tak z ręką na sercu, ilu Polaków wie o Urugwaju (kraj zbliżony swoim wpływem na Polskę do wpływu Polski na USA) chociażby tyle, że nazwa jego stolicy przywodzi skojarzenia z montownią magnetowidów? A ilu wie o Tajlandii (skąd pochodziła część moich kolegów z pracy) więcej niż że leży gdzieś w Azji Południowo-Wschodniej, ma stolicę w Bangkoku i klimat monsunowy? Kto potrafiłby prawidłowo opisać mapę konturową Ameryki Środkowej? Więc nie jesteśmy wiele lepsi od nich – dla nich świat kończy się z jednej strony na Nowym Jorku, a z drugiej na Los Angeles, a dla nas z jednej strony na Lizbonie, a z drugiej na Moskwie.
Jeśli już miałbym wybrać jakąś narodową cechę Amerykanów, byłaby to bezpośredniość. Chodzi mi o to, że o ile Polak przed zadaniem pytania bądź powiedzeniem czegoś trzy razy się zastanowi, czy czasem nie urazi to tej drugiej osoby (co mi się podoba, w przeciwieństwie do drugiej, ciemnej strony tego zwyczaju – czepiania się słówek i obrażalstwa), to Amerykanie potrafią palnąć w bezpośredniej rozmowie coś podobnego do tego, co w książce „Polska da się lubić” opisał Steffen Möller (u niego mówiła to Niemka): „Wyglądasz trochę jak chłopak mojej koleżanki. Straszny z niego dupek!” A także o to, że o ile u Polaków jest wyraźny podział na krąg znajomych, z którymi czujemy się swobodnie, i szeroką rzeszę nieznajomych, z którymi rozmowy ograniczmy do standardowych fraz typu „trzydzieści deko pieczarek poproszę”, u Amerykanów każdy człowiek jest domyślnie znajomym (no, może poza centrami wielkich miast).
Przykładowa rozmowa telefoniczna, której byłem świadkiem (dotyczyła mnie i okularów, które mi się stłukły): „Cześć Fred, Christine z tej strony. Mojemu znajomemu Peterowi stłukły się okulary i chciałby je sobie naprawić. Kiedy tam macie otwarte, żeby mógł do was przyjść?… (dłuższa pauza) Doskonale. Dzięki wielkie, Fred, cześć!” Była to rozmowa pomiędzy recepcjonistką wioski mieszkalnej a facetem z salonu optycznego, którzy nigdy wcześniej się nie spotkali, a ona znała imię tylko dlatego, bo odbierając telefon się przedstawił. Nie wiem, czy oddałem to wystarczająco dobrze – brzmiało to jak rozmowa dwojga co najmniej starych znajomych.
Czasem jednak potrafi to być krępujące. Dość rzucam się w oczy i jestem łatwo rozpoznawalny, co potwierdzi każdy mój znajomy. W USA prowadzi to czasem do ciekawych sytuacji.
Raz wybrałem się na wycieczkę do miasta Newport News. Wycieczka polegała na tym, że pojechałem do miasta autobusami zwykłymi z dwiema przesiadkami (jedną pod wielkim centrum handlowym, drugą gdzieś w jakiejś bocznej uliczce), a wróciłem ekspresowym autobusem, który miał tylko jeden przystanek pośredni – pod tym samym wielkim centrum handlowym. Ale wystarczyło to, żeby jeden z wsiadających na przystanku pośrednim do autobusu powrotnego facetów spojrzał na mnie zdziwiony i zapytał: „ciebie tu rano czasem nie było?” Na dodatek następnego dnia jeden z moich kolegów zapytał mnie: „Co ty wczoraj robiłeś w Newport News?”.
Innego razu wybrałem się po zakupy do tego samego centrum handlowego w Newport News. W ciągu godziny dziesięć razy pytano mnie: „How tall are you?” („Ile masz wzrostu?”). Przed wyjazdem nauczyłem się swojego wzrostu w stopach i calach (6’9″, czyta się „six nine”) i szybko odpowiadałem na wszystkie pytania, ale założę się, że gdybym stanął, żeby przeliczyć w pamięci, albo podał w centymetrach, to byłby to tylko wstęp do większej rozmowy, która kto wie, czy nie dałaby początku dłuższej znajomości. Jak to ujął Jeremy Clarkson: „W Stanach miejscem, gdzie rodzą się przyjaźnie, są windy”.
Myślicie, że to typowo clarksonowska przesada? No to posłuchajcie tego: kiedyś wybrałem się do pobliskiego kurortu Virginia Beach (w tym celu wynająłem z grupą kolegów samochód). Nawet pięciu minut jednak nie przeszedłem po plaży, a usłyszałem: „hej, nie pracujesz czasem w Busch Gardens?” Okazało się, że wypoczywała tu kobieta, którą miałem przyjemność wcześniej obsługiwać w pracy w Festhausie i której bardzo się spodobało moje rozeznanie w smakach kiełbasek. Gadałem z nią i z jej rodziną przez ponad godzinę, a jej syn jest w moich znajomych na Facebooku i co najciekawsze, wciąż utrzymujemy kontakt!

***

Wiedziałem, że będzie musiała się pojawić kwestia pamiątek. Problem w tym, że nie chciałem, aby o tak niesamowitej amerykańskiej przygodzie przypominała mi plastikowa Statua Wolności made in China. Chciałem przywieźć coś dla rodziny, ale raczej nie podkoszulki z „INY”, tylko coś mniej banalnego.
Ostatecznie dla siebie przywiozłem miniflagę amerykańską (specjalnie wybrałem taką z metką „Made in USA”) i kapelusz kowbojski pleciony z trzciny. I oczywiście całe mnóstwo fotek. Tym samym – zupełnie o tym nie wiedząc – podążyłem tropem wyznaczonym przez Wojciecha Cejrowskiego, który też uznał kapelusz za najlepszą pamiątkę z podróży. Obecnie, nasadzony na bakier na globus, dodaje zawadiackości przedmiotom stojącym na piecu w moim pokoju.
Ponadto postanowiłem dać rodzinie posmakować Ameryki i przywieźć amerykańskie piwo – Budweisera. Trzy butelki (po jednej dla mnie, ojca i brata) zawinąłem starannie w ciuchy i schowałem w walizce. I tak schowane przebyły 30 kilometrów taksówką na lotnisko w Newport News, 818 km do Atlanty i 954 km do Miami Boeingami 717 linii AirTran, 3448 km Boeingiem 757 linii American Airlines do Las Vegas, 15 kilometrów taksówką i 5 kilometrów autobusem po Las Vegas, 1054 kilometry autobusami Greyhound do San Francisco, 6 kilometrów komunikacją miejską w San Francisco, 675 kilometrów pociągiem do Los Angeles, 55 kilometrów autobusami z dworca w Los Angeles do Santa Moniki i z powrotem, 4932 kilometry pociągami z Los Angeles do Nowego Jorku plus 6 kilometrów wleczone po chicagowskich chodnikach, 15 kilometrów nowojorskim metrem z dworca Penn Station do hostelu i z powrotem, 15 kilometrów do stacji przy lotnisku w Newark i 5 kilometrów kolejką jednoszynową, 5822 kilometry Airbusem A340, 707 kilometrów Canadairem i 14 kilometrów Skodą Fabią. I nie potłukły się, a piwo nie straciło smaku.
Poza tym przybyło naklejek na drzwiach – pojawiły się tam lotnicze naklejki bagażowe z lotów po USA i z USA do Europy.

***

Na koniec rada do wszystkich studentów, którzy wahają się, czy jechać na work and travel do USA.
Jeśli masz pieniądze na wkład własny – to nad czym się zastanawiasz?
Jeśli nie masz – obrabuj bank, jedź do Londynu zmywać gary, poszukaj ukrytych skarbów, sprzedaj lodówkę – wytrzaśnij skądś tę kasę i jedź. Poznasz inną kulturę, innych ludzi, zweryfikujesz mity i zobaczysz kraj, w którym powstała popkultura i który oglądamy codziennie na filmach, ale rzadko z bliska. Naprawdę warto.

Właściwa relacja z wakacji w USA poniżej:

This… is… USAAAAAAAAA!!! – wstęp
Über den Wolken
It’s a subway. Subway!
Let’s Amtrak!
Streets of Philadelphia
Final Destination
Życie w wiosce – jak mieszkałem przez 2 miesiące pracy w USA
Wesołe miasteczko – bajka (fanfiction Inspektora Gadżeta), której akcja dzieje się w moim miejscu pracy
Travel – wstęp do wycieczki wokół Ameryki
Amerykańskie reklamy – wybór
Travel cz. 1 – pofruwajmy sobie
Travel cz. 2 – Majami!
Travel cz. 3 – e viva Las Vegas!
Travel cz. 4 – „If you’re going to San Francisco…”
Travel cz. 5 – let’s Amtrak again!
Travel cz. 6 – this is LA!
Travel cz. 7 – Trans-American Express
Travel cz. 8 – Chicago, Chicago!
Travel cz. 9 – The Last Amtraking
Travel cz. 10 – The Big Apple
Über den Wolken (noch einmal)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: