Über den Wolken (noch einmal)


Stąd wziąłem nazwę tego wpisu i jednego z poprzednich, jakby się ktoś pytał.

Następnego dnia był 19 września. Czyli moje urodzinki.
Od rana dostawałem esemesy i wiadomości na maila, mordoksiążkę i naszą-klasę. Ciekawe, ile osób by pamiętało, gdyby nie autoprzypominajka 😛 No nic, i tak to miłe.
Moje urodziny miały być zarazem moim ostatnim dniem na amerykańskiej ziemi. Po południu odfruwałem z lotniska w Newark, stan New Jersey – leżącego w tej samej odległości od Manhattanu co główne lotnisko Nowego Jorku, port lotniczy Kennedy’ego. Rano jeździłem trochę po Nowym Jorku (część fotek z poprzedniej notki pochodzi już z 19 września – połączyłem je, żeby nie robić bajzlu tematycznego), po czym wróciłem do hostelu, wziąłem bagaże i na pożegnanie z nowojorskim metrem przejechałem się pociągiem lokalnym linii A w ramach tego wspaniałego systemu transportowego ze stacji 103rd Street do stacji 34 Street – Penn Station, pomachałem odjeżdżającemu w kierunku lotniska JFK pociągowi na pożegnanie, a następnie zagłębiłem się w labirynt podziemnych korytarzy w rejonie dworca Penn Station.
Główny nowojorski dworzec kolejowy posiada osobne hale odjazdów dla pasażerów kolei Amtrak, pasażerów kolei Long Island Railroad i pasażerów kolei New Jersey Transit, plus łączące to wszystko korytarze, kilka odgałęzień prowadzących do torów i dwie linie metra. Wszystko to tworzy labirynt przejść podziemnych niemalże równie poplątanych jak w rejonie Times Square, a znacznie bardziej niż w rejonie dworca Warszawa Centralna, gdzie można zrobić ponad kilometr nie wychodząc spod ziemi (od wejścia na stację Warszawa Śródmieście do wyjścia na końcu peronów WKD).
Na dworcu Penn Station byłem trzy razy i stwierdzam, że jeśli ktoś ma jakie takie wyczucie kierunku, uważnie czyta znaki i wie, gdzie chce trafić, to nie zabłądzi. Teraz od razu skierowałem swoje kroki w kierunku holu kolei New Jersey Transit i kupiłem w automacie bilet do lotniska w Newark (12,5 dolara).

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Hol odjazdów New Jersey Transit.

Pociągi osobowe przez stację Newark Airport (dalej rozgałęziające się na kilka kierunków) jeżdżą co 14 minut, więc długo nie czekałem. Amerykańskim zwyczajem oczekiwanie odbywało się w hali odjazdów, zaś na czterometrowej szerokości, nietrzymający żadnych norm peron pasażerów wpuszczono dopiero po podstawieniu pociągu. Pociąg składał się z dziesięciu 26-metrowych wagonów komunikacji lokalnej o układzie drzwi podobnym jak w polskich „ryflakach”, układzie siedzeń 2+3 i ciekawym rozwiązaniu tych siedzeń, stosowanym również w tramwajach Linke-Hofmann Standard – oparcia siedzeń można było przekładać z jednej strony na drugą, dzięki czemu zawsze wszyscy mogli jechać przodem do kierunku jazdy. Jako doświadczony podróżnik kolejowy nie wsiadałem do wagonów przy wejściu na peron, ale truchcikiem dobiegłem na prawie sam początek pociągu, do pierwszego wagonu za lokomotywą (jedną z nowych, spalinowo-elektrycznych ALP-46 produkcji Bombardiera, niebędących po prostu spalinówkami z odbierakiem z trzeciej szyny, ale w pełni funkcjonalnymi zarówno jako lokomotywy spalinowe, jak i elektryczne). Dzięki temu byłem jednym z pierwszych pasażerów w wagonie, a nawet jak pociąg ruszył, wciąż sporo miejsc było wolnych, choć w końcowych wagonach było dość tłoczno już wtedy, kiedy koło nich przebiegałem.
Pociąg przejechał przez tunel pod rzeką Hudson i wychynął nad ziemię już w New Jersey. Mijał jakieś fabryki, magazyny i elektrownie, które zajmowały się dostarczeniem towarów i prądu dla wiecznie głodnego Nowego Jorku. Po drodze zatrymał się w Secaucus i na stacji Newark Penn Station, po czym przejechał jeszcze kawałek i wypuścił mnie na stacji Newark Airport. Była to moja ostatnia przejażdżka pociągiem NJT i ostatnia przejażdżka „tró” koleją na kontynencie amerykańskim.
Ale myliłby się, kto sądziłby, że to w ogóle ostatnia przejażdżka kolejowa w USA! Została jeszcze bowiem jednoszynówka prowadząca do terminalu 😛 Jak większość jednoszynówek, była drogim bajerem o wątpliwej wartości użytkowej (niewielka pojemność, niska prędkość), ale i tak warto było się nią przejechać.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Jednoszynówka. Fota trzaśnięta w oczekiwaniu na możliwość odprawy.

Zanim mogłem się odprawić w stanowisku Lufthansy, zjadłem obiad w jednym z lotniskowych barów fast food, poszwędałem się trochę po terminalu 3 (na lotnisku Newark jest 5 terminali, każdy wielkości całego lotniska na Okęciu), wskazałem drogę dwu zbłąkanym rodakom (NASI SĄ WSZĘDZIE) i wypatrzyłem m. in. stanowisko LOT-u, co trochę mnie zaskoczyło, bo wydawało mi się, że LOT fruwa tylko z JFK i Chicago. W końcu jednak otwarto odprawę. Stanowisko Lufthansy stanowiło dla mnie kawałek Europy w Ameryce – zegar na nim wyświetlał godzinę 14.30 (zamiast 2.30 PM), a walizki ważono w kilogramach (zamiast w funtach). Moja miała 22,9 kg przy dopuszczalnym limicie 23 kg 😉 Zapakowałem tam wszystko, co mogło na rentgenie choć odrobinę przypominać bombę, nic więc dziwnego, że ledwo trzymała limit.
Po odprawie z braku lepszego zajęcia udałem się w kierunku bramek, przeszedłem kontrolę bezpieczeństwa i wreszcie stanąłem przed właściwą bramką, gdzie okazało się, że fruwadło ma 2 godziny w plecy. Tam też zadzwoniłem z budki telefonicznej do rodzinki w Polsce i rozmawiając o wszystkim i o niczym, wygadałem całą resztę karty, za pomocą której dzwoniłem do ojczyzny przez całe wakacje. Początek brzmiał mniej więcej tak: „Cześć, tato, dzwonię z lotniska w Newark, przede mną jest jumbo-jet, obok Airbus A330, a koło niego Boeing 777. Obok mnie amerykański dzieciak bawi się na wykładzinie dywanowej, którą wyłożone jest całe lotnisko, a mój samolot jest opóźniony 2 godziny” 😛
Swoją drogą taka karta to ciekawy wynalazek. Za 5, 10, 15 lub 20 dolarów kupuje się kawałek kartonu z kodem kreskowym, kilkoma numerami i zapisaną instrukcją. Dzwoni się potem na numer z karty, słucha nagranych instrukcji, wpisuje numer PIN karty (wypisany na karcie), wybiera numer telefonu, na który chcemy dzwonić i już można gadać. Dodajmy, że głos dobiegający ze słuchawki brzmiał całkiem nieźle jak na głos przeciskający się kilka tysięcy kilometrów po dnie oceanu bądź latający w kosmosie, aby przemieścić się między kontynentami 😛

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Lufthansowy jumbo-jet stoi sobie przy rękawie.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Hol strefy wewnętrznej terminalu piątego newarskiego lotniska.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Załadunek towarów na palecie do samolotu Airbus A330 należącego do SAS Scandinavian Airlines. W przeciwieństwie do mniejszych samolotów, do których bagaże trafiają pojedynczo po taśmach, w przypadku większych jednostek są one pakowane na palety bądź do kontenerów i ładowane hurtem.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Mój samolot. Miałem lecieć Arbuzem A330, podstawili A340… Jedyna różnica to liczba silników (cztery zamiast dwóch), a dwa dodatkowe silniki trudno uznać za dobry powód do marudzenia 😛

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Jumbo odjeżdża. Rany, chciałbym znowu lecieć takim wielgusem, a nie jakimś tandetnym, plastikowym arbuzem 😛

Jak się okazało, tym samym samolotem miało lecieć dwóch rodaków (NASI SĄ WSZĘDZIE), którzy godnie reprezentowali naród, narzekając na spóźnienie samolotu i panujące porządki. Ponieważ jednak robili to po polsku, nie można było mieć do nich pretensji, że robili za granicą złe wrażenie.
Wreszcie, po kilku długich godzinach oczekiwania, zostaliśmy wpuszczeni do arbuza. Najpierw, oczywiście, klasa biznes, a dopiero potem ekonomiczna (m. in. ja).
Siedzenia były w układzie 2+4+2 (w rzędzie przed grodzią 2+3+2), a nie, jak w jumbo-jecie, 3+4+3. Przy rezerwacji samolotu wybrałem sobie miejsce przed grodzią, gdzie było nieco więcej miejsca na nogi (24C), w mniejszym przedziale klasy ekonomicznej. Było całkiem fajnie – w przedziale były tylko cztery rzędy siedzeń (31 miejsc – jak na przedział w samolocie, naprawdę mało), co czyniło atmosferę odrobinę bardziej kameralną niż normalnie. Wprawdzie nie siedziałem przy okienku, a widok na ziemię był mocno ograniczony skrzydłem, ale to był nocny lot, a w takich wypadkach podobne rzeczy nie mają większego znaczenia. Na siedzeniu leżały, jak zresztą na każdym, koc w folii jednorazowej i poduszka, a także słuchawki do gniazdka w podłokietniku. Obok mnie usiadł jakiś uprzejmy Niemiec.
Jakieś pół godziny później słońce zaszło, arbuz się zapełnił, wszystkie miejsca w naszym przedziale zostały zajęte, drzwi zamknięte, personel pokładowy pokazał, co robić w razie katastrofy (opisy w postaci filmu wyświetlały się na ekranach w zagłówkach, a w moim przypadku – na ścianie) i już mogliśmy… ustawić się w ogroooomnej kolejce do startu, jaka się uformowała. Czekaliśmy w niej dobre pół godziny, zanim wreszcie samolot dojechał do początku pasa i odwrócił się dziobem do długiej prostej, a pilot pchnął do przodu cztery dźwignie, wysyłające do kompa (który tak naprawdę sterował samolotem) sygnał sugerujący, że może, gdyby nie stanowiło to problemu, wypadałoby zacząć się rozpędzać. Samolot rozpędził się, oderwał od ziemi, przez pewien czas dało się jeszcze zobaczyć przez okienka światła Nowego Jorku, ale wkrótce zniknęły one i widać było tylko wielkie, czarne, mokre i słone morze. Stewardessy i stewardzi roznieśli wkrótce posiłek (coś z makaronem, jadalne, choć nie żadne delicje) oraz napoje, a potem światło przygaszono, żeby pasażerowie mogli spać.
Ten samolot, w przeciwieństwie do jumbo-jeta, którym poprzednio leciałem, miał system rozrywkowy z ekranikami w zagłówkach – albo, jak w moim przypadku, w podłokietnikach. Aby dobrać się do ekranu, trzeba było podnieść pokrywę podłokietnika, wyciągnąć ramię z ekranikiem na końcu i rozłożyć go przed sobą. Udało mi się to i przez jakiś czas cieszyłem oczy mapką z zaznaczoną pozycją samolotu, a potem puściłem sobie „Iron Mana 2″ (nawet niczego sobie film, zrywający ze stereotypem ukrywającego się przed światem superbohatera – tu jest on milionerem-playboyem, czerpiącym pełnymi garściami z życia i swojej chwały, a także używającym swojego futurystycznego kostiumu do robienia wrażenia na publiczności; a i jego przeciwnik – rosyjski geniusz komputerów i inżynierii – jest całkiem niezły, a jego elektryczne bicze, które potrafią przeciąć na pół samochód, stały się podstawą broni Kapitana Tramwaja z historii opowiadanych moim siostrom – klucza do przekładania zwrotnic, podłączonego do wysokiego napięcia). Nie miałbym absolutnie żadnych zastrzeżeń, gdyby nie to, że ekran mojego sąsiada nie działał. Chciałem mu zaproponować skorzystanie z mojego ekranu po zakończeniu oglądania filmu, ale on już spał, wobec czego postanowiłem pójść za jego przykładem.

***

Obudziłem się gdzieś nad Wielką Brytanią. Oto podróże lotnicze w pigułce – kolacja w Newark, śniadanie w Düsseldorfie, bagaż w Los Angeles 😛 Faktyczne śniadanie zjedliśmy nad Holandią, a po rozniesieniu szerokiego wyboru napojów samolot rozpoczął swój długi, powolny zjazd z nieboskłonu poprzez grubaśne chmury w kierunku lotniska w Düsseldorfie. Na ekraniku puściłem sobie instrukcję poruszania się düsseldorfskim aeroporcie (jest taka dla każdego lotniska, do którego fruwa Lufthansa, a zaletą tych małych ekraników jest możliwość wyboru), a zaraz po zakończeniu musiałem składać ekran i stolik z powodu schodzenia do lądowania. Samolot dotknął Starego Kontynentu dość twardo – jak w przypadku prawie wszystkich lądowań Lufthansy (3 z 4), jakich doświadczyłem. Ciekawe, czy piloci tej linii są szkoleni w twardym przyziemianiu, czy po prostu miałem pecha 😛
Samolot podjechał pod rękaw, pasażerów wypuszczono, a bagaże dostały się do systemu bagażowego lotniska. Na tablicy odlotów wypatrzyłem swój samolot – zostały mi jeszcze dwie godziny. Musiałem jeszcze przejść przez kontrolę paszportową strefy Schengen i już znajdowałem się na terenie Unii Europejskiej. Swoją drogą, pozwolę sobie pochwalić nasz Związek Socjalistycznych Republik Europejskich. Może i uważa marchewkę za owoc, a ślimaka za rybę lądową, a ponadto nie pozwala wyprodukować więcej cukru niż ktośtam sobie w Brukseli wymyślił, ale za to nie wymaga żadnych bzdurnych deklaracji wjazdowych na granicy. Jeśli chodzi o przybyszy, którzy wizy nie potrzebują, to kto to w ogóle czyta poza urzędnikami w budkach na lotniskach? A jeśli chodzi o tych, którzy wizy potrzebują, to po co w ogóle komuś coś takiego, skoro Wuj Sam już i tak wie o mnie wszystko, skoro aby dostać wizę, musiałem nie tylko podać wszystkie swoje dane osobowe, ale i wydrukować wyciąg z ocen na uczelni (inna sprawa, że nikt go ode mnie nie chciał), zeskanować swoje odciski palców, trzasnąć fotkę kamerką oraz wypełnić formularz zawierający takie pytania jak: „Czy kiedykolwiek rozprowadzał lub sprzedawał Pan nielegalnie substancje objęte kontrolą (narkotyki), albo trudnił się Pan prostytucją bądź stręczycielstwem? Czy ubiega się Pan o wjazd do Stanów Zjednoczonych, aby zajmować się działalnością wywrotową, terrorystyczną lub naruszającą przepisy kontroli eksportu, bądź jakąkolwiek inną działalnością sprzeczną z prawem? Czy jest Pan członkiem lub przedstawicielem organizacji uznawanej obecnie przez Sekretarza Stanu USA za terrorystyczną? Czy kiedykolwiek uczestniczył Pan w prześladowaniach prowadzonych przez nazistowski rząd Niemiec; lub czy kiedykolwiek uczestniczył Pan w ludobójstwie?”. (Wcale przy tym nie zniechęcam do jeżdżenia do USA – ich policyjność państwa jest znacznie przyjaźniejsza człowiekowi niż nasza, bo przynajmniej ichniejsi cops nie muszą wypełniać ton papierów w dziesięciu kopiach, jak ktoś zgłosi kradzież telefonu. Ale tym niemniej uważam te deklaracje wjazdowe za bzdurne.)
Poszukiwanie właściwej bramki zaprowadziło mnie do miejsca, które wyglądało mniej więcej niczym cała strefa odlotów wrocławskiego lotniska, a stanowiło bramkę A82 (A, B i C) 😛

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Bramka A82.

Przez dwie godziny trochę krążyłem po lotnisku, trochę czytałem książkę, a trochę gapiłem się na płytę – słowem, robiłem wszystko, aby jakoś zabić nudę oczekiwania. Wreszcie, po długim oczekiwaniu, podstawiono autobus, który miał nas zawieźć do samolotu. I to nie byle jaki autobus, bo polski – Solaris z Bolechowa pod Poznaniem.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Nasza „solniczka”.

Podjechaliśmy pod nasz samolocik, którym był Bombardier Canadair Regional Jet 900. Nazwa ta jest zwykle skracana do CRJ900 i zwykle tak mówi się o tych samolotach – skrótem CRJ (si-ar-dżej). Ale wybaczcie, puryści samolotowi – dla mnie to był, jest i chyba już na zawsze będzie Canadair, a nie Bombardier CRJ ani nawet CRJ 😛
Dlaczego? Może dlatego, bo to najbardziej charakterystyczny człon z nazwy. A może dlatego, bo ten samolot tak pierońsko mi się podoba (czy pisałem już, że mam słabość do konstrukcji tylnonapędowych?), że szkoda mi go określać jakimśtam skrótem. W każdym razie to Canadair i koniec.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Canadair. Tak, to jest Canadair. (Nie, ja nie leciałem tym Canadairem. To jest Canadair, który stał obok mojego Canadaira i któremu mogłem trzasnąć fotkę przez małe, canadairowe okienko.) 😛

Po raz kolejny personel pokładowy pokazał, co zrobić, jak się rozbijemy. Po raz kolejny wzbiliśmy się w powietrze. Po raz kolejny dostałem coś do jedzenia (kanapkę) i coś do picia (herbatę).
Swoją drogą, pewna ciekawostka na temat latania. Pierwszy lot jest ekscytujący – do dziś pamiętam tę mieszankę strachu i fascynacji, towarzyszącą nagłej świadomości: „jasny pieron, nie dotykamy już ziemi!”, widoki gór z góry i chmur z góry, wrażenie stąpania po cienkim lodzie nad przepaścią głębokości 10 000 metrów… Drugi lot też jest niesamowity. Trzeci – fajny. Ale mniej więcej przy piątym człowiek się przyzwyczaja i zaczyna zauważać, że siedzenie gniecie go w nogi, podróż pełna jest czekania (na wpuszczenie do samolotu po odprawie, na kołowanie, w kolejce do startu, na przesiadkę, a po wylądowaniu – na bagaże), a do tego widoki już wcale nie są takie niesamowite – niepokojąco kojarzą się z Google Maps. Co do szybkości… owszem, samolot porusza się 800 km/h, ale robi to w takiej odległości od ziemi, że w zasadzie wcale tego nie widać. Dlatego nie ma co przeceniać latania. Osobiście interesuję się trochę budową samolotów (w końcu to urządzenia mechaniczne), ale na przykład do Londynu wolałbym pojechać pociągiem. Z dwiema przesiadkami i nie 800, ale 300 kilometrów na godzinę, ale za to tuż przy ziemi.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Google Maps (gdzieś nad wschodnimi Niemcami).

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Nie do końca wyspany ja i okienko Canadaira.

Ten lot był niedługi. Canadair rozpoczął zniżanie jakąś godzinę po starcie. Przeleciał nad Wrocławiem już dość nisko, po czym zatoczył zgrabny łuk nad Bielanami (bardzo podobał mi się nonszalancki i absolutnie bezstresowy sposób, w jaki lataliśmy – może to była zasługa doświadczenia pilota, ale ja lubiłem myśleć, że to samolot tak lekko i spokojnie się prowadzi – jeśli było inaczej, proszę, nie wyprowadzajcie mnie z błędu). Przez okienko rozpoznawałem już szczegóły terenu – miejsca, których nie widziałem od 3 miesięcy, a czasem nawet dużo dłużej, jak np. Tesco na Bielanach… Lądowanie – w przeciwieństwie do reszty lufthansowych – było niezwykle łagodne. Doświadczenie pilota? Nie. To był niesamowity, przezarąbisty, tylnonapędowy Canadair i wleję każdemu, kto będzie twierdził inaczej 😛

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Cześć, Wrocławiu! Jestem z powrotem po trzech miesiącach! Gdzie komitet powitalny, orkiestra i przedszkolaki z kwiatami? 😛

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Wysiadka z Canadaira. Zdjęcie zrobione z drzwi lotniskowego płasCobusa, który zawiózł nas do terminalu.

Bagaże wyjechały po 5 minutach. Wyszedłem przed terminal akurat w odpowiednim momencie, żeby powstrzymać ojca przed wjazdem na płatny parking, wsiąść do auta i pojechać do domu.

***

Zrobię jeszcze ogólne podsumowanie i koniec już z relacjonowaniem wakacji, wszyscy odetchną z ulgą, a trawa zrobi się zielona.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: