Travel cz. 8 – Chicago, Chicago!

Trzy godziny. Czy to dość, żeby poznać miasto? Jasne, że nie. Ale czy to dość, żeby go liznąć? Jasne, że tak 😛
Zacząłem oczywiście od hali dworcowej. Zgodnie z najlepszymi tradycjami amerykańskich dworców, hala była olbrzymia i monumentalna. No i nie mogło w niej zabraknąć gwiaździstego sztandaru 😛


Hala dworca.

Stacja Union Station w Chicago (dworzec ma własną stronę w internecie – Ameryka to kraj, który wymyślił internet, więc prawie wszystko ma tu własne strony) ma układ czołowy dwustronny – tory dochodzą do dworca od dwóch stron, ale z obu kończą się ślepo. Znajdująca się na poziomie torów podłoga hali głównej była nieco zagłębiona w gruncie względem ulicy, toteż żeby z niej wyjść, trzeba było wspinać się na górę. Kiedy wyszedłem z budynku, zmiana klimatu walnęła we mnie jak młotem.
Chicago nosi przydomek „Windy City”, czyli „Wietrzne Miasto” (nie mylić z Rzymem, czyli Wiecznym Miastem). Ponadto w zbiorze felietonów Stefana Wiecheckiego „Śmiech śmiechem” słowa „chic” lub „chicago” (czytane fonetycznie po polsku), wywodzące się z gwary warszawskiej, używane były na określenie chłodnej pogody. Obie te rzeczy powitały mnie w mieście zaraz za bramą dworca. Nie zniechęciłem się jednak – chciałem zobaczyć choć odrobinę metropolii nad jeziorem, żeby mieć jakieś porównanie do Nowego Jorku i Miasta Aniołów.
Ruszyłem najpierw wzdłuż torów. A to dlatego, że z pociągu widziałem tory postojowe, na których stało mnóstwo wagonów Amtraka starszej generacji, czyli takich, które nie były ani rurowatymi Amfleetami, ani piętrowymi Superlinerami, ani kanciastymi Viewlinerami. A poza tym każdy miłośnik kolei przybywający do Chicago po prostu MUSI trzasnąć fotkę pociągu kolei Metra (nie mylić z metrem) z Sears Tower w tle. To sprawa honoru.


Trzask! I honor uratowany.


Starsze wagony Amtraka. Pomimo wieku zbliżonego do pekapowskich złomów nie wyglądają najgorzej. I mają klimę. Szczególnie podoba mi się ten z ryflowaną blachą na prawie całej powierzchni…


Łobzdobny element wiaduktu.


Pociąg kolei Metra zasuwa sobie między centrami handlowymi.


Chicago Elevated Railway, albo, jak kto woli, The L. Podobna kolej nadziemna funkcjonowała kiedyś w Nowym Jorku. Już tego nie robi. Natomiast chicagowska ma się całkiem nieźle pomimo naprawdę starej infrastruktury.


Jedyna zelektryfikowana linia kolejowa w rejonie Chicago (nie licząc L-ki), czyli kolej podmiejska Metra Electric do University Park. Widoczny pociąg złożony jest z pojazdów będących niemalże moim ideałem, jeśli chodzi o kolej elektryczną – wagonów, które mogą być zarówno samodzielne, jak i pracować w zespole, wyposażonych w standardowe przejścia międzywagonowe. Gdyby jeszcze miałyby akumulatory pozwalające im przejechać dłuższe odcinki bez zasilania, byłyby dla mnie niemalże Świętym Graalem.


„Woodstick” – dosłownie „drewniany patyk” – to amerykańskie oznaczenie izolatora sekcyjnego.


Sylwetka Chicago: znad brzegu jeziora, z innego miejsca nad brzegiem jeziora i z parku nad brzegiem jeziora – zupełnie inna od Nowego Jorku, w którym dominują raczej budynki z lat 30. i 40.; tu mamy raczej nowoczesne wieżowce ze stali i szkła.

Kiedy czytałem w internecie o Batmanie, zdziwiło mnie to, że od wielu lat trwa spór o to, czy miejsce jego działalności – Gotham City – jest wzorowane bardziej na Chicago, czy na Nowym Jorku. Dla mnie oczywistą odpowiedzią był Nowy Jork, zważywszy na to, że mniej więcej od początku XIX wieku ma on ksywkę „Gotham City”, a poza tym jego architektura – strzeliste, ozdobione mnóstwem iglic i rzeźb art deco wieżowce z międzywojnia – jest bardzo podobna do architektury zmyślonego miasta. Ponadto Batman, zanim twórcy komiksu „przeprowadzili” go do Gotham, w swoich najwcześniejszych przygodach działał właśnie w Wielkim Jabłku. Jednak, co ciekawe, autorzy filmów o Batmanie nie byli tacy pewni. Część filmów powstała w Nowym Jorku, część w studiu, Tim Burton na potrzeby swojego filmu z 1989 roku zbudował specjalne miasteczko filmowe pod Londynem, a ostatnie dwa filmy kręcone były w Chicago.
Kiedy jednak przeszedłem się ulicami metropolii nad jeziorem, zrozumiałem, że architektura to nie wszystko. W Nowym Jorku wszystkie ulice są w miarę szerokie, w każdym razie w porównaniu do Chicago, gdzie często trafiają się prawdziwe zaułki – a jak pamiętamy z filmu, to właśnie w takich wąskich zaułkach Człowiek-Nietoperz naparza się z bandziorami. Ponadto górujące nad ulicami wieżowce i estakady kolejki L powodują, że wiele ulic skrytych jest w głębokim cieniu, co szczególnie widać, kiedy się w nie wchodzi z rozświetlonego słońcem parku nad jeziorem. Tak się wczułem w klimat, że niemalże oczekiwałem, aż z którejś uliczki wyskoczy na pełnym gazie Batmobil, a za nim pomalowany w złowrogo wesołe barwy wóz Jokera…


L-ka nad ulicą.


Pod L-ką.

W końcu doszedłem pod Sears Tower, czyli prawie najwyższy wieżowiec świata. Stał przy sporym placu, mogłem więc chwilę odsapnąć od gothamskiej atmosfery – niestety nie miałem czasu, żeby wjechać na górę. Ale przynajmniej trzasnąłem fotkę.

Ponieważ nie wiedziałem, czy na pociąg do Nowego Jorku też nie będę musiał wziąć miejscówki, postanowiłem przybyć na stację pół godziny przed odjazdem. A poza tym nie chciałem znaleźć się w Gotham City po zmroku 😛 Zacząłem więc maszerować w kierunku dworca.


Statek wycieczkowy na kanale. Pod budynkiem widoczne perony dworca.


Union Station od zewnątrz.


Apel do złodzieja: „Drogi złodzieju roweru, w nocy w poniedziałek, szóstego września, ukradłeś mój rower. Powiedz swoją cenę, mogę ci dać dużo więcej niż jest wart. Pamiętaj, był to błękitny Schwinn Le Tour Luxe z pomarańczową skrzynką na mleko. Białe siodełko, szare rączki. Wiem, że go masz. Proszę, PROSZĘ, PROSZĘ, odsprzedaj mi go z powrotem. Proszę o e-mail z informacją o cenie. SkradzionyRowerChicago@yahoo.com”.

Wróciłem do hali dworca, zrobiłem jej fotkę (na dworze już się porządnie ściemniło)…

…i poszedłem do poczekalni koło peronów. Tak jak przewidywałem, było tu już sporo osób i trzeba było wziąć miejscówkę. Zdziwiło mnie, że znaczna część pasażerów pochodziła z pociągu do Los Angeles – najwyraźniej trzygodzinna przesiadka nie działała na nich demotywująco. No nic. Może się przyzwyczaili do czekania, latając samolotami. Tylko ze teraz, w przeciwieństwie do podróży lotniczej, mogli wyjść na spacer na miasto 😛
Wkrótce pociąg podstawiono, a pasażerów wypuszczono. Być może właśnie dlatego, bo perony nie trzymają żadnych norm, jeśli chodzi o szerokość, wypuszcza się na nie pasażerów dopiero, jak pociąg zahamuje. Wsiadłem do mojego Amfleeta, aby przekonać się, że tym razem dostałem miejsce przy oknie. Po paru minutach, gdy wszyscy wsiedli, pociąg ruszył, wyturlał się spod wielopoziomowego parkingu i najpierw przetoczył się truchcikiem przez miasto, a następnie popędził przez przedmieścia Chicago. Za oknem ciemno, migają jakieś światełka, czasem latarnia wyłowi z mroku narożnik domu lub kawałek ściany. Siedzenie wygodą nie ustępowało tym w piętrusach, więc zasnąłem dość szybko.

Reklamy

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: