Travel cz. 7 – Trans-American Express

Po wyjściu na peron stwierdziłem, że do naszego pociągu – długiego i złożonego z amtrakowych piętrusów przystosowanych tylko do niskich peronów – doczepionych jest aż pięć wyczarterowanych historycznych wagonów. Najwyraźniej muzealnictwo kolejowe ma się w USA całkiem nieźle, co nie dziwi, zważywszy na to, że chęć przeciętnego Amerykanina do pracy społecznej jest nieporównywalnie większa niż przeciętnego Polaka (z chlubnymi wyjątkami, takimi jak KSK Wrocław, przed którymi chylę czoło). Zdołałem zidentyfikować firmy, do których należą: dwa czerwone wagony, w tym jeden panoramiczny (w chwili pisania tekstu strona nie działała) oraz ostatni w składzie wagon z charakterystycznymi pomostami. Zastanawiało mnie, ile się trzeba wykosztować na możliwość przejechania się takim zabytkiem.


Doczepne zabytki.

Jako że do odjazdu zostało jeszcze trochę czasu, po zidentyfikowaniu wagonu, w którym miałem miejsce, ruszyłem dalej wzdłuż peronu, aby przyjrzeć się pociągowi. Był zestawiony w kolejności: trzy lokomotywy, wagon bagażowy, trzy wagony sypialne, wagon restauracyjny, wagon widokowy/kawiarnia, cztery wagony z miejscami do siedzenia (w sumie dziesięć wagonów „normalnego” składu) i pięć wagonów czarterowych. W sumie dobre 450 metrów długości pociągu. Dla porównania perony dworca Warszawa Centralna mają długość „zaledwie” 400 metrów.
Podczas gdy pałętałem się po peronie, troskliwi kolejarze pytali mnie kilka razy, czy się nie zgubiłem i czy wiem, gdzie jest mój wagon. Gdy odpowiadałem, że wiem, ale chciałem jeszcze przed odjazdem popatrzeć na lokomotywę, odpowiadali: „Ahaaa…”. Miłośnictwo kolejowe (po miejscowemu railfanning) jest tutaj dewiacją dobrze znaną i nikogo nie dziwi.


Obniżona część peronu, dywanik asfaltowy wylany na szynach (czyli najprostszy przejazd przez tory na świecie) i Żółty StołeczekTM.


Trzy lokomotywy o łącznej mocy 8952 kW.

Kiedy przyjrzałem się już mojemu pociągowi, a czas odjazdu się zbliżył, wszedłem do mojego wagonu, walizę zostawiłem na półce na dolnym piętrze (to naprawdę zmyślne rozwiązanie) i wszedłem na górę. Okazało się, że miejsce mam od przejścia, a od okna dostał swoją miejscówkę jakiś Murzyn w średnim wieku. Miejsce jednak było na tyle szerokie i wygodne, że mi to w ogóle nie przeszkadzało. No i okienko nie było mikroskopijnym lufcikiem znanym z samolotów, tylko porządną, podłużną amtrakową szybą.
Wkrótce nadszedł czas odjazdu. Trzy potężne lokomotywy pokazały, na co je stać, wyciągając nasz pojazd z dworca w Los Angeles, a potem ciągnąc go wzdłuż betonowego koryta okresowej (aktualnie suchej) rzeki Los Angeles River.
Amerykanie uwielbiają nadawać pociągom dalekobieżnym poetyckie nazwy. Tam nie są to „New Yorker” (odpowiednik „Wrocławianina”), „Michigan Lake” (odpowiednik „Mamr”) czy „Lakers” (odpowiednik „Lecha”), tylko „Empire Builder” (Budowniczy Imperium), „Coast Starlight” (Światło Gwiazd Wybrzeża) bądź „Texas Eagle” (Orzeł Teksasu). Nasz pociąg, ochrzczony poetyckim mianem „Southwest Chief” (Wódz Południowego Zachodu) jechał dokładnie trasą Srebrnej Strzały ze słynnego kryminału…


Trasa Southwest Chiefa (i Srebrnej Strzały). Wyszperane gdzieś w necie.

Wszystkim zaniepokojonym o moje prowadzenie się w pociągu, który jeden z bohaterów filmu określił jako „burdel na kółkach”, przypominam, że w przeciwieństwie do głównego bohatera filmu nie dysponowałem własnym przedziałem sypialnym, tylko siedziałem obok Murzyna w średnim wieku 😛
Tym niemniej jechało mi się bardzo przyjemnie, między innymi dzięki rozkładanemu podnóżkowi i fotelom rozkładanym prawie do poziomu. Po tym, jak przedarliśmy się przez przedmieścia LA (co ze względu na rozmiary aglomeracji zajęło całkiem sporo czasu), za oknem się ściemniło, a pociąg się rozpędził. Z taką jazdą – z dużą prędkością w ciężkim pociągu ciągniętym przez potężne spalinówki z ogromnymi silnikami – kojarzyła mi się zawsze z piosenką Bonnie Tyler „Holding Out For A Hero”. Nie tylko z powodu melodii zawierającej potężną dawkę mocy P, ale także dlatego, bo można było sobie nagiąć słowa. Interpretacja słów w moim wykonaniu przedstawia się tak:

UWAGA – MOCNO NACIĄGANE

W pierwszej zwrotce podmiot liryczny metaforycznie wyraża swój żal z powodu braku pięknych, szybkich lokomotyw przeszłości, takich jak serie E i F produkcji EMD bądź Alco PA, zastanawiając się, czy cokolwiek będzie w stanie je godnie zastąpić oraz przyznaje się do bezsenności z tego powodu. Potem jest refren, w którym precyzuje swoje wymagania wobec lokomotywy: ma być silna, szybka, zaprawiona w bojach (z ciężkimi składami i stromymi podjazdami), pewna, czyli niezawodna, powinna się pojawić wkrótce i być naprawdę wielka. Druga zwrotka dotyczy kolei elektrycznej, która dla podmiotu lirycznego, zamieszkałego najprawdopodobniej w Los Angeles, jest poza zasięgiem i pozostaje w sferze najdzikszych fantazji – podmiot słyszał o tym, że może być niezwykle szybka i że lepiej od spalinówek znosi upały (racing on the thunder and rising with the heat), ale wyraża wątpliwość, czy prądem pędzone pociągi są w stanie zrobić na nim wrażenie. W trzeciej zwrotce zaś mówi, że jest pewien istnienia swojego wymarzonego pojazdu, „obserwującego” go metaforycznie swoimi reflektorami, i że czuje przez skórę, że już się do niego zbliża. Zwrotka ta zawiera aluzje do tego, że pociągi lepiej od samolotów znoszą burzową pogodę, oraz do sposobu napędu – oczywiście spalinowego (fire in my blood to aluzja do oleju napędowego).
Ostrzegałem, że będzie naciągane 😛
Bez większych problemów przespałem noc, a rano… byliśmy już na pustyni.

Kurde, jak z westernu…

W celu poprawienia warunków obserwacji udałem się do znanego mi już z poprzedniego pociągu wagonu widokowego. Tam mogłem robić fotki bez przeszkadzania współpasażerowi, który dalej spał pod oknem. Ku swojemu zdziwieniu natknąłem się po drodze w sąsiednim wagonie na dużą rodzinę amiszów. Zaskoczenie było tak wielkie, że dopiero w połowie następnego wagonu dotarło do mnie, kogo właśnie minąłem. A było się czemu dziwić – amisze ubierają się tak, jakby urwali się z filmu kostiumowego: kobiety i dziewczynki zakładają proste suknie do ziemi, a na głowy – chustki w stylu pamiętającym wojnę secesyjną, mężczyźni zaś noszą spodnie na szelkach, koszule, kamizelki i charakterystyczne kapelusze, a ponadto zapuszczają brody. Przyznam się szczerze, że zanim zrozumiałem, z kim mam do czynienia, korciło mnie chwilę, żeby zapytać, czemu tak wyglądają – ale zwyciężyła moja żelazna zasada niekomentowania wyglądu obcokrajowców.


Przejście do wagonu widokowego. W wejściu mijam babcię-hippiskę z mojego wagonu. Co ciekawe, w Chicago przesiadła się ona, podobnie jak ja, na pociąg do Nowego Jorku.


W wagonie widokowym. Znów okazał się on świetnym miejscem na socjalizację z pasażerami – z tym starszym małżeństwem siedzącym obok odbyłem dłuższą pogawędkę o Polsce, Ameryce, kolei, wszystkim i niczym.


Dom z płaskim dachem. Śniegu tu nie ma, a deszczu pada mniej niż w Polsce, więc nie ma po co budować spadzistego dachu. Za to jest po co instalować klimatyzator (widoczny na zdjęciu).

Wkrótce później nastąpił dłuższy postój w Albuquerque, stan Nowy Meksyk. Wyszedłem z pociągu na peron popstrykać trochę fotek i rozejrzeć się po stacji.


Postój w Albuquerque i wysiadający amisze.


Na pierwszym planie jakiś miejscowy focista, a dalej – rzadka okazja zobaczenia tyłu lokomotywy GE GENESIS, która robi tu za manewrówkę i odczepia wagony czarterowe.


Wagony czarterowe. Na pierwszym planie Pullman na trzyosiowych wózkach.


Z powrotem w pociągu. Mijanka z lokalnym przewoźnikiem pasażerskim.

No i dalejże zasuwać przez Stany…


Wioska zawierająca wyłącznie domki z płaskimi dachami.


Wspinamy się na góry. W lewym dolnym rogu przykład architektury nowoczesnej.


Czerwona góra i jej zbocze wyrzeźbione przez spływającą wodę w kształt słoniowego zadu.


Widok jak z filmu „Auta” – stara szosa i zbudowana równolegle nowa autostrada.


Fociści focący nasz pociąg na którejś ze stacji pośrednich 😉


Jedziemy sobie 145 km/h przez prerię. Mnóstwo trawy i zboża, nieliczne krzaki – oto preria.


Westernowa góra.


Stado koników.


Krzeluny.


Absolutnie nic godnego uwagi.

Przez cały czas, podobnie jak wcześniej, z głośników leciały komunikaty i informacje o tym, co mijamy, a co jakiś czas konduktor przechodził i zbierał rezerwacje na posiłek. Nie skorzystałem, bo przy tej ilości ruchu, jaką tego dnia zażyłem, spokojnie wystarczała mi bagietka, kupiona w promocji w Los Angeles. Kiedy się ściemniło, wróciłem do swojego wagonu spać. Okazało się jednak, że wiele miejsc przy oknie w międzyczasie się zwolniło, a sympatyczna czarnoskóra konduktorka – niepytana – powiedziała mi, że pozostaną wolne do Kansas City, kiedy układałem się na moim starym miejscu. Po uprzejmym podziękowaniu jej za informację przeniosłem się więc na jedno z nich – mój, teraz już były, sąsiad, jechał podobnie jak ja do Chicago, więc nie było co czekać na zwolnienie się miejsca. Spało mi się po prostu rewelacyjnie. Na noc większość świateł w wagonach jest gaszona, więc nic nie waliło mi po gałach, a przy amerykańskiej gęstości zaludnienia odpada problem latarni, które co chwilę świecą za oknami. A nawet jak się jakieś trafią, to są przecież firanki.
Ranek powitał mnie pochmurną pogodą. Wagon był klimatyzowany, ale i tak dość mocno dało się odczuć zmianę klimatu – po raz pierwszy od rozpoczęcia podróży kratki nawiewu zaczęły wiać ciepłem. Krajobraz za oknem zaś zaczął przypominać Polskę – pola przetykane lasami, od czasu do czasu jakieś domki. Tylko te domki były drewniane zamiast murowanych.


Kansas City, stan Missouri – większe od Kansas City, stan Kansas. Co ciekawe, pomimo iż rzeczywiście parę osób wsiadło, moje miejsce pozostało wolne.

Jechaliśmy dwutorową magistralą, na której dało się zobaczyć widoki przypominające mi nieco PKP – stare budowle kolejowe, czasem wynajęte na zdecydowanie niekolejową działalność, czasem zrównane z powierzchnią ziemi, rzadziej popadające w ruinę. Co jakiś czas mijały nas pociągi towarowe – po amerykańsku długie na parę kilometrów. Ciekawostka: zdarzyło się raz, że jechaliśmy lewym torem, a prawym minął nas towar. Jakiś czas później przejechaliśmy na tor prawy (nie zwalniając zbytnio – zwrotnice były na 100 km/h), a lewym minął nas towar. Po kilku minutach wróciliśmy na lewy tor i znowu prawym minął nas towar. Nie mam pojęcia, po co takie roszady.
Co jakiś czas do naszej linii kolejowej włączała się inna, a ruch towarowy powoli rósł.


Pociąg kontenerowy ciągnięty przez dwie lokomotywy produkcji General Electric.


Inna lokomotywa GE. Amerykańskie lokomotywy są tak do siebie podobne, że osobiście odróżniam producenta tylko po kształcie nosa. EMD ma odrobinę mniej spiczasty 😛


Elewatory zbożowe.

W miarę upływu czasu pojawiało się coraz więcej zwiastunów strefy zurbanizowanej o znacznych rozmiarach. Po obu stronach torach wyrastało coraz więcej amerykańskich drewnianych domków i stacji osobowych. Sąsiednim torem pomiędzy licznymi towarowcami zaczęły jeździć pociągi podmiejskie kolei Metra. Jakiś czas później magistrala urosła do czterotorowej. Dla wszystkich stało się jasne, że oto zbliża się Chicago.


Park and ride, bike and ride, motorbike and ride.


Już widać groźny zarys Chicago z Sears Tower w roli głównej… Może to zasługa pogody, ale już odległa sylwetka miasta sprawiała wrażenie złowrogiej – od razu skojarzyła mi się z Gotham City. Nawet anteny na Sears Tower przypominały mi uszy Batmana 😉

Ostatnim akordem podróży był pokonany z prędkością 40 km/h ostry łuk, tuż przed stacją Union Station. Perony stacji ukryte są pod wielopoziomowym parkingiem, a betonowy, okopcony przez spalinówki sufit i wąskie jak zwykle w Ameryce perony nie sprawiają najprzyjemniejszego wrażenia. Na stacji nie śmierdzi spalinami – wentyluje się przez boczną ścienę – ale i tak nie należy do przyjemności tam przebywać.


Perony Union Station w Chicago. Według przepisów obowiązujących w Polsce i w całej Unii Europejskiej, minimalna szerokość pasa bezpieczeństwa powinna wynosić 0,75 m, zaś minimalna odległość pomiędzy krawędzią pasa bezpieczeństwa a budowlami stojącymi na peronie powinna wynosić 2 m. Ale perony w Chicago mają to gdzieś. Co ciekawe na Penn Station w Nowym Jorku, gdzie perony mają wysokość 1,22 m nad główką szyny, ich szerokość jest mniej więcej taka sama.

Miałem trzy godziny na przesiadkę. Ruszyłem więc w miasto…

Reklamy

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: