Travel cz. 6 – this is LA!

Po obudzeniu się zjadłem hostelowe śniadanie, wliczone w cenę noclegu. W San Francisco nie było czasu go spróbować, bo za dużo było latania po mieście. Santamonikańskie śniadanko składało się z płatków śniadaniowych i mleka do nich, plus chleb z dżemem. Wtrząchnąłem to błyskawicznie, bo strasznie ciągnęło mnie na dwór.
W sąsiednim sklepie kupiłem kartę TAP ($1,50) i doładowałem ją jednodniówką ($5 – duuużo taniej niż w San Francisco), po czym postanowiłem się trochę przejść po Santa Monice, zanim pojadę gdzieś indziej.


Santa Monica, Ocean Ave. Aleja palmowa nad brzegiem oceanu i pierońsko drogie hotele.


Widok w stronę morza. A jako że to Ameryka, a w dodatku Los Angeles, nie obejdzie się bez plażowej autostrady i plażowego parkingu. Na drugim planie molo z parkiem rozrywki spowite we mgle.


Schody na plażę, dzięki którym również niezmotoryzowani mogą się zmoczyć w Pacyfiku.


Autobusy odpoczywają przed wyruszeniem z powrotem do Los Angeles.

Ponieważ ciekawiło mnie miasto, nie zagrzałem miejsca w Santa Monice, tylko wsiadłem w autobus jadący w stronę centrum. Korzystając z niewielkiej odległości postanowiłem spełnić jedno ze swoich marzeń, a mianowicie zrobić swego rodzaju manifest urbanistyczny – przespacerować się po Beverly Hills.
Beverly Hills (które, podobnie jak Santa Monica, nie jest dzielnicą Los Angeles, tylko osobnym miastem) jest w znacznym stopniu zamieszkane przez bogaczy. W niektórych sklepach sprzedają nawet mapy z zaznaczonymi rezydencjami sławnych osobistości i miejscami kręcenia „Gliniarza z Beverly Hills” i „Beverly Hills 90210” (z czego zrezygnowałem bez żalu na rzecz zwykłego szwędania się po dzielnicy). Naturalnie, jeśli ktoś jest w stanie wykosztować się na chałupę po milion dolarów, ma też wypaśny samochód (zresztą posiadanie samochodu trudno nazwać za Wielką Wodą wyznacznikiem statusu społecznego), wobec czego miasto, choć ma centrum przeznaczone do spacerowania i robienia zakupów, to w znacznym stopniu zaprojektowane jest pod samochody. To samo da się zresztą powiedzieć o przedmieściach takiego Newport News (które, nawiasem mówiąc, wygląda jak Centrum Bielany długości 30 kilometrów), ale w Newport News nie ma domów po milion dolarów. A mieszkańcy luksusowych dzielnic w USA mają w zwyczaju protestować przeciwko wszelkim planom poprawy komunikacji miejskiej w ich okolicy w obawie, że ściągnie ona tu meneli z centrum miasta. Przejście piechotą Beverly Hills po dojechaniu tu komunikacją miejską można więc uznać za swego rodzaju manifest urbanistyczny – prezentację faktu, że miłośnik komunikacji miejskiej może wejść wszędzie tam, gdzie bogacz wjedzie autem, i jednocześnie prztyczek dla lobby antykomunikacyjnomiejskiego.
Jestem pod wrażeniem ideologii, jaką udało mi się dorobić do czegoś tak banalnego jak spacer.


Skrzyżowanie Santa Monica Boulevard i Wilshire Boulevard, wodok na biurowiec, hotel Hilton i nieco rozjeżdżoną nawierzchnię. Amerykańskim drogom daleko do niemieckich, na których, jak to ujął Jeremy Clarkson, „wszystkie nierówności zostały ustawione pod ścianą i unicestwione strzałem w tył głowy”, ale kiedy pisząc te słowa wyjrzałem przez okno i spojrzałem na ulicę Wyszyńskiego, pomyślałem, że do niej też im daleko.


Wygląda na to, że „wypaśność” jest tu podstawowym kryterium oceny budynku. Niektóre rzeczy przypominają mi temat „Gargamele” na forum urbanistycznym SkyscraperCity, choć wieżyczek nie ma 😉 No i zieleń inna, żaden polski „gargamel” nie ma w ogródku palm.


„Nie śmiecić, spływa do oceanu”. Napis przy studzience kanalizacyjnej.


Autobusik linii zwykłej (autobusy linii zwykłych maluje się na pomarańczowo, a pośpiesznych – na czerwono) czyha na pasażerów, którzy mają ochotę przejechać sobie kilka przystanków.

W pewnej części Beverly Hills mieszka dużo ortodoksyjnych Żydów. Co ciekawe, w książce „Traffic”, którą cały czas miałem ze sobą, wyczytałem, że światła uliczne są ustawione pod nich! O co chodzi? Otóż w LA jest jeden z największych na świecie komputerowych systemów zarządzania ruchem. Światła w Los Angeles, Beverly Hills, Santa Monice i Bóg wie gdzie jeszcze podpięte są do wielgaśnego kompa znajdującego się w piwnicy ratusza Los Angeles. Każde ze skomputeryzowanych skrzyżowań wyposażone jest w spotykane także i w naszym kraju przejście dla pieszych na guzik, polegające na tym, że jak się chce przejść, naciska się guzik, a komputer – wtedy, kiedy mu to pasuje, ale nie później niż 60 sekund po naciśnięciu – włącza zielone dla pieszych. Jednak ortodoksyjnym Żydom nie wolno w soboty obsługiwać urządzeń mechanicznych, a co za tym idzie także naciskać guzików. Dlatego w soboty i święta żydowskie światła w tej części miasta działają tak, jakby guziki były bez przerwy naciśnięte. Jako ciekawostkę dodam, że miasto rozważało umieszczenie na wybranych skrzyżowaniach pasywnych czujników obecności ludzi, ale zrezygnowało z tego po konsultacji z rabinami, którzy twierdzili, że ortodoksyjni Żydzi mogą w świąteczne dni korzystać z pasywnych czujników ruchu, ale tylko tak długo, jak długo nie wiedzą o ich istnieniu.


Pora na spacerową część Beverly Hills. Beverly Canon Gardens.


Zezwolenie na przechodzenie przez skrzyżowanie po przekątnej.


Policja. Tu urzędują gliniarze z Beverly Hills.

Beemka i tonące w roślinności rezydencje.


Centrum Beverly Hills.

Kiedy pochodziłem trochę pośród bajeranckich rezydencji z basenami, uznałem, że już się po Beverly naszwędałem i pora udać się gdzie indziej. Wsiadłem więc w autobus jadący w stronę śródmieścia LA i wysiadłem z niego gdzieś w Westside, w nieco ołbinowatej okolicy, gdzie przesiadłem się na metro.
Około roku 1988 Los Angeles dzierżyło niechlubny tytuł miasta z najgorszą komunikacją miejską na świecie. Każdy miał samochód i domek na przedmieściach, centrum było wyludnione, a wieczorem, kiedy pracownicy biurowców opuszczali swoje biura i udawali się do domów, brała je w posiadanie przestępczość i narkomania. Pracownicy biur wracali do domów oczywiście swoimi samochodami, powodując koszmarne korki na miejskich autostradach, które nie mogły być już poszerzone nie z braku miejsca (tym Amerykanie się nigdy nie przejmowali), ale dlatego, bo w budżecie miejskim ledwo starczało pieniędzy na bieżące utrzymanie. Puste centrum otaczał obwarzanek dzielnic zamieszkanych głównie przez margines, co ciekawe przeważnie czarnoskóry (teraz część Murzynów wyparli Latynosi). Kolei miejskiej nie było, w przeciwieństwie do Nowego Jorku, gdzie metro, choć wtedy już dość mocno zapuszczone, ale jednak istniało; wysłużone autobusy jeździły rzadko i nieregularnie, do niektórych obszarów miasta w ogóle nie dało się dojechać inaczej niż samochodem, zaś dworzec wiądł wraz z całą koleją pasażerską. Umberto Eco pisał o niej wówczas: „Koleje amerykańskie to obraz tego, czym byłby świat po wojnie atomowej. Nie chodzi o to, że pociągi nie wyjeżdżają, lecz że nie docierają do celu, ulegają rozbiciu po drodze, przyjeżdżają z sześciogodzinnym opóźnieniem, więc trzeba na nie czekać na ogromnych, wietrznych i pustych dworcach, gdzie nie ma baru, są za to typki, z którymi lepiej nie zawierać znajomości”.
W 1989 szlag trafił żelazną kurtynę, co m. in. znakomicie wykorzystali Czesi, lansując swoją stolicę jako atrakcję turystyczną (a że faktycznie jest ładna, to inna sprawa). Czytałem kiedyś wspomnienia amerykańskiego inżyniera ruchu, który całe życie przemieszkał na przedmieściach LA, a po 1989 strzeliło mu do głowy pofrunąć na wycieczkę do Pragi. I tam zobaczył zupełnie inny świat – tramwaj za tramwajem, jeżdżące urokliwymi, wąskimi uliczkami starego miasta pośród spacerowiczów. Do tego, żeby się nimi przejechać, wystarczyło wydać jakąś zupełnie śmieszną kwotę. Niepoprzecinane autostradami dzielnice tworzyły zwarte organizmy, żyjące normalnym, miejskim życiem. Margines był w centrum miasta marginesem własnie, a nie większością. Nie trzeba było jechać kilku kilometrów do supermarketu, żeby kupić marchewkę – wystarczyło pójść do sklepu na rogu. Na końcu była refleksja, że przecież amerykańskie miasta też tak kiedyś wyglądały, a droga powrotu wydaje się być zamknięta.
Od tego czasu jednak w LA wiele się zmieniło. Miasto posiada obecnie ogromne ilości gazem pędzonych autobusów, siedem linii otwartego w 1990 metra (z czego trzy są tak naprawdę liniami szybkiego tramwaju, a dwie liniami szybkich autobusów, tzw. BRT – wydzielone pasy i bezkolizyjne skrzyżowania), a i kolej, zarówno podmiejska, jak i dalekobieżna, z wygodnymi, klimatyzowanymi wagonami i nowymi, mocnymi lokomotywami, ma się znacznie lepiej. (Inna sprawa, że lokomotywy spalinowe zawsze Amerykanom dobrze wychodziły – już w latach 40. potrafili rozwijać nimi 177 km/h).
Teraz postanowiłem skorzystać z metra, żeby dojechać do Hollywood. Stacje metra przypominały mi nieco warszawskie bądź te w San Francisco – przestronne, jasne i przejrzyste, w przeciwieństwie do klaustrofobicznych labiryntów podziemi Nowego Jorku (które też mają swój urok tajemniczości, żeby być szczerym).


W metrze. W Kalifornii napisy po hiszpańsku nie są niczym nadzwyczajnym. Zarówno frekwencja, jak i częstotliwosć (pociągi jeżdżą co 10 minut) nie powala. Pewien złośliwiec napisał tam kiedyś na lokalnym forum dyskusyjnym, że najczęstszym sposobem używania kolei podziemnej przez mieszkańców LA jest wjeżdżanie samochodami we wjazdy na stacje (coś takiego zdarzyło się też zresztą ostatnio w Warszawie).


Hollywood. Szkoła Filmowa w Los Angeles. Przydałoby się malowanie.


Chodnik z gwiazdami. Tu Queen.


Hotel „W” i oznaczenie wejścia do metra.


Napis na wzgórzu. Z Bulwaru Zachodzącego Słońca wcale jakoś strasznie dobrze go nie widać – trzeba podejść bądź podjechać bliżej. Żeby zrobić tę fotkę, musiałem iść około półtora kilometra pod górę. Żeby całkowicie wyeliminować te słupy i kable, musiałbym zrobić jeszcze kilometr, a mi się nie chciało tak męczyć dla lepszej perspektywy.


Wyjście ewakuacyjne z metra, oznaczone, żeby na nim nie stawać ani nie parkować.


Pierwsi ludzie na Księżycu jako gwiazdy telewizji.


Swoją gwiazdkę ma też – a jakże – żaba Kermit.


Kodak Theatre. To tu się wręcza Oscary.


El Capitan, oficjalny teatr Disneya. Na parterze bar z napojami i lodami.


Myszka Miki i gwiazdka Kaczora Donalda.


Grauman’s Chinese Theatre. To tu jest słynny chodnik z odciśniętymi w betonie rękami i nogami sławnych osobistości. Niestety tego akurat dnia miało się tu coś odbyć, więc chodnik był zagrodzony i obstawiony, a do tego ustawiła się długa kolejka po autografy. Nie chciało mi się sprawdzać, o co chodzi.

Chciałem się tego dnia jeszcze gdzieś wybrać, ale po pierwsze, już się zaczynało ściemniać, a po drugie, spacerek w kierunku napisu „Hollywood” i wcześniejsze kilometry zrobione w Beverly Hills dość mocno wlazły mi w nogi. Zamiast tego więc wróciłem więc autobusem do Santa Moniki. Wprawdzie w mojej empetrójce Sheryl Crow śpiewała o urokach nocnego życia w Los Angeles: „All i wanna do is have some fun, until the sun comes up over Santa Monica Boulevard”, jednak ja nie czułem się na siłach, żeby się z nimi zmierzyć.


Powrót. Co ciekawe, zalety komunikacji miejskiej zachwalają na ekranach rozmieszczonych w autobusach wybitne gwiazdy mieszkające w LA, a jest ich sporo. To jeden z dowodów na to, jak wiele się zmieniło, jeśli chodzi o podejście miasta do komunikacji.

Jedną z zalet mieszkania w hostelach HI był cowieczorny seans filmowy. Tym razem puścili „Invictusa”, czyli hagiografię Nelsona Mandeli – film, który oglądałem już w samolocie. Nie mnie faceta osądzać, bo go nie znam, ale jeśli ma chociaż połowę tego charakteru, jaki przypisuje mu reżyser, z chęcią wymieniłbym go na cały budynek na Wiejskiej i jeszcze dorzucił Pałac Prezydencki w promocji. Innymi słowy, jego wizerunek przewidującego i mądrego męża stanu wydawał mi się cokolwiek przesadzony. Jeśli jednak naprawdę taki jest, to chylę czoło.
Po przespanej głęboko nocy poszedłem na kolejne śniadanie i znów ruszyłem na zwiedzanie.


Hostelowa stołówka.

Tego dnia jednak, jako że wciąż miałem w nogach zakwasy po wczorajszym łażeniu z hostelu, a pogoda była wyjątkowo ładna, postanowiłem się wykąpać w Pacyfiku. Zszedłem więc na dół na plażę, wszedłem w największy ocean świata i oficjalnie wtranżoliłem śniadaniowego tosta w najdalszym od domu miejscu mojej podróży – znajdowałem się teraz 8728 kilometrów od domu (dane z Google Earth). Taka sama odległość, tylko w drugą stronę, dzieli mój dom od Japonii lub Indonezji.
Później, jako że (po wymeldowaniu – zameldowany byłem tylko na jedną noc) nie mogłem zostawić walizy w hostelu dłużej niż do godziny 13, a pociąg miałem o 18, postanowiłem pojechać do centrum i tam porobić nieco fotek. A ponieważ moja jednodniówka i tak nie była już ważna, zrobiłem to jadącym po autostradzie autobusem Santa Moniki – Big Blue Busem (który był autobusem i był niebieski, ale „big”, czyli „wielki”, raczej do niego nie pasowało – był to standardowy 12-metrowiec).


Przystanek autobusowy w Santa Monice.


Śródmieście LA widziane z autostrady.

Kiedy wysiadłem z autobusu na przystanku końcowym, postanowiłem zrobić sesję zdjęciową w okolicach dworca, zwłaszcza że do odjazdu było jeszcze sporo czasu.


Samo centrum miasta, po lewej, poza kadrem, jest dworzec kolejowy. Górą przejeżdża tramwaj, a na dole autostrada z sygnalizacją świetlną na wjeździe. Zasada działania sygnalizacji polega na tym, że jak autostrada się zaczyna zapychać i wyczerpuje się jej przepustowość, zapala się czerwone. To sprawia, że korek formuje się przed autostradą zamiast na niej.


Przegubowiec w pomarańczowym malowaniu autobusów zwykłych.


Autobus lotniskowy z wielkiego aeroportu LAX własnie dotarł do przystanku końcowego pod dworcem.


„Upłynnienie ruchu – w przygotowaniu”.
„Lepsze połączenia – w przygotowaniu”.
„Więcej kolei – w przygotowaniu”.
„Lepsze dojazdy – w przygotowaniu”.
LA, zrobiłeś wiele dla poprawy transportu, ale wciąż wiele zostało do zrobienia! Polscy miłośnicy transportu życzą powodzenia!


Dworzec z zewnątrz. Wygląda – bez kitu – jak kościół. A ponieważ robi za główny węzeł komunikacyjny miasta (m. in. jeden z peronów służy tramwajom na linii złotej), można go spokojnie nazwać Świątynią Transportu.


Hala dworcowa.


Tunel.


Perony. W przeciwieństwie do Pennsylvania Station w Nowym Jorku, 36th Street Station w Filadelfii i stacji w Williamsburgu, w Los Angeles perony są ogólnodostępne i otwarte bez przerwy. Ale spokojnie, nie ma na nich meneli – kolejarze i policjanci z dworcowego komisariatu tego pilnują.

Mniej więcej pół godziny przed odjazdem pociągu wróciłem do hali i… okazało się, że niedaleko wejścia do tunelu na perony rozstawione jest stanowisko odprawy, gdzie pasażerowie mojego pociągu, już ustawieni w kolejkę, pobierali miejscówki. Osobiście wolę polskie miejscówki na biletach, wydawane w momencie kupna, ale jeśli wpadłeś między wrony, musisz krakać jak i one, a marudzenie, że system nie ma sensu, a u mnie jest lepszy, nie odniosłoby prawdopodobnie absolutnie żadnego skutku. Dlatego też stanąłem w kolejce jak wszyscy, a po otrzymaniu biletu obserwowałem pasażerów starszych i mających trudności ruchowe, usadzanych wraz z bagażem na meleksie i wiezionych pod drzwi wagonu. Chętnie bym się też przejechał, ale się nie kwalifikowałem. Poszedłem więc na peron piechotą, aby rozpocząć kolejną przygodę z amerykańską koleją…

Reklamy

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: