Travel cz. 5 – let’s Amtrak again!

Następnego dnia wstałem rano, jak tylko zadzwonił budzik, wziąłem wszystkie moje rzeczy (co było o tyle łatwe, że dzień wcześniej się właściwie nie rozpakowywałem), oddałem kartę-klucz do recepcji i wyszedłem na chłodny, sanfranciscański poranek.
Dopiero, kiedy szedłem w kierunku Market Street, rzuciłem okiem na zegarek i zauważyłem, że nastawiłem sobie budzik o jakieś pół godziny za późno, niż było to potrzebne na dotarcie z bezpieczną rezerwą na przystanek amtrakobusów. Autobus do Emeryville odjeżdżał o 7.05, a na zegarku była 6:45. Miałem 20 minut, żeby dotrzeć pod Ferry Building.
Zbiegłem pochyłymi ulicami w dół, w kierunku Market Street (5 minut), złapałem pierwszy tramwaj PCC, jaki się napatoczył (3 minuty czekania), wsiadłem do środka i modliłem się, żeby dojechał pod Ferry Building w czasie krótszym niż 12 minut.
W tramwaju oprócz mnie jechało jakieś 10 osób. Podchwyciłem fragment dialogu między trzema młodymi facetami: „Moja siostra tak wytłumaczyła mi różnicę między kapitalizmem i socjalizmem: socjalizm to Fidel, Mao, Stalin, Hitler, wszelkie zło świata – a kapitalizm to jednorożce chodzące po ulicach”. Ciekawe 😉
Niestety, kiedy opuściłem gościnne wnętrze PCC, zobaczyłem tył amtrakobusa znikający za rogiem. Od miejsca, z którego mogłem odjechać pociągiem, dzieliło mnie kilkanaście kilometrów, z czego kilka było głęboką cieśniną pełną wody.
Wiedziałem, że za jakiś czas jedzie kolejny autobus Amtraka, który powinien zawieźć mnie bezpośrednio na mój pociąg do Oaklandu. Przekonywanie kierowcy, że skoro nie pojechałem autobusem, na który kupiłem bilet, to mogę pojechać następnym, zostawiłem sobie jednak do planu C. Plan A przewidywał zaś skorzystanie ze sprawdzonego i niezależnego od humorów kierowcy środka transportu – BART-ka.
Niestety, okazało się, że wszystkie wejścia na stacje były zamknięte. Okazało się, że BART-ek nie śmiga w niedziele. Ddopóki amtrakobus nie przyjechał, rozejrzałem się za planem B – to znaczy poszedłem na tymczasowy dworzec autobusów regionalnych i dalekobieżnych, którego lokalizacja była mi znana, gdyż to właśnie na nim opuściłem Greyhounda.
I tu łut szczęścia. Po przestudiowaniu tablicy informacyjnej dowiedziałem się, że autobus, który może mnie zawieźć do Emeryville, stoi właśnie koło mnie. Dla porządku zapytałem kierującej pojazdem Murzynki, czy pojazd zatrzymuje się w Emeryville w okolicach stacji kolejowej, a po otrzymaniu odpowiedzi twierdzącej opłaciłem przejazd (2,50$) i zająłem miejsce. Do odjazdu było jeszcze kilka minut, podczas których dołączyła do nas m. in. dwójka rowerzystów, którzy swoje jednoślady postawili na charakterystycznym stojaku z przodu autobusu. W końcu ruszyliśmy i po raz drugi znalazłem się na Bay Bridge – tylko tym razem pokonywałem go, jadąc dolnym poziomem. Korków nie było, a autobus był prawie pusty, gdyż jechaliśmy w kierunku przeciwnym do dominujących potoków pasażerskich.
Kiedy pojazd zajechał do Emeryville, zatrzymał się na skrzyżowaniu wielopasmowej arterii z drogą lokalną. Arteria wspinała się na wiadukt przechodzący nad torami kolejowymi, a kierowczyni powiedziała mi, że tutaj będę miał najbliżej. Jeden z rowerzystów, którzy także tu wysiedli, poinstruował mnie, jak dotrzeć do stacji. W teorii brzmiało to prosto: iść uliczką równoległą do torów, skręcić w prawo, przejść kładką i Bjorn Wręcemocny jest twoim wujem (kto czytał Pratchetta, ten wie, o co chodzi :>). Podziękowałem wszystkim, pożegnałem się ładnie i poszedłem szukać dworca.
Niestety, byłem pierwszy raz w tym mieście, a na dodatek podchodziłem do dworca od drugiej strony i przegapiłem kładkę nad torami z prawej strony (była zasłonięta zabudową). Klkaset metrów od przystanku ulica mi się skończyła, więc postanowiłem pójść prostopadle prowadzącą w prawo. Przy skrzyżowaniu z drogą równoległą do torów stał autobus na przystanku końcowym. Do odjazdu zostało mi jakieś dziesięć minut, więc postanowiłem zapytać kierowcę. Dialog wyglądał mniej więcej tak:
” – Dzień dobry. Wie pan może, gdzie tu jest stacja kolejowa?
– Stacja kolejowa? A ile masz czasu do odjazdu?
– Jakieś dziesięć minut.
– No to zaraz zobaczę na mapie. Nie jestem pewien, ale to chyba gdzieś koło kładki…
– A gdzie jest kładka?
– Jakieś pół mili stąd, w tamtą stronę (tu wskazał kierunek, w którym mniej więcej znajdował się przystanek, na którym wysiadłem). Nie przegapisz.
– Dziękuję bardzo.”

Ruszyłem dalej w kierunku stacji dość szybkim krokiem – pół mili to nie w kij dmuchał, a dziesięć minut to wcale nie tak dużo czasu.
Po chwili zobaczyłem kładkę – dobre klikaset metrów ode mnie. Do odjazdu miałem już tylko pięć minut, więc starałem się jeszcze przyspieszyć kroku. Nagle z tyłu usłyszałem warkot autobusu. Ten sam autobus, który chwilę wcześniej widziałem na pętli, stanął koło mnie, otworzył drzwi, a kierowca krzyknął: „Wskakuj!” Postąpiłem zgodnie z tym zaleceniem, a autobus podwiózł mnie prosto pod kładkę. Podziękowałem jeszcze szybko kierowcy (zdaje się, że nawet powiedziałem coś w rodzaju „Słowa to za mało, by opisać moją wdzięczność”) i biegiem popędziłem na kładkę. Zostało mi czasu akurat tyle, żeby zrobić zdjęcie stacji, zejść z kładki i cyknąć nadjeżdżający pociąg.
Tutaj jest trasa mojego emeryvillańskiego spacerku, który odbyłem, ciągnąc ciężką walizkę i poruszając się naprawdę szybkim krokiem.
Dotarłem z przygodami, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu, że nie załapałem się na autobus, zachowałem w całości bilet na niego, identyczny ze wszystkimi innymi biletami Amtraku, podczas gdy w przeciwnym wypadku zostałby mi w ręku jedynie kuponik 😉


Bilet. Normalnie pasażerowi zostaje kuponik z prawej.


Dworzec w Emeryville.


Dwie z trzech lokomotyw ciągnących mój pociąg „Coast Starlight”. Ciągnęły go trzy lokomotywy, każda z innej parafii. Trzecią była EMD F59PHI.

Wagony z miejscami siedzącymi były w tylnej części pociągu, a do tego mnie przypadło miejsce w ostatnim, więc po raz kolejny musiałem iść kilkaset metrów – tym razem jednak bez pośpiechu.
Pociąg złożony był z wagonów piętrowych typu Superliner, dostosowanych tylko do niskich peronów. Siedzenia (w zdecydowanej większości) były na górze, choć można było sobie zarezerwować miejsce dla niepełnosprawnych na dole. Były niesamowicie wygodne – oferowały naprawdę dużo miejsca na nogi, miały rozkładane podnóżki i mocno pochylane siedzenia, tak że komfort podróży był naprawdę OK. Nawet konduktorzy mi nie zawracali głowy – w Amtraku jest zwyczaj, że nad siedzeniem pasażera konduktor wkłada kolorową kartkę z symbolem stacji, na której dany pasażer wysiada (w moim przypadku – LAX, czyli Los Angeles). Ułatwia to pracę konduktorom, którzy nie muszą pytać się pasażerów, czy bilety były już sprawdzane, czy nie.


Oakland. Pociąg jedzie sobie jak tramwaj środkiem ulicy.


Stacja San Jose. Tu schodzą się szlaki Amtraku i Caltrainu, prowadzący do San Francisco. Wagon sterowniczy pociągu jadącego w przeciwnym kierunku. W wagonach pociągów dalekobieżnych wszystkie siedzenia skierowane są w jedną stronę, zaś w tych uruchamianych przez Amtrak California siedzenia są naprzeciwko siebie klasycznymi „czwórkami”. Pociągi Amtrak California różnią się też tym, że mają dwoje podwójnych drzwi na wagon, zamiast jednych pojedynczych, i tym, że mogą być pchane przez lokomotywę.


F59PHI.


Widok przez okno na szosę z tzw. „pasem samobójców”, umożliwiającym skręt w lewo w dowolnym miejscu.


Gilroy, lokomotywownia Caltrain.

W miarę, jak nasz pociąg kierował się coraz bardziej na południe, krajobraz za oknem robił się coraz ciekawszy. Udałem się więc do wagonu widokowego. Wagon widokowy to jedna z lepszych rzeczy na amerykańskiej kolei – dołącza się taki do każdego pociągu dalekobieżnego na zachód od Northeast Corridoru (czyli każdego pociągu dalekobieżnego na piętrusach – z racji dostosowania tylko do niskich peronów nie mogą one wjeżdżać na stacje takie jak Pennsylvania Station w Nowym Jorku i 36th Street Station w Filadelfii), a przez jego wielkie okna można obserwować amerykański krajobraz znacznie lepiej niż przez wąskie okienka w pozostałych (nie mówiąc już o śmiesznych malutkich okienkach samolotów). Ulotki z opisem trasy i składu pociągu, jakie można wziąć w każdym wagonie, zachęcają do wizyty (i wydania paru dolarów w kafejce na dole), reklamując wagon widokowy jako najlepsze miejsce do socjalizowania się z innymi pasażerami. Miałem okazję zweryfikować go pozytywnie. Wdałem się tam w rozmowę ze staruszkiem siedzącym koło mnie, który okazał się mieszkać w Los Angeles. Zdradził mi między innymi, że gdyby Los Angeles było osobnym państwem, miałoby piąty co do wielkości produkt krajowy brutto na świecie (Nowy Jork miałby dopiero trzynasty), wypytywał się o problemy z imigrantami w Polsce (zupełnie serio), a także jak wyglądały polskie miasta po drugiej wojnie światowej.
Na postoju w San Luis Obispo wysiadłem na chwilę obzdejmować nasz wagon.


Nasz wagon i doczepiony na końcu składu dodatkowy wagon. Takie wagony bywają wynajmowane na wycieczki przez biura podróży. Starannie odrestaurowane, pozwalają pasażerom poczuć się jak w latach trzydziestych, kiedy podróż koleją oznaczała prawdziwy luksus.


Wejście do wagonu z niskiego peronu.


Dolne piętro, toalety.


Dolne piętro po drugiej stronie od wejścia. Z lewej widoczna półka na większy bagaż – dzięki niej nie musiałem targać walizy na górę. Z prawej schody na górne piętro.


Zamknięte drzwi prowadzące na stronę przeciwną do peronu, kubeł na śmieci i oczywiście Żółty Stołeczek, który podstawia się pod drzwi pociągu na stacjach z wyjątkowo niskimi peronami (przez co rozumiem 0 mm nad główką szyny) i który moim zdaniem powinien robić za jeden z symboli marketingowych amerykańskiej kolei.


To jest komfort!


Stacja San Luis Obispo, mówiąc do kamery pomyliłem się 😉 Krótka prezentacja amtrakowych piętrusów.

Ciekawe są obyczaje związane z wagonami restauracyjnymi. Otóż przed obiadem przez wagon przechodzi konduktor, krzycząc na cały głos: „dinner reservation!” (odpowiednio przed lunchem „lunch reservation” itepe). Można go wtedy zatrzymać i zarezerwować sobie termin. Otrzymuje się karteczkę, na której wypisane jest, o której będą wolne miejsca w wagonie restauracyjnym. System zapobiega zatłoczeniu i kolejkom do stolików – nawet sprytne 🙂
Przez głośniki rozmieszczone w wagonach ciągle lecą jakieś komunikaty – znane też z polskich kolei zawiadomienia o zbliżających się stacjach i powitania nowych pasażerów po każdym postoju, ale także np. takie jak: „Tu Christine z wagonu-kawiarni. Informuję, że mam teraz 30-minutową przerwę, wobec czego przez najbliższe pół godziny kawiarnia będzie nieczynna. Po upływie tego czasu serdecznie zapraszam”. Albo (przed wjazdem do tunelu): „Tu konduktor pociągu Coast Starlight. Informuję wszystkich pasażerów, że właśnie otrzymałem wiadomość, iż za około 30 sekund w naszym pociągu nastąpi całkowite zaćmienie Słońca” 😉
Trasa pociągu była niezwykle malownicza. Autobusem w nocy pokonałem ją w sześć godzin – tymczasem pociąg miał jechać aż dwanaście! A mimo to wcale nie był tak pusty, jak by wynikało wyłącznie z czasu przejazdu. Najwyraźniej pociągiem jeździ się w USA dla odpoczynku i dla walorów widokowych, a żeby przemieścić się z miejsca na miejsce, używa się samolotu lub samochodu. Nie wszystko mam na zdjęciach (nie uchwyciłem np. rezerwatu przyrody w Salinas, gdzie na łachach piaskowych kilka metrów od pociągu wylegiwały się lwy morskie i aligatory, ani 180-stopniowego łuku koło Paso Robles), ale i tak chyba zebrany materiał wystarczy, żeby przekonać wszystkich, że warto było.


Nawadniane sztucznie uprawy Kalifornii.


Kiwaki na kalifornijskim polu naftowym.


Wzgórza Kalifornii.


Wąwóz lessowy (?) z jednej strony…


…a z drugiej urwisko, plaża i ocean! Pociąg jadący na szczycie klifu to naprawdę coś niesamowitego 😉


Santa Barbara. Zdjęcie zrobione w czasie postoju – nasz wagon stał już na przejeździe.

W końcu się ściemniło, a ja przysnąłem nieco. Obudziłem się już na dworcu w Los Angeles.
Pomimo, iż dworzec jest czołowy (to znaczy wszystkie tory się na nim kończą, a perony są połączone ze sobą w jednym poziomie), wychodzi się z niego jak z normalnego dworca, tj. tunelem pod peronami. Ułatwia to fakt, że do tunelu prowadzi stosunkowo łagodnie nachylona rampa, a na obu końcach wyjście jest ułatwione – na jednym z nich jest równo z podłogą hali, a na drugim zainstalowane są schody ruchome.
Byłem zbyt śpiący na eksplorację dworca. Poszedłem w kierunku, jaki wskazywał drogowskaz „Autobusy” i złapałem autobus miejski Los Angeles jadący do Santa Moniki, gdzie miałem zarezerwowany nocleg. Pojazd był nowym przegubowcem, jakich LA zanabyło niedawno ogromną liczbę (i teraz się chwali, że ma [dosłownie] największą w całym narodzie flotę autobusów czystego powietrza – Amerykanie lubią słowo „naród” i często wstawiają je np. do reklam – „dostępne ogólnonarodowo”).
Do Santa Moniki było daleko, podróż trwała godzinę, z czego duża część odbywała się ulicą Santa Monica Boulevard. Charakterystyka samej drogi przypominała mi podróż przez powiększoną Warszawę – wielopasmowe arterie z mnóstwem skrzyżowań po drodze. Po każdym postoju autobusu oczywistym było niezdążenie na kolejne światła, te bowiem były zsynchronizowane pod samochody. Zabudowa zaś… cóż, kto chce wiedzieć, jak wygląda większość LA, może sobie obejrzeć „Szybkich i wściekłych” i zwrócić uwagę na architekturę. Mnóstwo jakichś szop, nie wiadomo czemu służących, wszędzie pełno chińskich restauracji i tanich pizzerii, budynki dwu-trzypiętrowe o strasznie zaniedbanym wyglądzie. I ogromna ilość garaży we wszystkich możliwych miejscach.
Wreszcie autobus dotarł do końca trasy. Santa Monica, choć w zasadzie jest zrośnięta z Los Angeles tak silnie, że w terenie nie sposób dostrzec granicę, jest (podobnie jak Beverly Hills) osobnym miastem o bardzo wysokich ambicjach. Wygląda niezwykle schludnie, jedna z ulic zamieniona jest w deptak, a co drugi lokal zajmuje prestiżowa restauracja. Schronisko młodzieżowe znaleźć bardzo łatwo. Zarejestrowałem się, wziąłem prysznic i natychmiast położyłem spać. Przede mną półtora dnia zwiedzania LA.

Reklamy

Tagi: , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: