Travel cz. 4 – „If you’re going to San Francisco…”

Przejazd z Las Vegas do San Francisco to niebagatelna sprawa. Nie ma żadnego bezpośredniego połączenia autostradą – przyczyną są góry, które dość szczelnie oddzielają północną Kalifornię od reszty Ameryki. Kiedy przeglądałem w Internecie rady dla podróżujących na tej trasie, większość z nich mówiła: „Leć samolotem – autobusem to kilka godzin i albo rzadko, albo z przesiadką”. Autobus o interesującej mnie porze (nocny) udało mi się wyszukać jedynie z przesiadką w Los Angeles – jak bardzo to nie po drodze, można sprawdzić na Google Maps. Mimo wszystko nie zniechęciło mnie to do użycia w celu przemieszczenia się za pomocą amerykańskiego PKS-u – Greyhounda. Po pierwsze, miała to być moja druga przejażdżka amerykańskim autobusem, a pierwsza Greyhoundem (poprzednia przejażdżka była najtańszą z wyjątkiem autostopu opcją podróży z Newport News do Nowego Jorku – firma przewozowa prowadzona była przez Chińczyków, a autobus był strasznie zakurzony i nie miał firanek). Po drugie, taka opcja podróży pozwalała mi nieco zaoszczędzić na kosztach noclegu, odbywała się bowiem w nocy.
Dworzec autobusowy w Las Vegas jest z grubsza wielkości dworca autobusowego w Trzebnicy z dobudowaną poczekalnią. Mieści się obok hotelu, pod parkingiem wielopoziomowym i można go zobaczyć z zewnątrz na Google Street View, tu. Poczekalnia jest klimatyzowana, zawiera toalety i kasę biletową, w której odebrałem bilety zarezerwowane wcześniej przez Internet. Jedno z kilku stanowisk zajmował autobus do Chicago! Ponad doba w autobusie, to rozpala wyobraźnię…
Ponieważ w Greyhoundzie nie ma rezerwacji miejsc, już jakieś pół godziny przed odjazdem zaczęła się formować kolejka do wyjścia na te 5-6 stanowisk. Amerykańskim zwyczajem bilety były sprawdzane przy wejściu na płytę, a walizkę kładło się na wózek, z którego do bagażnika autobusu ładował ją bagażowy. Ponieważ byłem mniej więcej w połowie długości kolejki, udało mi się zająć miejsce przy oknie i na szczęście nikt nie zajął miejsca koło mnie. Pozwoliło mi to siedzieć w jakim takim komforcie (w autobusach zawsze miałem za mało miejsca na nogi, a tak przynajmniej mogłem siedzieć po przekątnej), a nawet trochę się zdrzemnąć. Autobus nie był już pierwszej młodości, a poza tym toaleta (znajdująca się mniej więcej w miejscu silnika we współczesnych autobusach miejskich) była przepełniona i roztaczała na cały autobus delikatną, acz nie najprzyjemniejszą woń.
Przecinającą miasto autostradą wyjechaliśmy z Las Vegas i zaczęliśmy jechać w kierunku LA. Autobus, wyposażony – jak wszystko w Ameryce – w automatyczną skrzynię biegów, z trudem utrzymywał prędkosć wspinając się na przełęcz Mountain Pass…

Przez kilka godzin autobus sunął przed siebie przez góry amerykańską autostradą. Równy asfalt, przekopy, podjazdy, nasypy. Czasem sąsiednia jezdnia szła obok naszej, a czasem – naprawdę! – jezdnie szły wzdłuż doliny, każda jednym z jej brzegów. Przyklejony do szyby, powoli przestawałem żałować, że nie wybrałem fruwajła. Zanim nie zasnąłem, czułem się, jakbym wpadł prosto do filmu „Auta”…

No dobra, masażu Greyhound nie oferował 😉
Ale za to widoki były naprawdę świetne – góry wyraźnie stanowiły granicę klimatów. Przez cały czas robiło się coraz wilgotniej, a rzadkie, suche krzaki, typowe dla Nevady, ustępowały miejsca kalifornijskim zaroślom śródziemnomorskopodobnym. A gdy się ściemniło, sznurek świateł na sąsiedniej szosie – niekiedy poprowadzonej niżej od naszej – wyglądał wprost bajecznie. Zwłaszcza że był piątek wieczór i tysiące losangelesańczyków jechało spędzić weekend w Las Vegas.
Przysnąłem po postoju w Barstow. Obudziłem się w momencie, gdy autobus właśnie zajeżdżał przed dworzec kolejowy w Los Angeles (tym autobusem można było też podróżować na bilecie Amtraku, amerykańskich kolei państwowych). Dworzec autobusowy okazał się być kilka kilometrów od dworca kolejowego wzdłuż jednej z linii tramwaju wysokoperonowego, jakich kilka powstało ostatnimi laty w LA.
Podobnie jak w Las Vegas, również i w drugim co do wielkości amerykańskim mieście dworzec autobusowy nie był specjalnie imponujący. Stanowisk miał mniej więcej tyle co dworzec autobusowy w Kłodzku. I, podobnie jak w Las Vegas, powierzchnia poczekalni była większa niż powierzchnia stanowisk odjazdowych – w tym przypadku poczekalnia była mniej więcej wielkości wrocławskiej (tylko niższa). Była podzielona na część przyjazdową i odjazdową mniej więcej równej wielkości (w przejściu między nimi kontrolowano bilety). I, podobnie jak w Las Vegas, długa kolejka osób czekała już na autobus do San Francisco. Co ciekawe, spora część mojego autobusu z Las Vegas stanęła w kolejce za mną. W końcu brama się otworzyła i po kolejnym sprawdzeniu biletów wpuszczono nas do autobusu.
Tym razem trafił nam się nowszy egzemplarz – dużo czystszy i bez przepełnionej toalety. Zasnąłem bez trudu wkrótce po wyjechaniu z dworca autobusowego, aby obudzić się dopiero w Oaklandzie (czyli tuż obok San Francisco, tylko że po drugiej stronie zatoki). Dzięki temu byłem przytomny podczas pokonywania niesamowitego Bay Bridge – Mostu Zatokowego. Most jest dwupoziomowy (do miasta jedzie się górą, a z miasta dołem). Na każdej jezdni są po cztery pasy ruchu. Mniej więcej w połowie jego długości jest wyspa, którą pokonuje się tunelem. Obok buduje się druga nitka.


Pokonywanie Bay Bridge. Filmik wyszperany w necie.

Wkrótce po zjeździe z mostu nasz autobus zajechał przed tymczasowy dworzec autobusowy (główny był w remoncie). Przy wyjściu zaskoczyło mnie jedno – jak na początek września było przeraźliwie zimno (jakieś 5 stopni powyżej zera). Czego jak czego, ale tego się w Kalifornii nie spodziewałem – a to w końcu była Kalifornia, nawet jeśli raczej północna.


Tymczasowy dworzec autobusów podmiejskich i dalekobieżnych. Nasz Greyhound stoi sobie na stanowisku. Jak wszystkie dworce autobusowe w USA – no, może poza nowojorskim Port Authority – nie jest zbyt imponujący.

If you’re going to San Francisco, be sure to wear some flowers in your hair (Jeśli jedziesz do San Francisco, upewnij się, że masz kwiaty we włosach) – śpiewał w 1967 roku Scott McKenzie. Miało to symbolizować hippisowskiego ducha miasta (i rzeczywiście, hippisów tu jest sporo – część z nich żyje na ulicy, wskutek czego wyglądają oni jak menele, tyle że młodsi – a sądząc po liczbie hybrydowych samochodów i plakatów wzywających do walki z globalnym ociepleniem, spora liczba mieszkańców ma szeroko pojęte poglądy lewicowe). Tak naprawdę, jeśli jedziesz do San Francisco, upewnij się, że masz naładowaną baterię w aparacie i drugą zapasową. Tu nie trzeba być superfotografem, żeby przywieźć do domu zdjęcia, które olśnią Twoich znajomych. Wystarczą podstawowe umiejętności i przyzwoity aparat (co oznacza coś co najmniej tak dobrego jak to, co obecnie montuje się w przeciętnym telefonie).
Dla miłośników komunikacji miejskiej ważne są tu dwie rzeczy: tramwaje linowe na wzgórzach i zabytkowe (a więc, w przeciwieństwie do Filadelfii, nieprzerobione) tramwaje na linii F biegnącej przez Market Street. Te dwie rzeczy, znane na całym świecie, jak się jednak okazało, nie wyczerpują wcale tematu ciekawej komunikacji miejskiej w mieście zbudowanym na skale i bułce (city built on rock and roll). Ale po kolei…

* * *

Przed ruszeniem w podróż zarezerwowałem sobie miejsce w schronisku młodzieżowym firmy Hostelling International. Wydrukowane na kartce potwierdzenie zawierało też instrukcje dojazdowe, zgodnie z którymi należało użyć autobusu. Po niedługim błądzeniu znalazłem interesujący mnie przystanek, a wkrótce podjechał pojazd, w którym zająłem miejsce (wsiadanie oczywiście przednimi drzwiami). Chwilę później przecięliśmy słynną ulicę Market Street, gdzie jeździły tramwaje PCC i… trolejbusy! O tym ostatnim nie doczytałem, więc byłem cokolwiek zaskoczony, a jeszcze bardziej zaskoczyła mnie marka części tych trolejbusów. Była to Škoda! Wprawdzie z typowym amerykańskim stojakiem na rowery przed pojazdem i nieco przerobiona, ale jednak Škoda. Czesi to potrafią swoje rzeczy sprzedawać – żeby trajty do USA opchnąć, trzeba mieć niezłą siłę przebicia…
Potem nasz autobus skręcił z Market Street i zaczął się piąć w górę. W San Francisco przystanki są dosłownie na każdym rogu, wiec trochę trwało, zanim dotarłem do celu, ale przynajmniej nie miałem jak przegapić ulicy, na rogu której powinienem wysiąść, tym bardziej, że w Ameryce nazwa każdej ulicy, z którą krzyżuje się dana droga, jest wypisana na wielkiej tablicy – nie sposób przegapić.
Wreszcie wysiadłem i… znalazłem się w dzielnicy wietnamskiej. Od razu stało się jasne, że nie jest to najlepsza część miasta. W przeciwieństwie jednak do filadelfijskiego murzynowa nie wyglądało to na jakieś straszne getto – ot, po prostu nieco mniej prestiżowa dzielnica. Pod względem poczucia bezpieczeństwa podobna była do Ołbina – miałem się na baczności, ale też nie obawiałem się szczególnie, że zaraz dostanę nożem albo kulkę.


Mały Sajgon w San Francisco.

W schronisku oddałem bagaż do przechowania, ponieważ na rejestrację było jeszcze za wcześnie. Następnie kupiłem jednodniówkę (13$, czyli 40 zł – zdzierstwo!) i ruszyłem na miasto. Ociepliło się już wystarczająco, żebym mógł chodzić w podkoszulku i szortach bez obawy o przeziębienie.


Rzeźba, która, jak wynikało z tabliczki przyczepionej pod nią, została popełniona przez buddyjskiego artystę w proteście przeciwko niszczeniu buddyjskich świątyń przez talibów.

Kilka ulic ode mnie była słynna Market Street. Po jej powierzchni jeździły sobie tramwaje PCC, trolejbusy i autobusy. Ja jednakże zainteresowałem się zejściem pod ziemię. Linia zabytkowa nie zając, nie ucieknie.
Wiedziałem, że w San Francisco były dwa rodzaje metra. Jeden z nich był to BART (Bay Area Rapid Transit), którego pociągi kursowały tunelem położonym na dnie zatoki do miast z drugiej strony (czyli tam, gdzie można się dostać mostem Bay Bridge – w tym do Oaklandu). Drugi był w zasadzie tramwajami wysokoperonowymi wpuszczonymi pod ziemię. Ruch na tym drugim prowadzony był przez miejskiego przewoźnika – MUNI – i na niego ważna była moja jednodniówka. Na BART-a już nie działała.
Na schemacie sieci zobaczyłem, że jedna z odnóg tramwajów podziemnych prowadzi do stacji podmiejskiego przewoźnika Caltrain – jedynej stacji kolejowej w San Francisco (kolej państwowa operowała z drugiej strony zatoki, a stacje miała w Oaklandzie i Emeryville). Dobra nasza – pomyślałem – no to sobie pojadę…
Podjechałem pierwszym tramwajem do stacji Embarcadero, za którą trasy się rozgałęziały. Zanim pojawił się tramwaj jadący we właściwym kierunku, najpierw pojechało kilka tramwajów w inną stronę. Dzięki temu mogłem zrobić kilka zdjęć…


Stacja Embarcadero.

Wreszcie podjechał tramwaj we właściwą stronę i mogłem się zabrać.
Po wyjeździe na powierzchnię okazało się, że z powodu niedopasowanej sygnalizacji świetlnej tramwaj wlecze się jak we Wrocławiu między placem Grunwaldzkim a placem Dominikańskim. No ale ponieważ nie byłem stałym mieszkańcem, nie zmartwiło mnie to zbytnio. Tym bardziej, że widoki były jak najbardziej w porządku – tramwaj jechał palmową aleją wzdłuż brzegu zatoki, a nad nami przemknął w pewnym momencie most Bay Bridge. Wreszcie nasz pojazd skręcił w kierunku lądu, ominął wielki stadion bejsbolowy i podjechał na przystanek z wysokimi peronami. Wysiadłem i zobaczyłem, jak tramwaj odjeżdża w kierunku zwodzonego mostu na jakimś kanale. Postanowiłem go zbadać – najpierw jednak zobaczę dworzec…


Przystanek, na którym wysiadłem.


Pociągi czekające na odjazd do San Jose i Gilroy.


Nowoczesna hala stacji.

A potem poszedłem na most zwodzony – 4th Street Bridge.


Most zwodzony i tramwaj na nim.


Szyny na moście zwodzonym.

Kiedy czekałem na okazje do zdjęć, usłyszałem za sobą nasilający się gwar i głosy wzmocnione przez megafony. Jak wreszcie „złapałem” tramwaj na moście w sposób idealny dla TWB, zaciekawiony odwróciłem się. Przez jezdnię z szynami przechodziła pozornie niekończąca się kolumna pieszych, podążająca w kierunku centrum miasta. Z ciekawości dołączyłem do nich, po czym się okazało, że biorę udział w marszu przeciwko chorobie Alzheimera („Idź sobie, zły Alzheimerze, bo my maszerujemy przeciwko tobie!” No, ale w sumie nie powinno to dziwić w kraju, w którym, jeśli trzech mieszkańców odkryje, że mają wspólny cel, to wybierają prezesa, skarbnika i sekretarza i zakładają komitet). Szliśmy samym brzegiem zatoki, dokładnie wzdłuż trasy tramwajowej, którą wcześniej przejechałem.


Tramwaj pod palmami.


Uczestnicy marszu przechodzą pod Bay Bridge.


Bay Bridge. Widoczna wyspa pośrodku mostu.


Konstrukcja mostu.


Sztuka nowoczesna.


Raygun Gothic Spaceship. Słup obok rakiety zdobią plakaty zachęcające do podróży na inne planety, stylizowane na plakaty linii lotniczych z lat 20. XX wieku. Ktoś miał ciekawy pomysł.

W ten sposób wróciłem pod Ferry Building, czyli do odpowiednika Rynku – leżał wprawdzie wzdłuż jednej z miejskich granic (tej wodnej), ale robił za wyznacznik centrum miasta. Uznałem, że skoro już tu jestem, to dobrze byłoby wydrukować sobie bilety kolejowe, ponieważ gdzieś tutaj było biuro Amtraku (pod Ferry Building był jeden z przystanków kalifornijskiej KKA – kolejowej komunikacji autobusowej, a ponieważ to samo serce miasta, zdecydowano się właśnie tu umieścić biuro). Bilety kupiłem wcześniej przez internet. Podobnie jak zaraz po przyjeździe do USA w Nowym Jorku, także i tutaj miałem ze sobą przysłany mailem kod kreskowy, który należało podsunąć pod czytnik.
Biuro okazało się mieścić na tyłach dość smętnego baraku obok właściwego Ferry Building, gdzie sprzedawano dziesięciokrotnie przepłacone, wyprodukowane w Chinach pamiątki. Maszyna wypluła mi dwa bilety – jeden na KKA do Emeryville, drugi na pociąg „Coast Starlight” Seattle – Los Angeles, odcinek Emeryville – Los Angeles. Właściwy autobus na ten pociąg miał jechać do Oaklandu, ale ja się uparłem pojechać wcześniejszym do Emeryville. Ceny to nie zmieniło, a wydłużyło nieznacznie odcinek trasy, który miałem pokonać na torach.
Jak już tutaj byłem, postanowiłem się zabrać tramwajem na zabytkowej linii F (trasa: Fisherman’s Wharf – Castro Boulevard, który nie ma nic wspólnego z Fidelem – niejednemu psu na imię Burek).
Tramwaje na tej linii jeżdżą nadspodziewanie często. Praktycznie każdy dwuminutowy cykl świateł wpuszcza jeden z nich na przystanek. Tabor to przeważnie PCC, choć jest kilka Peterów Wittów i podobnych, ale szerszych wynalazków. PCC jeśli chodzi o elektrykę to właściwie Konstal 105Na – za wyjątkiem drzwi: przednie otwiera motorniczy, a tylne reagują na nacisk pasażera na stopniu. Natomiast Peter Witt jeździ jak Linke-Hofmann Standard na wózkach (posiada znaną ze starszych tramwajów korbę, bezpośrednio regulującą prąd płynący do silników – tzw. rozruch bezpośredni). Drzwi są pneumatyczne – wewnątrz od czasu do czasu słychać warkot sprężarki. Co ciekawe, pneumatyczne są też hamulce, używane alternatywnie ze standardowymi elektrodynamicznymi (które polegają po prostu na podłączeniu silników tramwaju do obwodu z opornikiem – kto uważał na fizyce, ten wie, że silnik elektryczny i prądnica to może być jedno i to samo).


Ściągnięty z Mediolanu Peter Witt nadciąga na przystanek.


W środku.

Przejechałem większość zabytkowej trasy w tym wagonie, po czym uznałem, że pora na coś innego. Pora mianowicie wypróbować BART-ka!
BARTek jest najszybszym sposobem przedostania się na drugą stronę zatoki, nawet gdy Bay Bridge nie jest zakorkowany. Jest to system kolei podziemnej o nietypowej szerokości toru 1676 mm. Układ tras przypomina drzewo o zgiętym pniu. Położony na dnie zatoki, zespawany z segmentów tunel łączy San Francisco i Oakland (tłum. dosł. Dębica), a rozgałęziające się na powierzchni trasy łączą z tunelem w zasadzie cały obszar położony wokół zatoki. Pociągi ruszyły w 1972 roku i wciąż są lubiane przez sanfrasciscańczyków.
Po zejściu pod ziemię kupiłem w automacie bilet tam-powrót zaraz za zatokę za $6,20 (zdzierstwo! – komunikacja miejska w tym mieście jest wspaniała, ale droga jak diabli), po czym wszedłem przez bramki na schody ruchome. Zjechały one jedno piętro poniżej podziemnego tramwaju, na niesamowicie długi jak na metro (700 stóp – 210 metrów, dla porównania warszawskie metro ma 120 metrów) peron, przy którym zatrzymał się 10-wagonowy skład, zajmujący całą długość. Od razu widać było, że to metro raczej nietypowe. Zamiast czterech par drzwi na wagon, tu były dwie. Wewnątrz miękkie kanapy, zachęcająco szerokie, oraz podłoga wyłożona wykładziną dywanową(!). Wagony były oddzielne, ale połączone przejściami międzywagonowymi, z których – w przeciwieństwie do Warszawy i Nowego Jorku – można było korzystać w trakcie jazdy. Od razu widać było, że to pociągi raczej regionalne niż miejskie, zaprojektowanie nie do szybkiego wysiadania i wsiadania dużej ilości pasażerów, a do przewożenia ich na większe odległości.
Po chwili drzwi się zamknęły, a pociąg wjechał w tunel pod wodą. W uszach strzelało nieźle, co najwyraźniej oznaczało, że głębokość, na której leży tunel, jest mocno zróżnicowana. Prędkość była wyraźnie większa niż w przypadku warszawskiego metra (w tunelu trudno sensownie oceniać prędkość, bo wszystko, co śmiga, robi to znacznie bliżej niż zwykle).


W wagonie BARTka.


Wygląd wagonów. Specjalnie dla tych zdjęć wysiadłem na małym przystanku zaraz za wyjazdem z tunelu.

Postanowiłem wysiąść w centrum Dębicy (no bo gdzieś wysiąść trzeba).
Krótki spacerek po centrum miasta sprawił, że wyrobiłem sobie opinię na jego temat jako miasta bardzo ładnego, ale opanowanego przez meneli. Zjadłem obiad w pobliskim Burger Kingu i zrobiłem małe kółko po śródmieściu.


Wyjście z BARTka i wieżowiec.


Coś w rodzaju rynku.

Długo w Dębicy nie zabawiłem. Za dużo San Francisco zostało mi do zwiedzenia.


Stacja BARTka w centrum Dębicy.

Po wyjściu spod powierzchni uznałem, że teraz kolej na tramwaje linowe – słynną na całym świecie atrakcję turystyczną San Francisco. Na szczęście moja jednodniówka była na nie jak najbardziej ważna. Zacząłem od głównej ulicy Market Street, od której linia tramwaju linowego odgałęzia się koło stacji BARTka Embarcadero.


Dwustronny PCC i trolejbus Škoda za nim.

Każdy widział tramwaje linowe San Francisco na rozmaitych filmach, ale mało kto poza miłośnikami komunikacji miejskiej wie, jak one właściwie działają. Otóż na środku ulicy znajduje się kanał, w którym bez przerwy i ze stałą prędkością 15 km/h porusza się lina. Wagon ma dwie wajchy: jedna z nich ma na końcu kleszcze, które łapią się liny, a druga steruje hamulcami (są hamulce dociskane do kół wagonu i hamulce szynowe wykonane z drewna sosny kalifornijskiej – powoduje to, że hamowanie bardzo ładnie pachnie). Przez skrzyżowania tras i rozjazdy wagon przejeżdża siłą rozpędu. System linowy bardzo dobrze sprawdza się na wzgórzach, jakich w San Francisco nie brakuje (lina, podpięta do mocnego silnika, kiedyś parowego, dziś elektrycznego, gwarantuje zarówno silny ciąg, jak i stałą prędkość zjazdu). System ma także wady, do których należą m. in. wysoki koszt uruchomienia i niska prędkość maksymalna, wynosząca 15 km/h (prędkość przesuwu liny).
Jako pierwszy cel przejażdżki wybrałem trasę na California Street.


Stromizny na California Street.


Dwustronny wagon powoli zapełnia się ludźmi.

Wsiadłem i w przeciwieństwie do coniektórych, którzy woleli jechać na odkrytym pomoście, ja wsiadłem do środka. Wagon ruszył (ale nie nazbyt ostro – kleszcze, poprzez różnicowanie ścisku, spełniają podobną rolę, jak sprzęgło w samochodzie) i rozpoczął wspinaczkę na górki.


Pochylenie wagonu w jego powolnej wspinaczce na wzgórza.


Konduktor.

Tramwaj przystanki miał praktycznie na każdym skrzyżowaniu, a dodatkowo jego ruch spowalniały sygnalizacje świetlne. W połączeniu z prędkością maksymalną 15 km/h oznaczało to, że (przy jeździe w dół) szybciej było piechotą. No ale atrakcja turystyczna to atrakcja turystyczna i przejechać się trzeba.
Ponieważ są tak oblegane przez turystów, tramwaje linowe nie grają raczej większej roli w normalnym życiu komunikacyjnym miasta. Co chwilę wyprzedzała nas hybrydowa (a jakże!) bryka jakiegoś sanfrasciscańczyka. Kiedy zobaczyłem, że tramwaj zaczyna zjeżdżać w dół, a my właśnie mijamy skrzyżowanie z jakąś inną linią tramwaju linowego, dałem dyla na najbliższym przystanku – choć ze względu na żółwią prędkość bez większego ryzyka mógłbym to zrobić między przystankami (jeśli uważałbym, żeby nie wpaść pod jakąś hybrydę, największym zagrożeniem byłby ochrzan ze strony konduktora). Pora była zrobić jakąś sesję zdjęciową, żeby mieć czym się chwalić znajomym 😛


Kanał linowy między szynami.


Widok w dół ze szczytu wzgórza.


Trajt właśnie wjechał na szczyt wzgórza i za chwilę rozpocznie zjazd. Ponieważ turyści nie czyhają na trolejbusy, jest w nim znacznie więcej miejsca dla sanfrasciscańczyków i miłośników komunikacji 🙂


To jest znak drogowy. „Zapobiegaj ucieczkom – skręć koła, zaparkuj na biegu, zaciągnij hamulec”. Jakbym nie wiedział 😛


Skrzyżowanie dwóch linii tramwaju linowego i jednokierunkowy wagon z Powell Street obwieszony turystami.


Powell Street i wydzielone torowisko.


Obrotnica dla wagonów jednokierunkowych przy Market Street.


Młodemu człowiekowi do wewnątrz barierki wpadł tramwaj-zabawka, a sympatyczny motorniczy podniósł, podał i pogadał – jak to Amerykanin 😉


Kolejka do tramwaju linowego (przypominam – ja dostałem się jeszcze bez kolejki). O ja pierniczę…

Pomyślałem, że nie od rzeczy byłoby udać się teraz do mojego schroniska młodzieżowego i zarejestrować. Podjechałem więc tramwajem PCC (elektryczne tramwaje zabytkowe, w przeciwieństwie do linowych, pełnią w mieście dość dużą rolę komunikacyjną) i wszedłem do „Małego Sajgonu”, aby wreszcie dojść do właściwego budynku. Sympatyczny recepcjonista przyjął zapłatę gotówką i wręczył mi klucz do dziesięciomiejscowego pokoju (w formie karty magnetycznej) oraz mapę najbliższej okolicy, na której długopisem zaznaczył kilka kwartałów i wyjaśnił, że znajduje się tam dość liczna społeczność żebraków i bezdomnych, więc lepiej tam nie włazić. Szczęście, że nie zabłąkałem się tam z własnej inicjatywy 😛
Zostawiłem walizkę w pokoju i, ponieważ było jeszcze dość wcześnie, wróciłem na miasto. Tym razem chciałem pojeździć trochę więcej tramwajami PCC. I tym razem zabrałem się do końca – do pętli przy Fisherman’s Wharf.
Tramwaje PCC na zabytkowej linii F są pomalowane w barwy wielu amerykańskich przedsiębiorstw tramwajowych z różnych miast. W każdym z nich jest krótka informacja o malowaniu, o historii tramwajów w mieście, z którego wzięto malowanie, a także o pochodzeniu samego wagonu. Te same informacje dostępne są w internecie – kto ciekaw, może zajrzeć tu.
Przy linii tramwajowej, niedaleko Ferry Building, jest też sala tradycji tramwajów. Można tam np. obejrzeć filmy na temat historii tramwajów w San Francisco i USA, stare tablice liniowe, umundurowanie konduktorów i rozmaite detale związane z tramwajami (np. tabliczki „Tramwaj nie zabiera pasażerów” wywieszane po zajęciu wszystkich miejsc – tramwaj taki nie zatrzymywał się na przystankach, chyba że na żądanie kogoś z wewnątrz). Można tam też kupić rozmaite pamiątki związane z tramwajami, m. in. modele kartonowe i książeczki do kolorowania „Wymyśl własne malowanie”. Chciałbym coś takiego we Wrocławiu 😉


PCC wewśrodku.


Odbierak prądu.


Tramwaj rusza z przystanku początkowego.


Widok na słynne więzienie Alcatraz.


Wózek PCC. Podejrzanie podobny do tego, co do dziś montowane jest w niektórych polskich tramwajach 😛


Oryginalny wagon MUNI (zbudowany we własnych warsztatach przewoźnika w 1914 roku) oczekuje na przystanku przy pętli. Obok miejscowy menel.


Peter Witt i Ferry Building.


PCC w malowaniu nieistniejącego już przewoźnika z Birmingham (Alabama).

Wreszcie, po kilkukrotnym przejechaniu linii, uznałem, że natramwaiłem się jak na jeden dzień i pora na trolejbusy. A że według mapy dało się trolejbusem dojechać niedaleko słynnego mostu Golden Gate (położonego w innej części miasta), to tylko jechać! 🙂
Najpierw jednak, póki się zupełnie nie ściemniło, postanowiłem pbejrzeć z bliska wieżowiec Transamerica Pyramid, tym bardziej, że trolejbus 1 ruszał w zasadzie spod niego.


KKA w pełnej krasie. Takim właśnie autobusem miałem jechać następnego dnia.


Sam wieżowiec z bliska. Jego charakterystyczna konstrukcja służy lepszemu roznoszeniu drgań w czasie trzęsienia ziemi.

W końcu na przystanek podjechał trolejbus marki Škoda, po czym – już ze mną w środku – rozpoczął wspinaczkę na wzgórza. Radził sobie z nią bodaj czy nie lepiej niż tramwaje linowe. Electric Power rządzi 🙂 Przez dłuższy czas jechaliśmy przez dzielnice kamienic, aby później wjechać pomiędzy szeregowe domki jednorodzinne. Okolica przez cały czas była tak samo pagórkowata. Nie doceniłem jednak odległości – zanim dojechałem do ulicy, na której miałem się przesiąść, zrobiło się ciemno.
Potem okazało się, że dogodną do przesiadki ulicę przegapiłem – dowiedziałem się tego w momencie, kiedy kierowca poinformował mnie, że koniec trasy. Słońce już dawno się schowało za horyzont, a ja znajdowałem się przy jakiejś dwujezdniowej drodze z dużym ruchem samochodowym. Na dole cały dzień był słoneczny, ale tu na górze pomiędzy latarniami przetaczały się kłęby mgły. Dawało to – w połączeniu z wieczornym chłodem, który zaatakował mnie równie nagle jak rano chłód poranny – wrażenie totalnego surrealizmu, jakbym nagle wpadł do horroru. Ale było też na swój sposób fascynujące.
Okazało się, że szczęśliwym trafem ulicą tą jeździ autobus, który przejeżdża koło mojego schroniska młodzieżowego. Kiedy pojazd przyjechał po kilku minutach, nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem. Autobus był ZATŁOCZONY!!! Po raz pierwszy w Stanach Zjednoczonych – kraju, gdzie nawet nastolatek może sobie pozwolić na samochód – zobaczyłem zatłoczony autobus! Na dodatek kasa kierowcy była zepsuta, więc kierujący na każdym przystanku donośnym głosem ogłaszał do oczekujących promocję („Dziś jedziemy za darmo!”) i pozwalał na wsiadanie wszystkimi drzwiami. Czułem się jak w domu 😀
Po powrocie do schroniska młodzieżowego wziąłem prysznic i zwaliłem się jak kłoda na swoje wyro w dziesięciomiejscowym pokoju. Ledwie pamiętałem, żeby ustawić budzik. Trzeba się wyspać – jutro czeka mnie całodzienna podróż do LA…

Reklamy

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: