Travel cz. 3 – e viva Las Vegas!

„Kiedyś były tu zielone łąki (po hiszpańsku: „las vegas”) dryfujące w bezmiarze spalonego stepu. Nie ma ich już. Zastąpiły je setki zielonych stołów, na których miliony baranów pasą się nadzieją wygranej, a pastuchy w czarnych garniturach i nieskazitelnie białych koszulach strzygą te stada dniem i nocą, bez wytchnienia” – © Waldemar Łysiak, Asfaltowy Saloon

Już lotnisko pokazało odmienność Vegas od wszystkich odwiedzonych do tej pory miast USA. Zazwyczaj lotnisko jest najbardziej międzynarodowym i ustandaryzowanym (jankesi mają na to fajny przymiotnik: „generic”) miejscem danego miasta. Tym silniejsze było wrażenie, które nie opuszczało mnie do końca pobytu w mieście. Wrażenie, że miasto zbudowano tak, żeby robiło jak największe wrażenie.
Na lotnisku wszędzie stali „jednoręcy bandyci”, zachęcający do przepuszczenia jak największej ilości kasy. Sumy, jakie trzeba było do nich wrzucić, zaczynały się już od 1 centa. Po pokonaniu znacznej ilości korytarzy, przejść i holi, podążając cały czas za drogowskazami na „Baggage Claim” (odbiór bagażu), my, pasażerowie lotu 2530, dotarliśmy wreszcie do stacji kolejki lotniskowej, która najwyraźniej jechała w interesującym nas kierunku. Zaczekaliśmy, aż wjedzie na stację (była odgrodzona od nas szklanymi drzwiami, otwierającymi się wraz z drzwiami wagonów), po czym pojechaliśmy nią najpierw w tunelu, a potem na wiadukcie. Wtedy właśnie okazało się, że nasza kolejka była jedynym połączeniem między oddalonym od głównej części lotniska terminalem, przy którym zaparkował nasz 757, a resztą portu, mieszczącą m. in. karuzele bagażowe.
Pomimo iż nasze przejście do karuzel do najkrótszych nie należało, i tak pojawiliśmy się tam dobre pół godziny wcześniej niż nasze bagaże. Może miało to na celu zachęcenie znudzonych pasażerów do przepuszczenia większej ilości kasy w jednorękich bandytach 😉

Karuzele bagażowe.

Windy z neonami, ruchome schody, srebrne sufity… Zaczyna się 🙂

Kolejka pomiędzy główną częścią lotniska a terminalem wyspowym (zdjęcie zrobione znacznie później).

Kiedy wreszcie moja walizka (nieuszkodzona) opuściła przepastne czeluści systemu bagażowego lotniska i wyjechała na karuzelę, pozostawał problem tego, jak dotrzeć do hotelu „Circus Circus”, w którym wcześniej zarezerwowałem i opłaciłem przez Internet nocleg na trzy dni. Google Maps pokazywało wprawdzie, że istnieją w okolicach lotniska jakieś autobusy, ale nijak nie byłem w stanie ich zlokalizować. Wprawdzie jak na amerykańskie warunki hala główna nie była jakoś strasznie przepastna (mniej więcej „dwójka” na Okęciu razy trzy), ale nie było absolutnie żadnych znaków prowadzących do autobusów. Przez jakiś czas szukałem jakichkolwiek wskazówek, ale w końcu zmęczenie długim lotem wzięło górę nad oszczędnością i postanowiłem pójść na taksówkę. (Później z czystej ciekawości przyjechałem na lotnisko autobusem, żeby się dowiedzieć, gdzie one do jasnej ciasnej stają.)
Okazało się, że postój taksówek jest bardzo dobrze zorganizowany. Stał tam umundurowany strażnik, który każdego podchodzącego pytał, w ile osób jedzie (yyy… w jedną?), a następnie wskazywał taksówkę, która miała najniższą taryfę w danym przypadku. Kierowca mojej taksy (którą stanowił jakiś Chevrolet) wybrał drogę prowadzącą śródmiejską autostradą.
Była to najrówniejsza autostrada, jaką widziałem w Stanach (wirginijskie przypominały A4 w stronę Zgorzelca przed remontem – no tu trochę przesadzam). Smaczku dodawała pustynna roślinność na ścianach wykopu. A kiedy z prawej strony wykwitły jasno oświetlone wieżowce Stripu, po prostu szczęka mi opadła. Miasto zbudowane, żeby robić wrażenie – taki frazes powstał naonczas w mojej głowie na określenie LV i pozostał w niej do końca pobytu w tym niesamowitym mieście.
Po rejestracji u uprzejmej Murzynki w recepcji udałem się do mojego pokoju. Przyjętym w Stanach zwyczajem za klucz do hotelu robiła karta magnetyczna, na której recepcjonistka zakodowała numer pokoju i czas pobytu. Pokój mieścił się na dwudziestym piętrze jednego z trzech wieżowców, w których znajdowały się pokoje hotelowe. Byłem już zbyt zmęczony na eksplorację, więc zaraz po przekroczeniu progu i wyciągnięciu z walizki bielizny na zmianę wziąłem prysznic, walnąłem się na łóżko i zasnąłem.

Mój pokoik hotelowy. Pod oknem klimatyzator, łóżko wielgaśne, posłane na amerykańską modłę – zamiast pakować koc w poszewkę, kładą prześcieradło między niego a ciało. Żyć nie umierać 🙂

Rano, jak tylko się obudziłem, postanowiłem rozpocząć eksplorację Vegas. Zacząłem od zrobienia zdjęcia przez okno – obok akurat budował się jakiś kolejny hotel z kasynem, a na horyzoncie widać już było góry Sierra Nevada.

Widok z okna. Po lewej najładniejsze moim zdaniem hotele w Vegas – Wynn i Encore, po prawej Trump Tower.

Opisywanie zdarzeń kolejnych trzech dni jedno po drugim nie ma większego sensu, ponieważ przez cały czas robiłem z grubsza to samo, to znaczy – włóczyłem się, a wrażenia zlały mi się w jedno. Ułatwiał mi to fakt, że w Vegas każdy może łazić, aż mu nogi odpadną, wszędzie, gdzie mu się tylko zamarzy (z wyjątkiem stref „tylko dla personelu” i niektórych wystaw, na które trzeba kupić bilety) i nikt nawet słowa mu nie powie ani w żaden sposób nie zasugeruje, że nie powinno go tu być albo że nie jest tu za mile widziany. Przyczyna tego jest prosta – każdy chce, żeby klient wydał/przegrał swoje pieniądze właśnie u niego. Nikt na przykład nie będzie żądał biletów wstępu na fudżibanę, która wozi turystów z hotelu do centrum handlowego, bo zarówno hotelowi (który z pewnością ma kasyno), jak i centrum handlowemu zależy na tym, żeby klient pojechał do niego. Osobną kwestię stanowi kolejka jednoszynowa, która, podobnie jak miejskie autobusy, traktowana jest jak normalny środek komunikacji miejskiej i trzeba na nią kupować bilety.
W kasynie mojego hotelu przegrałem 5 dolarów w jednorękim bandycie. Bardziej postanowiłem nie szaleć. Ponieważ w kasynach było bardzo słabe światło, więc zdjęć w środku nie robiłem.


Klaun zaprasza do mojego hotelu, a za nim – jak to w Vegas – wciąż buduje się coś nowego.


Mój nieco kiczowaty hotel 😉


Centrum handlowe Fashion Show – dosł. „Pokaz mody”, i faktycznie, wieczorami takie pokazy się tu odbywają. Można tu też zjeść w barach fast-food, z czego raz czy dwa skorzystałem.


Hotel Treasure Island (Wyspa Skarbów) i specyficznie lasvegasańska atrakcja dla spacerowiczów – kładka nad ulicą z ruchomymi schodami.


Hotel „Mirage” i fontanna z bujną roślinnością przed nim. Miasto leży na pustyni, więc teoretycznie powinien występować deficyt wody, ale… jest kasa – nie ma problemu 🙂


Casino Royale i kapiący złotem Harrah’s.


Hotel, kasyno i centrum handlowe „Paryż” z kopią wieży Eiffla w skali 1:2. Chcieli, żeby była 1:1, ale za blisko do lotniska i samoloty by zahaczały – musieli się zadowolić miniaturką 🙂


Hotel i centrum handlowe „Cosmopolitan” w budowie/remoncie.


A co to za fudżibana tam pomyka? Trzeba się jej przyjrzeć z bliska…


Znalazłem stację (i remizę strażacką pod nią). Widoczne schody to wyjście ewakuacyjne, zamknięte na co dzień dla postronnych. Wejście na stację jest możliwe przez recepcję hotelu – jak to w Vegas, nikt złego słowa nie powie, jeśli się ot tak po prostu z ulicy wejdzie do środka i pomaszeruje w kierunku stacji kolejki.


Bujna roślinność koło recepcji hotelu.


Nadciąga! (Bardzo lubię to zdjęcie, bo wygląda nowocześnie. Trzeba przyznać, że w wyglądaniu to te fudżibany są niezłe.) Okazało się, że pociąg jest kolejką linowo-terenową, a do tego porusza się na gumowych oponach. Ale przejechać się można 🙂


Wnętrze kolejki – specjalnie nie zmieniałem balansu bieli, żeby było widać kolor szyb.


A drugi koniec toru kolejki znajduje się w…


…centrum handlowym! Na dole widać charakterystyczne fontanny w formie wirów wodnych kręcących się w szklanych tubach.


Pochyła ściana centrum handlowego nachyla się nad chodnikiem.


Centrum handlowe i kopnięte wieżowce nad nim.


Palma na tle szklanego wieżowca. Nic dodać, nic ująć.


Hard Rock Cafe.


Miniaturka Mostu Brooklyńskiego – czyli część…


…hotelu i kasyna „New York, New York”.


Coca-cola i emenemsy.


Zespół studiów filmowych, telewizyjnych i oczywiście kasyn MGM City of Entertainment (Miasto Rozrywki). Na dobrą sprawę stosowałoby się to do całego Vegas. A przed wejściem ogromny złoty lew – takie rzeczy tylko w Vegas!


Przejazd fudżibaną z Excaliburu do Mandalay Bay.


Hotel Luxor, wejście ze stacji kolejki.


Hotele i kasyna Excalibur, Mandalay Bay i Luxor połączone ze sobą fudżibaną. Po dwóch torach wahadłowo kursują dwie kolejki – jedna bezpośrednio z Excalibur do Mandalay Bay, druga zatrzymuje się po drodze w Luxorze.


Kolejka liną ciągana na tle hotelu Luxor. W tej piramidzie od środka widać rzędy galeryjek wzdłuż ścian, albowiem przy ścianach mieszczą się pokoje hotelowe. Wnętrze jest zaś wielką, pustą przestrzenią, w której znajduje się centrum handlowe, kasyno i centrum wystawowe.


Hotel i kasyno Excalibur.


Neon hotelu Excalibur.


Hotel Ceasar’s Palace. Fontanny, rzeźby, rośliny… przypominam – miasto jest na pustyni!


Imperial Palace – hotel i kasyno w stylu japońskim.


Centrum handlowe Venice (Wenecja). Weneckie kanały pod dachem(!) w środku pustyni(!!!). Takie rzeczy tylko w Vegas.


Mały wodospad w centrum handlowym – żebyśmy nie zapomnieli, gdzie jesteśmy.


Wynn i Encore. Wciąż uważam, że to one są tu najładniejsze 🙂


Podlewanie trawników. Oto w jaki sposób w mieście położonym na środku pustyni utrzymuje się roślinność w nienagannym stanie.


Stratophere Tower – Wieża Stratosferyczna.


Ratusz miejski. Widać, że w tym mieście liczy się przede wszystkim wypaśność 🙂


Stara poczta w śródmieściu w trakcie przerabiania na muzeum. Jeden z napisów głosi: „Las Vegas chroni zabytki” 🙂


Kasyno Main Street Station. W miejscy dawnej stacji kolejowej na końcu Fremont Street stoi obecnie hotel.


Fremont Street, obecnie przykryta dachem, na którym wieczorem wyświetlane są pokazy „światło i dźwięk”. Słynny kowboj i kowbojka.


Muzeum Neonów na Świeżym Powietrzu obejmuje ekspozycje ustawione w wielu miejscach na Fremont Sreet. Postanowiłem przyjechać tu wieczorem…


…i warto było! Po prawej Lampa Alladyna zrobiona z żarówek.


To jest neon, o którym informuje tabliczka dwa zdjęcia wcześniej.


Łał…


„Wygraj Corvettę już od 5 centów!” W Vegas takie okazje wabią na każdym kroku…


Neony na Stripie – kasyno „Riviera”…


…hotel „New York, New York”…


…sklepy na Stripie…


…meksykańsko-kubańska knajpka…


…i mój hotel. Też mu nic nie brakuje.


A oto dowód na to, że w Vegas mieszkają jednak jacyś ludzie. Zupełnie zwyczajne amerykańskie osiedle…


…autobus szkolny…


…i kratka ściekowa. Jak pamięta każdy, kto uważał na geografii, na pustyniach rzadko pada – ale jak już pada, to tak, że w spokojnej klimatycznie Polsce nawet sobie nie wyobrażamy. A ponieważ lasvegasańczycy są ambitni, a miasto ma dużo pieniędzy, mogą sobie pozwolić na takie oto kratki ściekowe.


Odrobina roślinności Nevady i widok na autobusowy dworzec przesiadkowy. A górą pomyka sobie jakaś mutacja DC-9 w Najładniejszym Malowaniu Świata 🙂


Dworzec przesiadkowy z bliska. Po bokach wiaty, pośrodku klimatyzowany (jakże by inaczej) pawilon z poczekalnią.


Boeing 737 linii Southwest frunie sobie po nevadzkim niebie. Wrocławscy miłośnicy tramwajów opowiadają sobie o „dylemacie motorniczego na Ołbinie” (jednej z czterech zajezdni tramwajowych) – „czym dziś będę jechał, stopiątką, a może stopiątką, czy też stopiątką?” Podobny dylemat mają pasażerowie linii Southwest – czy będą dziś lecieć Boeingiem 737, czy też Boeingiem 737, a może Boeingiem 737? 😉


„Autobus dla wtajemniczonych” na lotnisku. Niełatwo trafić do niego, jeśli się nie wie, gdzie szukać. A w tle monstrualny parking – najbardziej lasvegasańskie z możliwych rozwiązanie problemów parkingowych.


Obiadek zjadłem w Burger Kingu położonym nieco na uboczu, koło stacji Shell. Widać cenę paliwa w dolarach za galon. Jak się komuś chce przeliczać, proszę bardzo – może sprawdzić, jak państwo nas okrada 😛


Autostrada śródmiejska. Raz, dwa, trzy, cztery… dwanaście pasów 🙂


Autobusy na Stripie. Kursują tu dwie linie: Ace Gold Line (Złota Linia As) i The Deuce (dosł. Dwójka, choć można też przetłumaczyć jako Blotka). W przegubowych autobusach Gold Line wsiada się – jak w Polsce – wszystkimi drzwiami, a bilety okazuje na wezwanie. W piętrusach Deuce obowiązuje bardziej tradycyjny amerykański system – bilet okazuje się (okresowy) albo kupuje (jednorazowy) u kierowcy przy wsiadaniu przednimi drzwiami. Jeden z kierowców Deuce nieustannie zabawiał pasażerów rozmową przez głośnik: „Proszę zająć miejsca siedzące, a w razie braku wolnych proszę trzymać się poręczy lub innych osób. Młode samotne kobiety proszone są o trzymanie się kierowcy. Jeśli podoba wam się mój styl jazdy, nazywam się Derek Jones, numer służbowy 2473 [dane zmyślone, prawdziwych nie pamiętam]. Jeśli wam się nie podoba, nazywam się Susan…” Podśpiewywał także przez głośniki parafrazę popularnej tutaj dziecięcej piosenki: „The wheels on the Deuce go round and round…” 🙂


Tarcza ostrzegawcza dla samochodów. Tarcza ostrzegawcza na kolei jest to jakby semafor zredukowany do funkcji ostrzegawczej, który stoi od 200 do 1600 metrów przed semaforem właściwym, w zależności od prędkości dopuszczalnej na linii oraz jej nachylenia, i wyświetla sygnał ostrzegający (np. jak na semaforze jest czerwone, to na tarczy pali się żółte). Dzięki temu pociągi mogą być znacznie cięższe od pojazdów drogowych i nawet podczas gęstej mgły niewiele zwalniają. Tutaj mamy coś podobnego w wersji drogowej: „Przygotuj się do zatrzymania, kiedy światła migają”.


Przystanek autobusowy dostosowany do klimatu – bez wiaty, bo przez większość czasu nie pasa, a jak już pada, to i tak wszystko jedno.


Autobus linii Deuce, górne piętro.


Inny dworzec przesiadkowy, tym razem w śródmieściu. Amerykańskie autobusowe dworce przesiadkowe (i to nie tylko w Vegas – także w znacznie biedniejszym Newport News) wyposażone są w poczekalnię (kompletnie bezmenelową), okienko informacyjne, kasy bądź automaty biletowe i…


…toalety. W Vegas nie mogły się one obejść bez sympatycznego neoniku.


Autobus linii MAX, zwiedzający północne rubieże miasta.


Lasvegasańska kolej jednoszynowa. A z tyłu rozwiązanie problemów z parkowaniem – parkingi liczące sobie po 10 pięter nie są tu niczym nadzwyczajnym.


Betonowa zwrotnica kolei jednoszynowej w dwóch przełożeniach.


Stacja. Kolejka sterowana jest komputerowo i zatrzymuje się drzwi w drzwi ze stacją.


W środku.


Przejażdżka kolejką jednoszynową. W czasie jazdy gra muzyczka i puszczane są reklamy mijanych właśnie obiektów.


Drogowskaz.


Kolejka jednoszynowa i bankomat samochodowy Związku Kredytowego Pracowników Hazardu.


A tutaj widać, jak ta kolejka nie spada z tej szyny… Spadać nie spada, ale buja niesamowicie, a na zakrętach zwalnia do 30 km/h. Dziękuję pięknie za coś takiego we Wrocławiu 🙂


Wejście na stację. Kolejka jest położona dość daleko od Stripa i żeby do niej dotrzeć, trzeba przejść przez kasyno i hol hotelowy. Czasem jednak są ułatwienia – ruchome chodniki 🙂


Niestety, czas już opuścić Miasto Zbudowane, Żeby Robić Wrażenie. Za pomocą zdecydowanie najmniej imponującego elementu miasta – dworca autobusowego… Mówi się trudno! Żegnaj, Vegas! 🙂

Reklamy

Tagi: , , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: