Travel cz. 2 – Majami!


Przed ruszeniem w miasto postanowiłem się jeszcze trochę rozejrzeć po lotnisku. Kto wie, może trafię na coś ciekawego z transportowego punktu widzenia… No i się nie zawiodłem.


Ukryte przed wzrokiem gawiedzi między garażami wielopoziomowymi plac budowy nowego odcinka majamiańskiego metra. Będzie tu końcowa stacja linii lotniskowej, którą będzie można szybko dojechać do centrum.


Ruchome chodniki na krytej kładce pomiędzy głównym terminalem a parkingami. W przeciwieństwie do wszystkich innych, które kiedykolwiek widziałem, te są wyłożone gumą, a nie płytami metalowymi. Guma śmiesznie ugina się przy chodzeniu, aż chce się podskakiwać 😉 Obok typowa dla amerykańskich lotnisk wykładzina dywanowa.

Wreszcie odnalazłem przystanek autobusowy. Znajdował się na najniższym poziomie lotniska, za podobną jak na Okęciu dwupoziomową „zajeżdżalnią” (góra – pasażerowie podwożeni przez znajomych, dół – taksówki i wahadłowe autobusy do wypożyczalni samochodów). Obok niego znajdowała się poczekalnia z okienkiem informacyjnym i automatami biletowymi – w jednym z nich kupiłem sobie jednodniówkę, kodowaną na kartoniku z jakimiś drutami w środku (działał jak karta zbliżeniowa). Spośród wielu podjeżdżających autobusów wybrałem uruchomioną niedawno linię ekspresową do Miami Beach. Szczęśliwie nie było korków, więc szybko dotarłem na miejsce.
Co ciekawe, Miami Beach nie jest częścią Miami, tylko osobnym miastem. Położone jest ono na mierzei pomiędzy otwartym oceanem a zatoką, za którą znajduje się śródmieście Miami.


Widok z przystanku na terminal, zajeżdżalnię i kładkę na parking wielopoziomowy. Wygląda jak ze snu szalonego modernisty 🙂


Miami Beach, róg Lincoln Rd i Washington Ave. Palmy rosną na ulicy. Widok w kierunku oceanu.


Hotel Ritz-Carlton.


Sklep, który reklamuje się jako „Wszystko Czego Możesz Potrzebować Na Plaży” 😉


Na plażę!

Było już po sezonie, więc na plaży nie było trudno o miejsce, co jednak nie oznaczało, że była ona pusta. Zaskoczenie: sporo Niemców i Rosjan. Piasek był – dosłownie – biały, choć przetykany sporej wielkości kamieniami. Ponadto, co w Ameryce jest standardem w takich miejscach, cały brzeg morza obstawiony był hotelami.


No, jak już jestem w TAKIM kurorcie, to wypadałoby wleźć do wody 😉

Po chwili pluskania się zauważyłem, że zbliża się do mnie wielka ciemna chmura. Postanowiłem nie czekać, tylko od razu wyjść z wody, wytrzeć się i ubrać, po czym zmykać. I dobrze zrobiłem.
Nie zdążyłem jeszcze zejść z plaży, jak chmura urosła do monstrualnych rozmiarów i dogoniła mnie. Najpierw zerwał się porywisty wiatr (ale taki naprawdę porządny, że można się było prawie dosłownie na nim położyć), po czym lunęło z siłą wodospadu. W Wirginii widziałem już, jakie potrafią być amerykańskie deszcze, ale to, co tu zobaczyłem, zaskoczyło mnie całkowicie. W minutę cała okolica przemokła do suchej nitki, wiatr szarpał palmami na wszystkie strony, a co najgorsze, deszcz dostał się do mojego plecaka, do moich papierów i do książki, którą kupiłem sobie w Ameryce i która bardzo mi się spodobała. Szczęśliwie po wysuszeniu jest ona nadal czytelna, choć z powodu rozmokniętej obwoluty przedstawia sobą godny pożałowania widok.
Po chwili jednak przestało padać, w związku z czym postanowiłem pójść na spacer.


Lincoln Rd, czyli deptak Miami Beach bezpośrednio po oberwaniu chmury. Wóz policjantów z Miami.

Aby przyjrzeć się zatoce, podszedłem do nabrzeża koło apartamentowca. Cała okolica budynku upstrzona była znakami „No Trespassing” („Obcym wstęp wzbroniony”), więc kiedy zobaczyłem, że podchodzi do mnie cieć, w pierwszej chwili pomyślałem, że chce mnie stąd pogonić. Okazało się, że zaciekawiła mnie po prostu moje obecność i amerykańskim zwyczajem (choć był Kubańczykiem) chciał pogadać 😉 Rozmawialiśmy m. in. o tym, że w Miami półgodzinne codzienne oberwanie chmury to normalka. Kiedy dowiedział się, skąd jestem, powiedział mi, że na Kubie Polskę kojarzy się głównie z Bolkiem i Lolkiem 🙂
Odniosłem wrażenie, że w Miami wszystkie prace od kierownika w dół wykonują emigranci z Kuby. Ciekawe, gdzie pracują „zwykli” Amerykanie, zanim zostaną kierownikami 😉


Bloki nad zatoką w trakcie przebudowywania na apartamentowce. Obecnie Miami Beach jest areną intensywnych prac budowlanych, służących podniesieniu poziomu luksusu i cen.


Śródmieście Miami po drugiej stronie zatoki.


Domki nad zatoką u podnóża wieżowców. Każdy domek nad zatoką ma własne molo, a do każdego molo cumuje prywatny jachcik.


Lincoln Rd.


Bar zbudowany ze stali nierdzewnej.


Budynek The Wolfsonian–Florida International University, obecnie muzeum sztuki i projektowania. Zainteresował mnie jego kształt i stąd to zdjęcie.


Wieżowiec Bank of America.

Uznałem w końcu, że Miami Beach poznałem dogłębnie, a do samolotu jeszcze ze dwie godziny, więc pora na Miami właściwe. Zacząłem od kolejki miejskiej – podjechałem autobusem do najbliższej stacji, sprawdziłem godzinę odjazdu autobusu na lotnisko i wsiadłem.
Metro w Miami wyróżnia się tym, że przebiega nad powierzchnią ziemi. Stacja, na której wsiadłem, zbudowana była tak, jak w dzieciństwie chciałem budować kolej miejską dla Wrocławia. Ponoć w śródmieściu się chowa, ale niestety do śródmieścia nie zdążyłem dojechać, bo pociągi jeździły dość rzadko (co 15 minut), a ja musiałem wracać na autobus na lotnisko.


Wejście na peron. Sprawia wrażenie projektowanego na bazie moich dziecięcych rysunków 😉


Peron i nadjeżdżający pociąg. W tle zatłoczona autostrada na lotnisko.


Przejażdżka. Widok zarówno na bida-domki dla imigrantów, jak i luksusowe apartamentowce.


Śródmieście widziane ze stacji kolejki.


Wnętrze pociągu.


Stacja kolejki od strony przystanku.


Przystanek autobusowy koło stacji kolejki. Widoczna charakterystyczna dla Ameryki tzw. piłowata krawędź peronowa, rozwiązanie pośrednie między zatoką, typową dla autobusów miejskich w Polsce (łatwy wyjazd) i krawędzią schodkowatą, typową dla lokalnych dworców autobusowych w Polsce (zajmuje mało miejsca).

Autobusem miejskim podjechałem na lotnisko zatłoczoną autostradą, oferującą wspaniały widok na pasy startowe i stanowiska postojowe. Odebrałem bagaż z przechowalni, wydrukowałem sobie nową kartę pokładową American Airlines (poprzednia, wydrukowana z komputera, rozmokła podczas oberwania chmury), po czym grzecznie stanąłem w kolejce do stanowiska ważenia i odprawy bagażu. Kolejka jednak posuwała się wolno, więc facet pilnujący porządku (Kubańczyk, a jakże) zapytał, dokąd frunę. Gdy dowiedział się, że do Las Vegas, wziął moją walizkę, podszedł do wolnego stanowiska, zważył ją, wydrukował bagażowy pasek samoprzylepno-papierowy z kodem kreskowym, przyczepił do ucha walizki i powiedział mi, żebym walizkę porzucił tam – wskazał ręką na stanowisko rentgena – a sam poszedł do tamtego korytarza, do mojej bramki – tu również wskazał odpowiedni kierunek. Oczywiście ładnie mu podziękowałem, ale idąc do bramki zastanawiałem się, czemu on się tak spieszył – do odlotu było jeszcze dobra godzina (na wewnątrzamerykańskich lotach zaleca się stawienie się do odprawy 45 minut przed odlotem).
Wyjaśnienie przyszło samo. Długi, niesamowicie długi korytarz prowadzący do bramki. Godzina wcale nie była za dużą ilością czasu do jego pokonania. Trwała właśnie instalacja kolejki, która w przyszłości ma ułatwić przemieszczanie się na lotnisku, ale dopóki jej nie ma, trzeba łazić piechotą.
W końcu dotarłem do mojego samolotu. Był to Boeing 757. Myślałem, że to tylko wydłużona wersja Boeinga 737 (jednego z najpopularniejszych samolotów świata, układ siedzeń 3+3, używa ich m.in. Ryanair), ale jak się okazało, samolot miał także dłuższe skrzydła i większe silniki, które przy wąskim kadłubie wydawały się jeszcze większe. Niby logiczne, ale nie przyszło mi do głowy.


Zdjęcie wyszperane gdzieś w internecie, przedstawia wnętrze Boeinga 757 linii American, widok od dziobu w stronę ogona. Na pierwszym planie klasa biznes.


Załadunek bagażu przez beztroskiego bagażowego słuchającego sobie iPoda przy pracy. Mnie to nie przeszkadza – kiedyś pracowałem w firmie kurierskiej i wiem, jak się powinno pakować walizki 😉

Dlaczego Американские Авиалинии? Odpowiedź jest prosta. Kiedy wybierałem przewoźników (zawsze kupowałem bilety na samoloty bezpośrednio u przewoźników, a nie przez wyszukiwarki połączeń), kierowałem się przede wszystkim ceną. Ale w tym konkretnym przypadku ceny były u wszystkich zbliżone. Więc wybrałem American, bo malowanie tego przewoźnika podobało mi się, odkąd zacząłem oglądać „Katastrofy w przestworzach” 😉
Gdy posadziłem swoją szanowną na wybranym przez siebie siedzeniu, okazało się, że samolot jest zapełniony mniej więcej w jednej trzeciej. Początkowo chciałem siedzieć z tyłu, ale udało mi się znaleźć wygodniejsze siedzenie, więc przeniosłem się koło skrzydła. Personel pokładowy pokazał, co robić, jak samolot się rozbije (widziałem to trzeci raz tego dnia i trochę mnie już nudziło), po czym ruszyliśmy w kierunku pasa startowego. Niestety nie dane nam było szybko zakosztować unoszenia się w powietrzu – trzeba było odstać swoje w korku do pasa startowego. Wreszcie, po kwadransie, podczas którego zaszło słońce i z dnia błyskawicznie zrobiła się noc, samolot wjechał na pas, a przed moim okienkiem pojawił się niesamowity widok świateł biegnących w dal, który widać było jeszcze przez chwilę, zanim samolot obrócił się nosem w kierunku pasa. Widok lotniska, a w szczególności pasa startowego w nocy jest absolutnie nieziemski. Pod tym względem prawie dorównuje dużemu blokowisku i stacji kolejowej razem wziętym 😉
Samolot dodał gazu i bez przeszkód oderwał się od ziemi, przelatując na niedużej wysokości nad zalotniskową autostradą (widok z okienka w takiej chwili zawsze kojarzył mi się z widokiem z pociągu jadącego po wiadukcie nad ulicą), po czym wzbił się wyżej, zatoczył łuk nad jasno oświetlonym śródmieściem Miami i ruszył w głąb Ameryki. Z serialu „Katastrofy w przestworzach”, a dokładniej z odcinka „Zderzenie z górą” o katastrofie w Cali, wiem, że samoloty współcześnie wyposażone są w komputery, które, po wprowadzeniu do nich nazw wszystkich radiolatarni po drodze, prowadzą samolot prosto do wyznaczonego celu (a jeśli lotnisko jest wyposażone w ILS – a nawet Wrocław go ma – to nawet nim wylądują, a przynajmniej sprowadzą go do 30 lub 60 metrów nad ziemią, w zależności od stopnia zaawansowania ILS-a). Co ciekawe, samolotem, który występował w tym odcinku, był Boeing 757 linii American Airlines, taki sam jak ten, którym leciałem, startował – podobnie jak mój – z Miami, a ja usiadłem ostatecznie na siedzeniu, na którym siedziała jedna z 4 osób, które przeżyły katastrofę w Cali.
Tym razem samolotem od czasu do czasu nieźle trząchało (jak się dowiedziałem następnego dnia z hotelowej telewizji, pod nami szalała tropikalna burza). Za okienkiem widziałem stopniowo coraz rzadsze światła na ziemi i oświetlone reflektorem skrzydło, a kiedy światła na ziemi całkiem zniknęły, tylko skrzydło. Uginało się bez przerwy w górę i w dół, w górę i w dół, w rytmie wyznaczanym kolejnymi turbulencjami. Jak na chwilę się uspokoiło i zgasłą kontrolka „Zapiąć pasy”, poszedłem do toalety. Chwilę później samolotem znów zaczęło rzucać, a w WC włączyła się kontrolka – uwaga – „Siedzieć na sedesie” 😀
Lot trwał ładnych parę godzin, więc po przestawieniu zegarka na czas lasvegasański jedyne co miałem do roboty to czytać książkę, przy okazji pozwalając jej trochę przeschnąć. Gapić się za okienko nie było po co, bo ostatnie światełka dawno już zniknęły za nami, a i skrzydło po pewnym czasie przestało się wyginać. Ponownie wyjrzałem dopiero przy podejściu do lądowania. Wprawdzie sam filmiku nie nagrałem (używanie urządzeń elektronicznych podczas lądowania jest zabronione), ale ktoś inny zrobił to za mnie, dzięki czemu mogę pokazać jak to wyglądało. Dopiero teraz zrozumiałem określenie „powódź świateł” – z powietrza miasto rzeczywiście wyglądało na zalane wodą. Na filmiku tego tak nie widać, ale mimo wszystko warto go obejrzeć.

Jak wyglądało lotnisko w Vegas opiszę już w następnym odcinku, bo lotnisko pasuje do miasta jak rzadko kiedy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: