Travel cz. 1 – pofruwajmy sobie


Pożegnanie z wioską.

Siódmy września 2010 roku miał być ważnym dniem w moim życiu. Tego dnia o godzinie 6.30 opuścić miałem teren stanu Virginia samolotem linii lotniczych AirTran, przesiąść się w Atlancie na samolot do Miami, obejrzeć Miami, a o 6.30 po południu wsiąść w samolot linii American Airlines do Las Vegas. Innymi słowy, w ciągu jednego dnia miałem podwoić liczbę pasażerskich odrzutowców, którymi kiedykolwiek leciałem.
Niestety, o tak wczesnej porze nie kursowały autobusy – ani williamsburskie, ani newportnewsańskie. Musiałem więc wstać o 4 rano i zamówić taksówkę, która na lotnisko Newport News Williamsburg International Airport kosztowała 40 dolarów. Na szczęście w ostatniej chwili okazało się, że na ten sam samolot jedzie grupa Rosjan, więc podzieliliśmy się kosztami i wyszło taniej. Po dobrze mi znanej autostradzie śródmiejskiej (położonej pomiędzy w zasadzie zrośniętymi ze sobą miastami Newport News i Hampton) dojechaliśmy do lotniska, które nasz taksówkarz klasyfikował jako małe (jest mniej więcej wielkości „jedynki” na Okęciu). Powinien zobaczyć wrocławskie 😉


Bramki odprawy (AirTran, Delta, US Airways) i Rosjanie szukający swoich paszportów.

Oczywiście, zanim w ogóle zostałem dopuszczony w pobliże samolotu, musiałem dać się przeskanować wykrywaczem metalu i przepuścić wszystkie swoje rzeczy przez rentgen (śmiesznie było widzieć zawartość swojego plecaka jako ciuchy, wypełniające wnętrze delikatną mgiełką, i pływające w tej masie aparat fotograficzny i książki). Musiałem też potwierdzić, że ja to ja, pokazując paszport i bilet (nazwisko musiało się zgadzać). No i oczywiście duża walizka, w której objechała ze mną Amerykę zdecydowana większość moich ciuchów, paczka papierosów Camel dla kolegi-palacza i trzy Budweisery dla mnie, brata i ojca po powrocie, musiała przejść przez osobny rentgen, zanim już bez mojego udziału została załadowana do bagażnika samolotu.
Kiedy już Department of Homeland Security (amerykański MSW) upewnił się, że nie jestem terrorystą, mogłem zająć miejsce w poczekalni odlotów i zacząć się nudzić w oczekiwaniu na otwarcie rękawa prowadzącego do samolotu (przez cały czas pobytu w Ameryce ani razu nie musiałem jechać do samolotu autobusem po płycie lotniska).


Wnętrze terminalu (tu kiosk z gazetami).


Poczekalnia odlotów.

W końcu, po jakiejś półgodzinie czytania książki przeze mnie, bramka się otworzyła i rozpoczęło się wywoływanie pasażerów. Wsiadałem jako jeden z pierwszych, a to dlatego, że zaklepałem sobie miejsce przy wyjściu awaryjnym na skrzydło (jest tam nieco więcej miejsca na nogi), a samolot – Boeing 717 – miał silniki przy kadłubie z tyłu, a nie pod skrzydłami (to zresztą był jeden z argumentów za wyborem tej linii lotniczej – odkąd zacząłem odróżniać typy samolotów, czyli odkąd zacząłem oglądać „Katastrofy w przestworzach”, miałem słabość do konstrukcji tylnonapędowych), co oznaczało, że aby zrównoważyć ciężar silników, skrzydła, a wraz z nimi moje miejsce, znajdowały się dość daleko z tyłu.
Samolot miał wewnątrz wielkość wagonu kolejowego i układ siedzeń 2+3. Przed odlotem podeszła do mnie stewardessa i zapytała, czy znam język angielski, czy zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka spoczywa na mnie jako siedzącym przy wyjściu ewakuacyjnym i czy będę w stanie otworzyć drzwi w razie wypadku. Na wszystkie odpowiedziałem twierdząco.


Boeing 717 wewśrodku.

Wkrótce personel pokładowy pokazał, co robić w razie niebezpieczeństwa, po czym samolot potoczył się w kierunku pasa startowego. Tam spuścił ze smyczy bestię drzemiącą w jego zamontowanych z tyłu kadłuba silnikach. Samolot oderwał się od ziemi, po czym rozpoczął wznoszenie nachylony do góry pod kątem 45 stopni, aż się przestraszyłem, że będzie przeciągnięcie (za dużo „Katastrof w przestworzach”, za dużo 😀 ). Następnie zaczął zataczać kręgi nad stanem Virginia, którego linia brzegowa przy zatoce Chesapeake przypomina z góry kałużę na placu budowy (mnóstwo zatok, zatoczek, półwyspów i przybrzeżnych jeziorek). Przez jakiś czas leciał nad wybrzeżem, zanim ruszył w głąb lądu, w kierunku Atlanty.
Lądowanie także wiązało się z okrążeniem lotniska, dzięki czemu zauważyłem charakterystyczny układ atlantańskiego aeroportu – składał się z kilku podłużnych terminali, niepołączonych ze sobą wzajemnie w żaden sposób na powierzchni ziemi. Między nimi można było przejechać kolejką kursującą pod ziemią lub przejść długim tunelem z ruchomymi chodnikami.
Samolot przed lądowaniem leciał na niewielkiej wysokości tuż nad jakimiś fabrycznymi placami, dotknął pasa startowego praktycznie na samym początku i zajechał pod bramkę, gdzie przyssał się do niego rękaw. Kiedy przejeżdżał kolejno koło kilku terminali, zaskoczył mnie prawie całkowity brak dużych samolotów, takich jak Boeingi 767 i 777 czy też Airbusy A330 i A340. W przeciwieństwie do Frankfurtu czy JFK trudno było zobaczyć coś większego niż Boeing 757. Wszystkie duże samoloty okazały się być zgromadzone przy ostatnim terminalu.


Atlantańskie lotnisko. Pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu taki widok to sobie mogłem pooglądać co najwyżej na filmach 😉

Pora na przesiadkę. Transport lotniczy różni się od innych środków transportu tym, że bagaż jest przeładowywany z samolotu do samolotu bez udziału pasażera. Pasażer przechodzi sam, a bagaż podąża za nim. Oczywiście może się zdarzyć, że coś się pokićka i kiedy pasażer będzie się rozkoszował możliwością zjedzenia śniadania w Londynie, a obiadu w Rzymie, jego bagaż będzie się znajdował w Rejkiawiku. Ale podczas moich podróży bagaż zawsze trzymał się mnie. Może miałem po prostu szczęście. W każdym razie jako inżynier in spe strasznie lubię, jak system działa, wobec czego zawsze lubiłem się przesiadać z samolotu na samolot 😉
To w Atlancie po raz ostatni usłyszałem nazwę miasta Newport News – samolot, którym przyleciałem, wracał tam po niedługim postoju. Murzynka ze stanowiska odprawy wymawiała ją z charakterystycznym, murzyńskim akcentem: „Nuupat Nuuz”. I taką już pozostała w mojej pamięci.
Na przesiadkę czekałem około pół godziny, więc jak na warunki lotnicze niewiele, a samolot w dalszą drogę do Miami odlatywał z… sąsiedniej bramki 😉


Atlanta, lotnisko, terminal C.


Stanowisko odprawy na samolot do Miami. Na telewizorze wyświetlała się pogoda w miejscu docelowym, żeby pasażer zdążył wyjąć kurtkę w razie czego 😉 Widoczna wykładzina dywanowa – typowe wykończenie podłogi na lotniskach w USA.

Drugi samolot był identyczny z poprzednim, a że siedzenie wybrałem sobie to samo, więc pod tym względem podróż nie mogła mnie niczym zaskoczyć. Tym razem jednak, zanim wystartowaliśmy, musieliśmy odstać swoje w korku, który uformował się przed pasem startowym. Tym samym obalona została teoria, iż samoloty nie stoją w korkach. Kiedy wreszcie przyszedł czas na nas, samolot z niecierpliwością oderwał się od ziemi i ruszył na południe. Jak tylko osiągnął dziesięć tysięcy metrów, przykleiłem się do małego owalnego okienka, od czasu do czasu robiąc zdjęcia tego, co się za nim przesuwało.


Stan Georgia z dziesięciu tysięcy metrów.


Cumulonimbus widziany z samolotu.


A tu już Floryda. Jak widać, na wyspie pomiędzy domami przekopano kanały, aby każdy mógł sobie podpłynąć własną motorówką lub własnym jachtem do własnego pomostu. Sztorm nie grozi – od morza osłania mierzeja. Ludzie mają kasiorę…

Wreszcie samolot zaczął się zniżać, a obszar pod spodem stawał się coraz bardziej zurbanizowany. Gdy tylko przelecieliśmy nad płotem lotniska nasze letadło dotknęło kołami ziemi i przyhamowało, włączając silniki na rewers, aby ostatecznie przykołować pod terminal w Miami, który, w przeciwieństwie do tego w Atlancie, był wyraźnie połączony z resztą lotniska. Kolejny rękaw został przystawiony do samolotu, a my wyszliśmy do wyłożonego wykładziną dywanową budynku. Zacząłem się zastanawiać, jak oni to sprzątają 😉


Tylnonapędowy odrzutowiec na majamiańskim lotnisku. Adieu!

Po krótkim błądzeniu odnalazłem właściwą karuzelę bagażową, odebrałem swoją walizkę, oddałem ją do przechowalni i poszedłem na miasto. Ale o tym niebawem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: