Zycie w wiosce

Geneza powstania International Housing Village jest prosta. W Williamsburgu nietrudno o miejsca noclegowe (w bezposrednim sasiedztwie wioski polozone sa co najmniej cztery duze motele), ale jako ze miasto jest turystyczne, ceny sa dosc wygorowane. Zeby wiec studenci przyjezdzajacy na work&travel mieli gdzie spac i nie musieli przeplacac, firma kupila stary motel i przerobila go na wioske noclegowa dla studentow z zagranicy.
Obecnie mieszkaja tu Filipinczycy, Wietnamczycy, Tajowie, Rosjanie, Chinczycy i oczywiscie Polacy.


Moj pokoik. Obraz typowego porzadku, jaki ma w pokoju trzech facetow, ktorych nikt nie pilnuje 😉


Widok z tylnych drzwi swietlicy (ang. clubhouse) na tzw. dol, gdzie praktycznie co wieczor odbywa sie impreza.


Basen, a za nim miedzy innymi moj pokoj.


Swietlica i rowery, ktore mozemy sobie wypozyczac.

Na terenie wioski znajduje sie pralnia dostepna dla mieszkancow, a w niej cztery pralki i cztery suszarki. Amerykanskie pralki wygladaja jak pralki typu „Frania” obudowane tak, zeby wygladaly na pralki automatyczne otwierane od gory, z tym, ze wirnik starczy pionowo ze srodka dna i ma forme sruby o wysokosci niewiele mniejszej od calej pralki. Suszarki bebnowe natomiast wygladaja jak nasze pralki 😉 W wirginijskim klimacie, gdzie ciuchy rozwieszone na sznurku na zewnatrz schlyby jakies trzy dni, stanowia wyposazenie absolutnie podstawowe. Srodki piorace (plyny) musimy kupowac sobie sami, ale nie sa drogie.



Amerykańska pralka.


Suszarka bębnowa.

Wirginijski klimat najlepiej opisac w ten sposob: najwyzsze temperatury sa podobne do polskich, ale powietrze jest znacznie bardziej wilgotne, przez co dobowa amplituda jest znacznie mniejsza (w nocy tez jest goraco), a upaly trzymaja sie znacznie dluzej. Pogoda potrafi byc naprawde zwariowana i zmieniac sie po 10 razy dziennie – raz pada deszcz, po chwili swieci slonce, a jeszcze pozniej – sciana wody i burza z piorunami (tu po raz pierwszy widzialem deszcz, ktory trudno opisac inaczej niz jako pionowa rzeke).

Podstawowym zrodlem zaopatrzenia sa sklepy Farm Fresh i Food Lion, znajdujace sie okolo 500 metrow od wioski. Niestety najkrotsza droga wiedzie: ulica bez chodnika w dol, wzdluz zjazdu z ulicy na polozona nizej ulice poprzeczna, ulica (Colonial Parkway) bez chodnika po plaskim, stromym wejsciem na wiadukt po skarpie i kolejna ulica bez chodnika po plaskim. W Ameryce miasta buduje sie dla samochodow, a nie dla ludzi. Dodajmy, ze znaczna czesc tej drogi jest nieoswietlona, wiec w nocy zabieram ze soba latarke, nie tylko po to, zeby oswietlac sobie droge, ale takze aby ostrzegac nadjezdzajace samochody o swojej obecnosci. Na szczescie amerykanscy kierowcy jezdza bardzo ostroznie.


Colonial Parkway biegnaca w dole widziana z wiaduktu.

Polaczenie z Busch Gardens i nalezacym do tej samej firmy Water Country, w ktorym pracuje czesc mieszkancow wioski, realizowane jest przez trzy autobusy jezdzace na zmiane (jedzie naraz albo jeden, albo dwa), najczesciej odjezdzajace o pelnych godzinach. Wszystkie trzy sa tego samego typu, co slynne amerykanskie autobusy szkolne. Jeden z nich ma 12 metrow dlugosci, klimatyzacje, drzwi otwieraja mu sie na zewnatrz na zawiasach i jest jednolicie bialy, dwa pozostale – 12- i 9-metrowy – maja malowanie z niebieskim paskiem, nie maja klimy, a drzwi maja skladane (w jedna strone). Autobusy 12-metrowe maja drzwi otwierane pneumatycznie, w 9-metrowym otwierane sa recznie przez kierowce.


Swietlica i przystanek autobusow.


Starszy z dlugich autobusow.


Krotki autobus, najstarszy ze wszystkich trzech.


Deska rozdzielcza najstarszego autobusu i reczne otwieranie drzwi.


Autobusy wyjezdzaja z wioski.


Ja w autobusie. Jak widac, za wysokie to one nie sa 😉

Kuchnia jest ogolnodostepna i ulokowana w swietlicy. Korzystaja z niej glownie Azjaci, ale i kilku Polakow posiadajacych umiejetnosci kulinarne. Minusem jest koniecznosc posiadania wlasnych naczyn, ale czesto zdarza sie, ze klika osob kupuje patelnie i garnki na spolke (zreszta patelnie sa tu tanie jak barszcz – mozna dostac je juz od jednego dolara) i uzytkuje na zmiane.

Williamsburg to miasto, jak to ujal Rik (ktory jest szefem wioski i z ktorym spotalismy sie wczesniej w Warszawie, a na miejscu prowadzil spotkanie orientacyjne), rzadzone przez starych ludzi. Dlatego tez nie wolno tu pic alkoholu na zewnatrz w oryginalnym opakowaniu (wolno po przelaniu do kubka), a po 10 wieczorem nie wolno halasowac. Polacy radza sobie z tym puszczajac muzyke nieco ciszej, tak zeby samemu moc sie bawic, a nie przeszkadzac sasiadom.

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Zycie w wiosce”

  1. vertok Says:

    Psoras>Ja w autobusie. Jak widac, za wysokie to one nie sa 😉

    To raczej obiekt w autobusie jest za wysoki:PPPP

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: