Kółeczko 03-05.07.2009

Zaczęły się wakacje. A jak wakacje, to i wakacyjne kółeczka miłośników kolei.
Tym razem nastąpiły pewne zmiany organizacyjne w spółkach Grupy PKP. Pociągi pośpieszne zostały przekazane PKP Intercity, więc bilet turystyczny (który znacznie potaniał) przestał je obejmować. Na szczęście nowy zarządca poćpiechów wprowadził specjalny weekendowy bilet tylko na pociągi pośpieszne i TLK – Bilet Podróżnika. I to na nim zdecydowałem się pojechać.
Bilet co prawda nie obejmował już pociągów osobowych, ale uznałem, że to niewielka strata, ponieważ miałem zamiar jechać w większości tego rodzaju pociągami osobowymi, których także bilet turystyczny nie obejmował. A mianowicie pociągami Arriva PCC i Kolei Mazowieckich. Naszła mnie refleksja, że razem z Kolejami Dolnośląskimi to już całkiem spory kawałek kolejowego świata wyjęty spod panowania PKP.
Trasa: Wrocław – Iława – Malbork – Grudziądz – Toruń – Sierpc – Kutno – Zagórz – Rzeszów – Wrocław.
Zaczęło się tradycyjnie – tramwaj „0” na dworzec, potem na peron (bilet kupiłem już wcześniej) i do pociągu pośpiesznego „Niegocin” relacji Wrocław-Ełk. Ponieważ jechałem nim tylko do Iławy Głównej, musiałem wstać o 4 rano. Ale wcale mnie to nie zniechęciło, wręcz przeciwnie – Pojezierze Iławskie o świcie wygląda pięknie.
Pociąg jechał trasą „przez Ostrów Wielkopolski, Kalisz, Łódź Kaliską” (tak zawsze mówiły wrocławskie megafony) – tak jak ekspres „Odra”, którym jeździłem do babci do Warszawy na wakacje jak byłem mały. Trasę znałem prawie na pamięć – podstawowe przez lata połączenie Warszawy z Wrocławiem jest zlepkiem wielu lokalnych linii kolejowych, często jednotorowych, połączonych jednotorowymi łącznicami o ciasnych łukach. Magistrala jak w trąbę słonia. Ale cieszyłem się z jazdy tą trasą – budziła tysiące wspomnień. Przez szeroko otwarte okna wpadał zaś zapach wilgotnego lasu i żywicy. Zapach wakacji. To też zapamiętałem z dzieciństwa – jako dziecko panicznie bałem się drzew, a przejazd elektrycznym pociągiem przez las miał dla mnie wszystkie zalety spaceru po lesie (świeże powietrze, brak spalin, niepowtarzalny zapach, piękny widok), ale bez jego wad (obecność drzew, zmęczenie).
Na jednej ze stacji przed Ostrowem Wielkopolskim mieliśmy ciekawe zdarzenie. Otóż na jednym z rozjazdów od strony Oleśnicy wykoleiła się lokomotywa 060DA firmy Lotos Kolej. Wjazd był dwutorowy, a lokomotywa weszła w skrajnię drugiego toru. Nasz pociąg zatrzymał się stację wcześniej i stał tam dobre 15 mniut. Pasażerowie zaciekawieni wyglądali przez okna. W pewnym momencie usłyszałem z radiotelefonu stojącego niedaleko konduktora: „dla pociągu P65501 rozkaz szczególny, jazda z maksymalną prędkością 5 km/h z pilotem, brak skrajni”. Pociąg ruszył, rozpędził się bynajmniej nie do 5 km/h, zahamował przed miejscem wykolejenia, zabrał na lokomotywę pilota i z żółwią prędkością przejechał obok wykolejonego pojazdu, który przesunął się 10 centymetrów od okien naszego wagonu. Potem ruszył w dalszą trasę z dwudziestominutowym opóźnieniem. Na stacji zauważyłem jeszcze lokomotywę firmy Specjalistyczny Transport Kolejowy, odciągającą niewykolejone wagony od lokomotywy.
Jak zwykle jechałem pierwszą klasą, w której nie było zbyt wielu osób, więc bez przeszkód zasnąłem, zanim pociąg minął Łódź. Obudził mnie dopiero budzik i przenikliwy ziąb. Okazało się, że gdzieś po drodze pociąg zniwelował opóźnienie i teraz toczyliśmy się zgodnie z planem. Przed samą Iławą spadł krótki deszczyk, ale dzień zapowiadał się pogodny.
A oto Iława o czwartej rano.


Dworzec Iława Główna. Elewacja peronowa.

Mój pociąg tuż przed odjazdem.

Dworzec w Iławie od frontu.

Hol dworca. Zdjęcie rozmyte wskutek fatalnych warunków oświetleniowych. Witraże w oknach i drewniane belki stropowe sprawiają niesamowite wrażenie.

Pociąg do Malborka.

Wkrótce po moim przyjeździe podstawiony został kibel do Malborka. Okazał się zaskakująco czysty, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Wsiadłem do środkowego przedziału ostatniego wagonu. Wraz ze mną siedziało kilku pasażerów, którzy – jak się okazało – byli kolejarzami dojeżdżającymi do pracy do Tczewa. Chyba się umówili, że będą się spotykać w tym przedziale, gdyż na wielu stacjach pośrednich dosiadali się nowi, zawsze należący do tego samego towarzystwa.
Za oknem Pojezierze Iławskie, płynnie przechodzące we Wschodniopomorskie. Charakterystyczny falisty krajobraz polodowcowy z nieckami wypełnionymi poranną mgłą i od czasu do czasu jakimś jeziorem, a wszystko to oświetlone różowym światłem wschodzącego słońca. Pięknie.
W końcu, minąłwszy Prabuty, kibel doturlał się do Malborka.


Nasz kibelek w Malborku.

Malborski dworzec od frontu.

Przystanki auto i innych busów przed dworcem.

Jak już znalazłem się w Malborku i miałem godzinę wolnego, nie mogłem nie obejrzeć zamku krzyżackiego, chociaż była szósta rano i mało prawdopodobne było, abym mógł wejść do środka.
Zawsze lubiłem chodzić po miastach wielkości Malborka o szóstej rano w sobotę. Ulice są puste, nikogo nie ma, całe miasto jak wymarte. Nawet menele poukrywali się w głębi swoich kartonów w obawie przed przenikliwym zimnem nocy. Wystarczy trochę popracować wyobraźnią, aby poczuć, że – jak w filmie „Jestem legendą” – jest się jedynym człowiekiem na świecie 🙂


Malborski deptak.

McGlobal i zamek krzyżacki. Niezwykła para 😉

Zatoczka dla autokarów turystycznych. Samo istnienie czegoś takiego dowodzi potężnej ilości turystów odwiedzających Malbork.

Malborski zamek. Robi wrażenie.

Wieżyczka na murach od strony Nogatu.

Chodnik nad Nogatem u stóp zamkowych murów. O tej porze można tu spotkać tylko wędkarzy. W oddali drewniany most dla pieszych, jeszcze dalej most kolejowy.

Drewniany most przez zamkową fosę. Chyba jedyne obecnie wejście do zamku.

Ostatni rzut oka.

Czas wracać na stację i jechać dalej, do Grudziądza. Na tej trasie pociągi obsługuje spólka Arriva PCC (czyta się Ariwa Pecece, a nie Ariwa Pisisi, jak nagminnie robią to megafonistki w Bydgoszczy i Toruniu). Miałem więc nadzieję spotkać specyficzny tabor tej spółki – tzw. „duńczyki”, czyli sprowadzone z Danii (choć wyprodukowane w Niemczech) spalinowe zespoły trakcyjne serii MR/MRD. I się nie zawiodłem.


Moje pierwsze spotkanie z MR/MRD.

Ogólny rzut oka na stację w Malborku.

Duńczyk przy peronie stacji Malbork. Ma zaskakująco głośny dźwięk silnika, bodaj czy nie głośniejszy od rodzimych lokomotyw. Czyżby cudzoziemcy nie myli uszu? 😉

Duńczyk wewśrodku. Całkiem wygodne te niebieskie siedzenia. Szkoda tylko, że nie ma klimy, a te okna nie otrwierają się szerzej… Choć Bogiem a prawdą, też potrafią niewąski wiaterek wygenerować 😉

Na stacji w Ryjewie mieliśmy mijankę z „wakacyjnym pociągiem nad morze” zestawionym z dwóch „duńczyków”. W środku pełno było rozbawionej grudziądzkiej i toruńskiej dzieciarni. Skomunikowany z żuławską wąskotorówką pociąg okazał się więc być strzałem w dziesiątkę. Każdego miłośnika kolei cieszą podobne akcje przybliżające dzieciarni kolej – budzą bowiem nadzieję na powiększenie w przyszłości grona miłośników kolei 😉
Jednotorowa linia kolejowa o południkowym przebiegu Malbork – Toruń przez Grudziądz ma typowy klimat lokalnej linii niezelektryfikowanej. Za oknami podziwiać możemy wznoszące się i opadające druty telefonu kolejowego. Tor wije się malowniczo pomiędzy wzgórzami, od czasu do czasu wpadając na niewielkie stacje. Z większych stacji należy wymienić Kwidzyn, Grudziądz i Chełmżę. Wszystkie niezelektryfikowane. Swoistą ciekawostką jest Grudziądz, gdzie przed niezelektryfikowaną stacją kolejową jeżdżą sobie jak najbardziej zelektryfikowane tramwaje. Oprócz Grudziądza sytuacja taka występuje jeszcze w Gorzowie Wielkopolskim, ale w Grudziądzu jest o tyle ciekawsza, że tramwaje są tu wąskotorowe (1000 mm), a w Gorzowie normalnotorowe (1435 mm).
W końcu pociąg osiągnął Grudziądz. Pora wysiadać.


Duńczyk przy niskim peronie grudziądzkiej stacji.

Wnętrze grudziądzkiego dworca.

Dworzec w Grudziądzu, elewacja frontowa. Niezwykłe wrażenie (choć są to wzruszenia czysto miłośniczo-kolejowe) robi peerelowski budynek i tory tramwajowe przednim w połączeniu z faktem niezelektryfikowania torów kolejowych.

Zajezdnia tramwajowa przed dworcem.

Ponieważ była sobota, tramwaje jeździły bardzo rzadko. W kierunku do centrum udałem się więc, mówiąc kolokwialnie, „z buta”.


Krótki odcinek torów, na którym tramwaje zawracają.

Tramwaj linii 1 dojeżdża do dworca.

Nowe mieszkania. Kupilibyście jedno? 😉

Grudziądzki deptak z tramwajem.

Helmut, czyli używany tramwaj z niemieckim rodowodem, prezentuje obowiązujące od niedawna w Grudziądzu malowanie firmowe przewoźnika.

Grudziądzka sieć tramwajowa zasłużenie cieszy się renomą najbardziej klimatycznej w Polsce. Tu tramwaj przejeżdża przez fosę miejską. Widać zachowane mury obronne.

Przystanek tramwajowy na rynku w Grudziądzu.

Helmut na „dwójce” nadciąga wąskimi uliczkami grudziądzkiej starówki.

Helmut insajd.

Grudziądz to bardzo uprzejme miasto. Nawet kieszonkowcy tu ostrzegają 😉

Postanowiłem odjechać w dalszą drogę do Torunia nie z głównego dworca kolejowego, ale z małego przystanku Grudziądz Przedmieście. W tym celu podjechałem kawałek tramwajem z rynku w kierunku Rządza, po czym wysiadłem kilka przystanków za skrętem na most i wszedłem między kamienice.
Przystanek Grudziądz Przedmieście jest jednym z najbardziej zrośniętych z tkanką miasta, jakie widziałem. Ponieważ wrażenie jest czysto subiektywne, trudno powiedzieć, co dokładnie za nie odpowiada.


Należący do Arrivy SA134 wraz z wynajętym przez Urząd Marszałkowski SA106 podjeżdża na przystanek.

SA134 insajd. Pojazd był klimatyzowany, a nawiew pracował pełną parą, co ogólnie rzecz biorąc jest zaletą, ale nie wtedy, kiedy słońce schowa się za chmury. Po kilku minutach miałem ostry atak kichania.

Toruń Główny. Z lewej mój pociąg, z prawej pociąg w przeciwną stronę.

Kiedy przyjeżdżałem do Torunia, nie znałem jeszcze podstawowej zasady przyjeżdżania do Torunia. A zasada ta brzmi: W MIARĘ MOŻLIWOŚCI NIE WYSIADAJ NA GŁÓWNYM.
Dalczego? Ano dlatego, bo dworzec Toruń Główny – w przeciwieństwie do Torunia Wschodniego i Torunia Miasto – położony jest na drugim brzegu Wisły. Aby dostać się do miasta, trzeba albo przejść przez most (bardzo długi), albo przejechać autobusem.
Wybrałem autobus (linii 27), bo w końcu przyjechałem tu zwiedzać komunikację miejską. Wprawdzie autobus to tylko autobus, ale nie co dzień przejeżdża się nim przez most na Wiśle w Toruniu 😉


Autobus insajd.

I na zewnątrz.

Toruń widoczny mniej więcej ze środka mostu. W oddali most kolejowy.

Pora na tramwaje. Oto 805Na. Ciekawe, dokąd tym dojadę?

Tu wysiadłem, bo przystanek ma śmieszne wejścia do przejścia podziemnego. Na zdjęciu torunianie oczekujący na tramwaj, widoczne łączenie torów, jakiego próżno szukać we Wrocławiu (wszystko jest spawane).

Wózek tramwaju 805Na. Różni się on od wózka tramwaju 105Na, jakich pełno jeździ m. in. po Wrocławiu, wyłącznie rozstawem kół, ale onże rozstaw wystarczy, aby rama z wewnętrznej stała się zewnętrzna. W rezultacie podziwiać można ramę, która we Wrocławiu schowana jest za kołami.

Nadciągająca osiemsetpiątka i wzmiankowane wejście do tunelu.

Kiedy uznałem, że tramwajami się już najeździłem, uznałem, że pora poszwędać się po starówce. Żeby nie było, że w Toruniu byłem, ale tak, jakby mnie nie było…


Stojący na rynku „zabytkowy” tramwaj, przebudowany z tramwaju Konstal N, produkowanego w latach 40., 50. i 60.

Równie zabytkowy klimatyzator ;]

Brama Mostowa. Zaznaczone są na niej poziony wody notowane podczas różnych powodzi.

Kościół św. Jakuba.

Kościół Trójcy Św., wzniesiony na fundamentach dawnego Ratusza Nowomiejskiego.

Dworzec Toruń Miasto. Kolejowy i autobusowy – dwa w jednym.

Peron, krótki semafor i jedyne wyjście do miasta.

Wkrótce podjechał szynobus SA106-006 do Sierpca, do którego wsiadłem.
Linia do Sierpca… hmmm… w zasadzie niczym szczególnym się nie wyróżnia. Ot, kolejna linia przez równiny pośród pól. Tyle że niezelektryfikowana. Zabite deskami budynki dworców kolejowych świadczą zaś dobitnie, że był czas, kiedy linię tę można było przemierzyć tylko pociągiem towarowym.


SA106-006 na stacji docelowej Sierpc.


Niemcobus (używany wagon motorowy ściągnięty z Niemiec) VT627-104 gotowy do odjazdu w kierunku Nasielska.


Odjazd niemcobusa. Widoczny semafor pokazujący sygnał Sr3 „Wolna droga ze zmniejszoną szybkością” (do 40 km/h ze względu na przejazd przez zwrotnicę na zboczenie). Sierpeckie semafory znane są pośród fotografów kolejowych z tego, że każdy wskazuje inną stronę, a żaden nie trzyma pionu.

Zabity blachą międzywojenny budynek stacyjny. Był taki czas, kiedy do Sierpca nie dojeżdżały żadne pociągi – tylko autobusowa komunikacja zastępcza (która zazwyczaj jest ostatnimi, przedśmiertnymi drgawkami danego połączenia kolejowego) od strony Nasielska. Obecnie dojechać można stąd do Torunia (Arrivą), Kutna via Płock i Nasielska (Kolejami Mazowieckimi). Stacja znowu stała się węzłem, ale zdekapitalizowane zaplecze pasażerskie wciąż nie robi najlepszego wrażenia.

Dwuczłonowy niemcobus VT628-002 do Płocka. Zaraz będę w środku.

Niemcobus insajd. Fotele zamontowały Koleje Mazowieckie, reszta wyposażenia jest oryginalna.

No i ruszyliśmy do Kutna.
Niemcobusy Kolei Mazowieckich są równie głośne jak „duńczyki”. Widać też, że nie są to pojazdy pierwszej młodości, chociażby po okleinie na ścianach czy półkach na bagaż. Mają koło okien uchwyty na firanki, ale samych firanek (w przeciwieństwie do „duńczyków”) ani widu, ani słychu. Bardzo uprzejmy kierownik pociągu wystawił mi bilet i mogłem się zająć kontemplacją widoków za oknem. A te były ciekawe, ponieważ miałem ze sobą czasopismo „Świat Kolei”, a w nim – obszerny artykuł o moście w Płocku. Mogłem więc na bieżąco konfrontować prasę z rzeczywistością.
Linia została zelektryfikowana w latach 80. na odcinku Kutno – Płock Trzepowo (stacja towarowa przy Petrochemii), zostawiono na niej jednak stare semafory ramienne (m. in. na stacji w Płocku).


Niezbyt imponujący dworzec w Płocku.

Most kolejowo-drogowy przez Wisłę w Płocku. Można się poczuć, jakby się jechało tramwajem.

Nasz niemcobus w Kutnie. Za Płockiem się przejaśniło. Jak tylko przyjechaliśmy do Kutna, zaczął padać deszcz, ale słońce się nie schowało za chmury. Dawało to dość niezwykłe wrażenie.

Deszczowo-słoneczne zdjęcie pociągu w kierunku Poznania.

Interregio (czyli pośpieszny PKP PR). Kiedy pośpiechy należały do PKP PR, PKP IC wymyśliło własną wersję pośpiesznego i nazwało go „Tanie Linie Kolejowe”. Teraz, gdy pośpiechy przeszły do PKP IC, PKP PR wymyśliło własną wersję pośpiecha i nazwało go „InterREGIO”. Tak czy siak, jest bajzel 😉

Sześciokomorowy semafor. Obecnie do wyświetlania wszystkich sygnałów, jakie występują na PKP, w zupełności wystarczą semafory pięciokomorowe (w latach 50. obowiązywały inne przepisy sygnalizacji kolejowej, więcej napisał o tym Covalus.). Ten (i kilka innych) jednak zostawiono w drodze wyjątku, choć wyswietlase na nim sygnały są już jak najbardziej współczesne.

Uczyli mnie tego na PO… i myślałem, że nigdy się z tym nie spotkam, aż do czasu, kiedy zobaczyłem to wiszące sobie na stacji w Kutnie. Ciekawe po co? Czyżby bliskość Petrochemii?

Kutnowski dworzec.

No i nadciąga. Mój pociąg do Krynicy z wagonami do Zagórza. Ja jadę do Zagórza.

Jak tylko ułożyłem się w przedziale, od razu browarek i lulu. Wprawdzie planowałem jeszcze zobaczyć linię Kutno-Łódź, jednak senność zmusiła mnie do weryfikacji planów. Obudziłem się dopiero za Stróżami, gdzie odczepiono wagony do Zagórza od pociągu do Krynicy. Co ciekawe, chociaż do Jasła jest sieć trakcyjna, wagony ciągnęła na całej trasie Stróże – Zagórz spalinówka.
Linia biegnie w pagórkowatym, ale dość banalnym krajobrazie – do Bieszczadów właściwych stąd jeszcze daleko, jeśli idzie o spektakularne widoki, to odcinek Stróże – Nowy Sącz linii Tarnów – Muszyna, a nawet przejazd przez Wałbrzych bije Podkarpacie na głowę. Szybkość nie powala – jak pociąg osiąga 70 km/h, to już jest dużo. W połączeniu z okrojonymi do minimum połączeniami kolejowymi oznacza to oddanie przez PKP regionu walkowerem w ręce pekaesów, które jeżdżą tu pełne jak nigdzie indziej.


Jasło i dwoje sympatycznych SOK-istów na peronie.

Krosno.

Krosno Miasto, dworzec z międzywojnia.

Nasza lokomotywa (SP32 prod. rumuńskiej, tzw. Zemsta Ceauşescu, nazwana tak ze względu na wysoką awaryjność) i zarośnięte linie kolejowe Podkarpacia.

Słynna niedokończona kładka w Sanoku obecnie jest już dokończona i w pełni użyteczna. Z krajobrazów Polski zniknął jeden z absurdów.

Stacja Zagórz. Widoczny typowy dla podkarpackich stacji układ peronów – jeden peron i wsiadanie do pociągów z międzytorza.

Stacja Zagórz i pomnik upamiętniający wizytę ś.p. Papieża Jana Pawła II w Bieszczadach. Sam Zagórz jest raczej nieciekawy – dworzec, przystanek PKS i niewiele więcej.

Stare i nowe – pomnik TKt48 i SP32, tutaj w pierwszej wersji sprzed modernizacji i wymiany silnika oraz reflektorów.

Zagórska lokomotywownia, stary wagon, rumuńska ST43 i polska SM42.

Pług śnieżny. Podobny, stojący we Wrocławiu, nie ma za wiele roboty, zapewne w przeciwieństwie do swego zagórskiego odpowiednika.

Autobus za pociąg do Sanoka przed zagórskim dworcem.

Prawdopodobnie pociąg, który przez tenże autobus został zastąpiony. Szczegółów nie znam.

Pociąg pośpieszny do Katowic. Oględnie mówiąc niezbyt imponujący, aczkolwiek jego długość jest wiernym odzwierciedleniem frekwencji pasażerów na szlaku – pekaesem do Rzeszowa szybciej, bo nie trzeba zahaczać o Jasło, a do Katowic szybciej, bo nie trzeba zahaczać o Rzeszów.

Jasło, z lewej nasz pociąg, z prawej identycznej relacji, przeciwnego kierunku. Jeśli przyjrzeć się uważnie zielonemu wagonowi pociągu po prawej (oznakowanego jako wagon klasy 2), dostrzeżemy w oknie drzwi karteczkę z napisem „Wagon klasy 1”. Wyjaśnienie tego fenomenu jest proste – swego czasu sporą ilość wagonów klasy 1 przemalowano na klasę 2, a teraz zdarza się (z racji problemów taborowych PKP Intercity wywołanych przez problemy z przetargiem na naprawy rewizyjne wagonów), że „jedynek” brakuje i trzeba się ratować anulowaniem deklasowania.

Pasażer z zachodniej Polski, który gapi się przez okno na podkarpacki krajobraz, po pewnym czasie zaczyna odnosić niejasne wrażenie, że coś jest z tym krajobrazem nie tak. Rozwiązanie zagadki przychodzi jako olśnienie – pola są zdecydowanie za małe. Pod Wrocławiem potrafią mieć po kilka kilometrów od miedzy do miedzy, a na Podkarpaciu… zresztą widać to na zdjęciu.

Nasz pociąg osiągnął Rzeszów.

W Rzeszowie miałem spędzić kilka godzin, postanowiłem więc zwiedzić miasto. Byłem w nim wcześniej raz – przejazdem, późno w nocy i śpiąc, więc się nie liczy.
Na przyjezdnym miasto robi bardzo dobre wrażenie – jest czyste i zadbane, a starówka w znacznej części odnowiona. W zasadzie jedyne, do czego bym się przyczepił, to pokaźny ruch tranzytowy w centrum miasta, ale to problem wspólny dla większości miast Polski, więc niniejszym zaprzestaję czepiania się. Swego rodzaju ciekawostką jest bardzo duża ilość kebabów w mieście (w jedym z nich zjadłem obiad) – być może jest to spowodowane faktem, że Rzeszów jest pierwszym dużym miastem, jakie spotyka się jadąc z granicy polsko-ukraińskiej na zachód, a zatem pierwszym, jakie spotykają w Polsce na swej drodze przybysze z Turcji. Turcy przeważnie jadą do Niemiec, ale być może Rzeszów im się podoba tak bardzo, że postanawiają tu zostać 😉


Dworzec w Rzeszowie.

Deptak biegnący od dworca do innego deptaku, który z kolei biegnie do Rynku w jedną stronę, a Pomnika w drugą.

Rynek z ogródkami piwnymi i studnią.

Kościuszko.

Trasa turystyczna w piwnicach. Ciekawy pomysł – możnaby coś takiego zrobić we Wrocławiu, gdzie pod Rynkiem znajduje się tunel z Piwnicy Świdnickiej do kamienicy naprzeciwko. Przed wiekami prowadził on z browaru do knajpy.

Rzeszowski ratusz.

Kościół farny, remontowana dzwonnica i postój taksówek.

Kościół Świętego Krzyża i muzeum.

Siedziba mojego banku (spółka nomenklaturowa – gwarancja 100% polskiego kapitału 😉 ) w Rzeszowie.

Najsłynniejszy pomnik w Rzeszowie. Jest o nim wierszyk anonimowego autorstwa:

W Polsce południowej, po jej wschodniej stronie,
Tam gdzie Wisłok toczy swe brunatne tonie
Niezbyt czyste, a w bukiet zapachów bogate,
Miasto stoi – sześćsetletnią mające już datę.

Łatwo je poznasz, bowiem w samym środku grodu,
Tam gdzie krzyżują się drogi z północy i wschodu,
A po ich czarnych wstęgach przez dzień cały wali
Ryczący potok smrodu, benzyny i stali,

Pomnik stoi… z kształtu wielce osobliwy,
Lecz mieszkańców miasta chór głosów zgodliwy
Orzekł, że ten kształt obły, co się w górę wspina,
Na metrów dwadzieścia, w środku jest szczelina,

To nie kicz żaden, ani żadna lipa,
Lecz największa na świecie – betonowa C**A!!!


Solaris i pomnik.

Oprócz głównego dworca autobusowego, położonego koło dworca kolejowego, Rzeszów ma także dworzec autobusowy po0d wiaduktem i dworzec busów pod pomnikiem. Po co takie rozdrobnienie? Nie mam pojęcia.

Stacja Rzeszów Staroniwa, na której wszystkie zwrotnice obsługiwane są ręcznie.

Dworzec od strony… khm… peronów (sytuacja pod tym względem wugląda podobnie do Zagórza).

Lokomotywa TEM2 produkcji radzieckiej czeka na zatrudnienie.

Cysterny z paliwem na stacji i kończąca się jak nożem uciął sieć trakcyjna.

Urząd Wojewódzki. Wrocław ma hitlerowski, Rzeszów ma stalinowski.

Dworzec autobusowy. Ten najważniejszy.

Okólna linia autobusowa, a na niej nowy Jelcz na gaz. Podczas gdy we Wrocławiu „zerówka” (która u nas jest tramwajem) przez pół kółka jedzie na Dworzec Główny, a przez drugie pół na Dworzec Nadodrze, tutaj przez całe kółko jedzie na Koło. Owszem, jest w Rzeszowie ulica zwana Kołem, ale ten autobus nawet się do niej nie zbliża. Wiem, bo nim jechałem.

Nowy Jelcz na gaz w środku.

Hol dworca w Rzeszowie. Czas wracać do Wrocławia.

Wagon grzejka na rzeszowskiej stacji.

A oto „Przemyślanin”. Dobranoc! Dobchrrr… 😉

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Kółeczko 03-05.07.2009”

  1. Staszek27 Says:

    Więcej zdjęć wagonów towarowych!!! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: