Kółeczko 04-06.07.2008

Ostrzeżenie dla osób wrażliwych na piękno fotografii: niektóre zdjęcia to totalne knoty.


„Jeździć, aż odpadną koła”…

Moje pierwsze wakacyjne kółeczko (wycieczkę kolejową) tego roku planowałem już od dawna. Dość długi czas układałem plany wyjazdu przy pomocy elektronicznego rozkładu jazdy pociągów, a gdy uznałem je za wystarczająco skrystalizowane, oczekiwałem na przypływ gotówki. Tenże nastąpił pierwszego lipca. Postanowiłem nie czekać długo i wyruszyć na wyjazd w najbliższy weekend.
W piątek wieczorem po powrocie z roboty wziąłem prysznic i plecak, po czym udałem się na dworzec, kupiłem bilet turystyczny I klasy za 80 zł i poszedłem na peron, aby tam oczekiwać podstawienia mojego pociągu do Gdyni, w międzyczasie zaopatrując się w coś do poczytania („Murator”, oprócz posiadanych już „Kolei Małych i Dużych” z najnowszymi i zmodernizowanymi pojazdami elektrycznymi PKP, z których dwoma miałem w czasie tej wycieczki jechać).


Bar McDonald’sa na wrocławskim dworcu. Odwiedziłem go, ponieważ ssące uczucie w okolicach żołądka przypomniało mi, że nie jadłem kolacji.


Nowe oznaczenia polskich wagonów, zgodne z nowymi normami UIC.


PKP Wrocław Główny, peron najprawdopodobniej 4. Ktoś miał niezłą fazę 🙂

Wkrótce na torze 7 zameldował się mój pociąg „Rozewie” do Helu, prowadzony „bykiem” (lokomotywą serii ET22) o numerze inwentarzowym 365. Zapoznawszy się uprzednio z zestawieniem pociągu, wiedziałem, że wagony I klasy znajdą się na wysokości drugiego przejścia podziemnego, więc ustawiłem się tam i byłem pierwszym pasażerem w przedziale, co okazało się nader korzystne, bo pociąg był napchany. Tradycyjnie pomogłem sobie chemicznie w zaśnięciu dwoma „Żubrami” (dla mnie dawka najzupełniej wystarczająca), po czym uderzyłem w kimono, uprzednio nastawiwszy sobie budzik w komórce na godzinę planowanego przyjazdu pociągu do Tczewa, którą miałem ze sobą na wydrukowanym planie podróży.

Żegnaj nam, dostojny, stary Wrocku,
Rzeko Odro, żegnaj nam,
Załapałem się na „Rozewie” do Tczewa,
Byłem tam już niejeden raz.

Żegnaj więc, zapadła dziuro ma,
Już za chwilę ruszam na żelazny szlak,
Ile godzin cię nie będę widział, nie wiem sam,
Lecz pamiętać będę Cię i tak.

Pociąg opóźnił się 15 minut (jak się okazało, oczekując w Poznaniu na pociąg z Berlina, z którego mieliśmy zabrać wagon do Kaliningradu), miałem więc dość czasu, aby zebrać wszystkie swoje manele, pożegnać się ze współpasażerami i wyskoczyć na wysoki peron tczewskiej stacji.


Tczew o poranku. Lokomotywa mojego pociągu.


Perony w Tczewie i jedyna w swoim rodzaju kładka. Z lewej mój pociąg.


Kładka i „bipa” (piętrus) skośnodachowa, a zatem bardziej ceniona przez miłośników kolei, która właśnie przyjechała z Chojnic.


Gdzie poza Tczewem można zrobić zdjęcie WEWNĄTRZ kładki? 😀


Chojnicka bipa widziana z kładki.


Wagon z Berlina do Kaliningradu. Przyjechał, razem ze mną, „Rozewiem”, a odjedzie, także razem ze mną, „Kalinką”.


Stary szynobus SA102 odjeżdża do Chojnic.


SU45 „Fiat” 115 robiła w Tczewie za manewrówkę, choć zwykle zadanie to powierzane jest „stonce”. Fiacior ów należy do PKP Przewozy Regionalne, a nie do PKP Cargo, więc wychodzi PR-om taniej używać jego, niż wynajmować stonkę.

Wkrótce potem nadjechał mój pociąg – pośpieszny „Kalinka” Berlin – Kaliningrad.


Wskutek doczepienia części z Berlina pociąg powiększył się o połowę. Ostatecznie miał 3 wagony długości. Polski wagon kursuje tylko do Braniewa.


Widok na rosyjskie wagony. Żeby wejść do sypialnego z Berlina, doczepionego na końcu, trzeba było mieć ważny bilet na niego – był niedostępny w komunikacji krajowej. Ten drugi był wagonem pierwszej klasy bądź sliperetką – bezprzedziałowym, o układzie siedzeń 1+2, bardzo wygodnym.

Tym razem celem mojej podróży było Braniewo – miasteczko położone o rzut beretem (moherowym i niedociążonym) od granicy z Obwodem Kaliningradzkim. Trasa wiodła przez Malbork i Elbląg.


Most w Tczewie z całą grozą swojej historii. Wygląda, jakby był połatany z kawałków różnych mostów, które przypadkowo trafiły w jedno miejsce. Nie jest łatwo zrobić mu zdjęcie, ponieważ most kolejowy jest mostem kratownicowym z jazdą dołem – na drugiej fotce w kadr wchrzanił się krzyżulec 🙂


Zamek w Malborku. Właśnie tak go widać z pociągu – kapitalnie. Zastanawiam się, czy Niemcy, którzy budowali tę linię, nie chcieli czasem osiągnąć efektu propagandowego, prowadząc linię kolejową tuż koło zamku. Mówili: „Patrzcie! Myśmy to zbudowali!” (A Polacy: „A myśmy zdobyli! No, właściwie to wykupili za zaległy żołd od czeskiej załogi, ale liczy się rezultat…”) 🙂


Stacja Malbork, zmiana lokomotywy na spalinówkę. Dalej pociągnie nas fiat 191.

Wkrótce po wyjeździe z Malborka moją uwagę zwrócił miłośnik kolei fotografujący mój pociąg. Zastanawiałem się, czy jego zdjęcie nie ukaże się wkrótce na TWB. I oto jest 🙂


Stacja Młynary, za szybą widoczne potężne hałdy węgla. Kręgi w butelce są rezultatem drgań przenoszonych przez konstrukcję wagonu od spalinówki. Przypomniał mi się „Jurassic Park” – sądząc z intensywności falowania wody, fiacior ma zdolność wprawiania w drgania taką samą, jak 3 średniej wielkości tyranozaury 🙂

I oto jesteśmy w Braniewie.


Stacja w Braniewie, szynobus z Olsztyna. Stacja najwyraźniej została niedawno wyremontowana, choć poza „Kalinką” dojeżdżają tu tylko 4 pary szynobusów z Olsztyna. Braniewo obsługuje więc imponujące 10 pociągów pasażerskich dziennie. Czy remont miał sens? Każdy remont ma sens. Pytanie raczej powinno brzmieć, czy nie było bardziej potrzebnych inwestycji.


Urząd Celny w Braniewie. Co ciekawe, budynek mieści również wyjście z przejścia podziemnego.


Braniewski dworzec. Imponujący. Zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę skalę miejscowości.


Hol dworca.

W tym mieście mieszkał mój ojciec przez pierwsze lata swojego życia. Czułem się więc zobowiązany rozejrzeć się trochę po mieście. Niestety, komunikacja łącząca Braniewo z Elblągiem realizuje motyw vanitas (1 para pociągów pośpiesznych, kilka autobusów, z czego większość w dni robocze), toteż miałem na zwiedzanie miasteczka 20 minut. Wtedy bowiem odjeżdżał autobus, a następny był (w soboty) dopiero za kilka godzin, a ja chciałem jeszcze zwiedzić Elbląg.


Tablice informacyjne przy dworcu. Całkiem niezły pomysł.


Ulica wiodąca do miasta. Typowa małomiasteczkowa zabudowa, znana mi również z Ostrzeszowa.


Ratusz w Braniewie. Budynek sążnisty, choć miasteczko niewielkie.


Cmentarz, na którym leżą moi pradziadkowie.


Główna ulica Braniewa.

Wkrótce z niewielkiego braniewskiego dworca autobusowego, położonego w bezpośrednim sąsiedztwie stacji kolejowej, zabrałem się autobusem PKS Elbląg do Elbląga.


Zdjęcie zrobione przez okno autobusu. Tzw. płyta węgierska (prefabrykowane płyty betonowe z rowkami na szyny o specjalnym, poziomym profilu), wersja wąskotorowa. Dotąd widziałem tylko wersję normalnotorową, więc trochę mnie to zaskoczyło, ale zaraz potem pomyślałem sobie: „Dlaczego nie?” 🙂


Dworzec autobusowy w Elblągu. Widać, że niedawno przeszedł remont.

Czas na Elbląg! A przede wszystkim elbląskie tramwaje 🙂


Oto używany tramwaj kupiony z Niemiec, tzw. helmut.


A oto znana mi już stopiątka. Choć to jest raczej osiemsetpiątka, bo w wersji wąskotorowej. Niełatwo się przestawić z normalnego toru na wąski 🙂


Kolejny helmut zbliża się do przystanku. Tym się zabiorę.

Zastanawiałem się kiedyś czemu elblążanie (a przynajmniej ich część) nie lubią helmutów. Przejażdżka tym „cudem techniki” pozwoliła mi z większym zrozumieniem spojrzeć na ich niechęć.
Przede wszystkim, taki helmut to właściwie stodwójka. Nieco porządniej wykonana i Made in Germany, ale jednak stodwójka. Zarówno pod względem wielkości, jak i konstrukcji nadwozia, także wieku, a nawet – o ile mogłem ocenić – napędu (rozruch rezystorowy, strasznie szarpie przy ruszaniu). Poza tym, ma zdecydowanie za mało drzwi (czasami cztery podwójne, ale czasami cztery pojedyncze), aby zapewnić szybką wymianę pasażerów w godzinach szczytu.


Przegub helmuta.


A po polsku brak 😛 (jest to informacja o tym, że pasażerowie nieposiadający biletu mają się zgłosić do kierującego pojazdem).

Obszedłem będącą w remoncie elbląską starówkę…


Deptak w centrum Elbląga. Co to za wieża – nie wiem, ale nieźle wygląda.


Nie dotyczy pojazdów zaopatrzenia. Mytych. Brudasy won 😛


Elbląska katedra.

…aby znowu wrócić do tramwajów 😛


Tramwaje przyszłosią komunikacji miejskiej. Fotkę dedykuję Arkowi z pl.regionalne.wrocław, który uważa, że należy je zlikwidować 🙂


Kilka fotek elbląskich tramwajów.

W tym miejscu pokusiłbym się o ogólną ocenę elbląskiego systemu komunikacji miejskiej. W Elblągu jest 5 linii tramwajowych (1-5) i 20 linii autobusowych (6-23, 30, 31 i nocna 100). System jest w miarę przejrzysty, duży plus należy się za wiszące w pojazdach schematy komunikacji miejskiej oraz za kampanię „Za gapowiczów płacimy my” (czy jakoś tak). Na uwagę zasługuje także ciekawy sposób poprowadzenia linii tramwajowych w taki sposób, że wszystkie przejeżdżają przez położoną w centrum miasta ul. 1 Maja, która dzięki temu staje się dogodnym punktem przesiadkowym. Na minus natomiast zapisać należy dużą liczbę niewyremontowanych torowisk (choć trzeba oddać sprawiedliwość, że dużo jest także tych wyremontowanych) oraz niedopasowaną sygnalizację świetlną (to chyba bolączka wszystkich polskich miast posiadających tramwaje).


Ciekawostka – elbląski elektryczny napęd zwrotnicowy. Wielgaśny jak nie wiem co.

Kupiłem dwa karnety wieloprzejazdowe i wpadłem w szał tramwajowy. Wsiadałem w każdy pojazd, jaki podjechał na przystanek, aby wreszcie obudzić się na jakiejś pętli, 20 minut do najbliższego tramwaju i 30 minut do odjazdu pociągu. Sprawy wcale nie poprawił przypadkowo napotkany autobus – ponieważ nie znałem miasta, wywiózł mnie na cmentarz na Dębicy. Na szczęście napatoczyła się taksówka 🙂


Dworzec PKP w Elblągu.

Wsiadłem w opóźniony o 10 minut pociąg pośpieszny z Suwałk do Szczecina, aby przedostać się z powrotem do Tczewa. Oznaczało to ponowne minięcie obu słynnych budowli, które już raz mijałem – malborskiego zamku i tczewskiego mostu.
Po co właściwie wracałem do Tczewa? Ano po to, żeby się przejechać najdłuższą niezelektryfikowaną linią kolejową w Polsce. Mowa o tzw. Ostbahnie.
Ostbahn (Wschodnia Królewska Linia Kolejowa) to dawna nazwa magistrali Berlin – Królewiec. To ona (a dokładniej odcinek Chojnice – Tczew) była tym „korytarzem”, który był jedną z bezpośrednich przyczyn wybuchu II wojny światowej. Ponieważ po wojnie linia przebiegała w poprzek potoków pasażerskich, a ponadto omijała kilka ważnych miast (Poznań, Bydgoszcz, Szczecin), prowadząc w dodatku „znikąd donikąd” (kto jeździ z Kostrzyna nad Odrą do Braniewa?), uległa w większości postępującej marginalizacji. Dziś, poza odcinkiem Tczew-Elbląg, jest już w zasadzie tylko wspomnieniem dawnej świetności.
I za to właśnie lubią tę linię miłośnicy kolei. Dlaczego? Ano dlatego, że kiedy stacje leżące na głównych liniach poddawane były modernizacjom, tutaj wszystko było po staremu. Wciąż królują tu semafory ramienne (dla niekumatych: jest to archetyp semafora, w przeciwieństwie do najczęściej spotykanych świetlnych), nastawnie wykonawcze i pędniowy napęd zwrotnic (dla niekumatych: jeśli widzisz czasami naprężone druty przebiegające nisko obok torów, są to pędnie – przekłada się nimi zwrotnice w taki sposób, że facet w nastawni przerzuca wajchę, tym samym ciągnie za drucik, a drucik biegnie z nastawni obok toru do zwrotnicy, gdzie ciągnie za iglicę). Ponadto można tu spotkać lokomotywy uważane przez wielu za najbardziej klimatyczne na polskiej kolei (a zarazem najbardziej paliwożerne) – ST44, czyli Gagariny. Ostbahn jest Królestwem Niezelektryfikowanych Rozkoszy, Spalinową Ekstazą, gdzie kolej wyzwala się z krępujących ją drutów i odkrywa nowe, niezelektryfikowane przestrzenie. Precz z drutami! Niech żyją spaliny!
Ale się rozmarzyłem… 🙂


Pociąg przyspieszony „Tur” z Gdyni do Chojnic. Czteroczłonowa bipa z bonanzą (wagonem bezprzedziałowym do linii lokalnych) – kwintesencja ostbahnowości. Za wyjątkiem elektrowozu…


Teraz to już stuprocentowa kwintesencja ostbahnowości 🙂


Mała panoramka wnętrza dolnego piętra Bipy. Uwieczniłem je, gdyż wróble ćwierkają o zbliżającej się nieuchronnie kasacji tych klimatycznych, ale przestarzałych wagonów.


– W jakim jesteś humorze?
– Jestem miłośnikiem kolei w bipie na Ostbahnie. Miłośnik kolei. W bipie. Na Ostbahnie. O co pytałeś? 🙂

Na stacji w Kwidzynie jest słynny satanistyczny słupek hektometrowy. Niestety nie mogłem zrobić mu zdjęcia, bo tylko śmignął za oknem 🙂


Typowa stacja na Ostbahnie – Czersk.

Na większości Ostbahnu prędkość maksymalna to 100 km/h (typowa zresztą dla niezelektryfikowanych linii głównych, takich jak te na Mazurach czy Lublin-Stalowa Wola – tylko na Węgliniec-Zgorzelec spalinowe pociągi wyciągają 120 km/h). Tory leżą tu na betonowych podkładach i choć czasami sprawiają wrażenie zajeżdżonych, to wciąż pozwalają na uzyskanie przyzwoitej prędkości. Poza tym, ponieważ pociąg którym jechałem jest przyspieszony, można patrzeć z okna Bipy na mijane w pędzie pomniejsze stacyjki i przystanki osobowe. Takie rzeczy tylko na Ostbahnie 🙂
Linia przeważnie dwutorowa, nieco przed Chojnicami przechodzi w jednotorową.
I oto są Chojnice. Miasto jest raczej niewielkie. Wiele osób kojarzy je z wakacyjnymi korkami przy wyjazdach nad morze. Ja kojarzę je głównie z dużą, pięcioperonową stacją węzłową na Ostbahnie 🙂
Dojeżdżając do peronów, mija się lokomotywownię, w której stacjonują dość liczne „gagariny”. Potem ląduje się na peronie dawnej stacji granicznej, która wyglądałaby (gdyby nie tabor) jak żywcem przeniesiona z lat 50.


Chojnice. Nietypowy żuraw wodny.


Chojnice, przejście podziemne. Świadectwo minionej świetności.


Chojnice. Kujawsko-pomorski szynobus SA106 z Bm-ką (niemieckim wagonem z lat 50.) jako pociąg Arrivy PCC do Bydgoszczy stoi sobie na stacji, oczekując godziny odjazdu.


Zbliżenie na wózek Bm-ki. Bardzo się różni od ukazanego na pierwszym zdjęciu wpisu wózka polskiego wagonu.


Tym z prawej przyjechałem, tym z lewej odjadę. Szynobus SA132 – 009.


Chojnicki zegar stacyjny. Kiedyś powszechnie spotykany, dziś rzadkość. Wciąż działa!


Chojnice, budynek stacyjny. Sfotografowany już z okna szynobusu.

Dalej pojechałem szynobusem. Wielu miłośników kolei nie lubi szynobusów. A właściwie, wyrażając się bardziej precyzyjnie, jest to klasyczne „love&hate” – kochają szynobusy za to, że pomagają zachować ruch na wielu liniach, które w przeciwnym wypadku zostałyby zawieszone, ale nienawidzą ich za wypieranie ukochanych i klimatycznych bip i bonanz. Ja swoją jazdę szynobusami po Ostbahnie wspominam jako bardzo wygodną jeśli chodzi o wytłumienie nierówności – poduszki gumowe robią swoje – ale za to raczej niewygodną, jeśli chodzi o ilość miejsca na nogi (jestem wysoki – 2,06 – a szynobusy są często obliczane „na wcisk”, bo urząd marszałkowski może się dzięki temu pochwalić, że kupił pojazd o większej liczbie miejsc siedzących), choć kończyny mi nie drętwiały. Wiedziałem też, że pojazd ma klimatyzację, jednak być może ze względu na późną porę (18.47) nie włączono jej.
Szynobusy mają też stosunkowo wysokie przyspieszenie i mocne hamulce. Najczęściej mają przekładnię hydromechaniczną (hydrauliczne sprzęgło, mechaniczna skrzynia biegów), pozwalającą na stosunkowo płynny rozruch. Interesującym gadżetem jest kibel próżniowy przypominający nieco ten w Ickach, wsysający nieczystości do dziury, przez którą przysiągłbyś, że nie przejdą 🙂
Ostbahn na odcinku Piła – Chojnice jest jednotorowy, ale prędkość wciąż jest przyzwoita (80-100 km/h). W Pile przeskoczyłem na drugą stronę peronu do identycznego szynobusa, tym razem jednak jadącego do Krzyża i posiadającego numer inwentarzowy 011. Za Piłą Ostbahn znów stał się dwutorowy.


Szynobus wewśrodku.


Szynobus na stacji w Krzyżu.

Krzyż jest klasycznym przykładem miasta wokół stacji (jak Jaworzyna Śląska). Wielka stacja, na której Ostbahn krzyżuje się z magistralą Szczecin – Poznań, ulokowana jest w małym (6 tys.) miasteczku Krzyż Wielkopolski. Nawet nazwa miejscowości pochodzi od faktu skrzyżowania w niej linii kolejowych.

Czekając na odjazd pociągu, obserwowałem manewry. Do pociągu „Hetman” dołączane są tutaj trzy pierwsze wagony i lokomotywa „Gorzowiaka” plus jeszcze jedna lokomotywa. Co ciekawe, lokomotywy te o własnych siłach nie przejeżdżają ani centymetra – manewruje nimi „stonka”. Było już ciemno, więc zdjęcia niestety są ziarniste.


Dworcowe koty w Krzyżu.


Pociąg pośpieszny „Ketman”, yyy, „Hetman” z trzema pierwszymi wagonami od „Gorzowiaka”. Na odcinku Krzyż – Gorzów Wielkopolski ciągną go dwie lokomotywy.

Obserwując ciekawe krajobrazy wokół tej części Ostbahnu, doczekałem się całkowitego ściemnienia. Zdążyłem się nawet trochę zdrzemnąć. W końcu pociąg dotarł do Gorzowa Wielkopolskiego, największego (oprócz niewiele większego Elbląga) miasta na Ostbahnie. Gorzów, podobnie jak Elbląg, posiada tramwaje, jednak nie wąskotorowe, a normalnotorowe.


Peron w Gorzowie przez okno szynobusu. Widoczne odbicie szynobusowego przegubu. Trzy nazwy miejscowości na jednym zdjęciu 🙂

Ostatnią część Ostbahnu przejechałem po ciemku szynobusem serii SA133, w zasadzie identycznym (poza typem silnika) z SA132. Ten konkretny miał numer inwentarzowy 006.


Szynobus już w Kostrzynie.

Kostrzyn jest stacją dwupoziomową leżącą na skrzyżowaniu Ostbahnu i Nadodrzanki (Szczecin – Zielona Góra – Wrocław). Na dole są perony nr 3 (wysoki) i 4 (wąski i niski), a na górze 1, 2 i 5, z którego odjeżdżają pociągi do Berlina i na który prowadzi osobna kładka z budką dla Straży Granicznej, obecnie nieobsadzoną. Przejście podziemne prowadzące z poziomu górnego ma podłogę nieco wyżej od peronów poziomu dolnego. Budynek stacyjny jest – co ciekawe – jeden dla obu pięter, ale z górnych peronów można wejść do niego tylko przez tunel.


Stacja w Kostrzynie, poziom dolny. Ci z rowerami czekali na ten sam pociąg co ja.

Pociąg, do którego wsiadłem, jechał ze Świnoujścia do Szklarskiej Poręby, Katowic i Bielska Białej. Spodziewałem się więc potężnego tłoku, ale okazało się, że jest prawie pusty. Bez trudu znalazłem niezajęty przedział I klasy, „wziąłem na sen” i poszedłem spać.
Obudził mnie długi postój w Kędzierzynie-Koźlu. Na tej stacji odczepiono część katowicką (wagony do Szklarskiej Poręby odczepiono w Zielonej Górze), po czym do ostatnich 3 wagonów podjechała lokomotywa i pociągnęła je do Bielska-Białej.
Za Kędzierzynem pociąg osiąga przyzwoite 120 km/h, ale niestety wkrótce zwalnia i przez większość drogi wlecze się 40 km/h, tylko z rzadka przyspieszając do 60 km/h. Widać jednak, że trwa właśnie remont trasy, więc być może się to zmieni.


Kawałek wyremontowanego toru. Widać świeży tłuczeń.


Rybnik. Typowe górnośląskie bloki.


Górnośląskie krajobrazy. Wbrew obiegowej opinii, GOP jest bardzo silnie zalesionym regionem, a powietrze jest tam naprawdę czyste. Większość najbardziej trucicielskich fabryk została zamknięta, a te, które pozostały, muszą spełniać surowe normy rodem z Brukseli.

I oto jestem na stacji Bielsko-Biała Główna.


Pociąg, którym przyjechałem.


Pociąg InterCity „Kaczyński”, yyy, „Baczyński” do Warszawy (a gdzieżby indziej?).


Hol dworca. Widać, że niedawno remontowany.


Ogólny widok stacji. Widać wagony Bdhpumn – drugą generację piętrusów na PKP – znacznie różniące się konstrukcyjnie od bip.

Pokręciłem się trochę po stacji robiąc zdjęcia, aby wkrótce zameldować se w kiblu do Wadowic.


Kibel do Wadowic. Pociągi typu EN57 często zwane są przez miłośników kolei kiblami. Nie znam źródła tego przezwiska, ale bardzo ono do nich pasuje.


Wnętrze typu fulllastik. Swego czasu na grupie dyskusyjnej pl.misc.kolej ukazał się o nim tekst piosenki:
„Hi Barbie
Hi Ken!
Do you wanna go for a ride?
Sure Ken!
Jump In…
I’m a barbie girl, in the barbie world
In fullplastic, it’s fantastic! 😉
(…) „


Na szczęście byłem uzbrojony w bilet I klasy, więc nie musiałem się zapoznawać z wątpliwymi urokami jazdy na plastikowym siedzeniu – ten konkretny kibel, w przeciwieństwie do większości, wyposażony był w I klasę 🙂

Ruszamy.
„Klasyczne i dla każdego MK miłe dla ucha: wrrrrrrrrrrrrr,
pssssssssssttttttt, młeeeeeeee, młeeeee, młeee, młe, młe, młe, młe….. :-)”
Kibel „huczy, buja, łomoce, chrzęści, dzwoni, trzęsie się” pośród pięknych krajobrazów Beskidów, gór bez kitu. Prędkości nie powalają – 40, 60, 80.


Wiem, że przystanek jest zarośnięty, ale żeby aż tak to podkreślać? 🙂

W końcu pociąg dotarł do JP2 City.
W Wadowicach nad stacyjnymi trawnikami wciąż unosi się woń zielonej farby. Stacja wygląda tak, jakby wciąż trwał na niej remont, albo jakby ktoś ów remont zaczął, ale nigdy nie dokończył. Nowiutkie przejście podziemne (które według mnie przy panującym na tej stacji ruchu jest całkowicie zbędne) wciąż jest zabite deskami. Semafory są wymieniane na prawie identyczne, tylko nowe. A tymczasem poza „Papieskim” jeździ tam 1 para pociągów z Krakowa, 7 par pociągów z Bielska-Białej i 1 para pociągów pośpiesznych Świnoujście – Zakopane.


Pociąg odpoczywa przy niskim peronie drugim. Peron pierwszy, widoczny po lewej, jest wysoki.


Zamknięte (jeszcze?) przejście podziemne.


Wyremontowany budynek stacyjny.


Ogólny widok na perony.

Co do samych Wadowic: jeśli masz odrobinę szacunku dla zmarłego Papieża, NE JEŹDZIJ TAM. Teraz w miasteczku robią kasę na symbolach związanych z Janem Pawłem II, że wspomnę tylko słynne kremówki.


Wadowicki rynek.


Mierni, bierni, ale wierni 😛


Godna uwagi inicjatywa wadowickiego samorządu.


Armia się reklamuje 😛


Jakie to szczęście, że we Wrocławiu jest tylko jeden liczący się klub sportowy – Śląsk…


Kolejna rzecz warta uwagi – sygnalizacja przy wyjeździe z remizy.


Stary i nowy semafor.

Gdy wróciłem na stację, zebrało się już na niej sporo ludzi. Wszyscy czekali na jeden pociąg – Papieski, zwany też „kremówką” lub „papakiblem”. Jest to jednostka 14We, zbudowana z wykorzystaniem podzespołów znanego nam już „kibla”. Drgania są w niej nieco lepiej wytłumione, ale wciąż szarpie przy ruszaniu i wciąż żre prąd jak kto durny. Za to przynajmniej ma klimę…

Kremówka przy peronie.


Kremówka w środku. Przyczepiłbym się jedynie do siedzeń – są trochę za małe jak na mój gust. Ekrany służą do wyświetlania filmów o Papieżu, a kiedy akurat żaden nie leci, bo przemówienia Papieża są bez wizji, włączany jest na nie widok z przedniej kamery.

Podróż Pociągiem Papieskim okazała się nadspodziewanie wygodna, zwłaszcza że klimatyzacja działała pełną parą, chłodząc moją rozgrzaną głowę. Pociąg dwukrotnie zmienia kierunek jazdy, w Kalwarii Zebrzydowskiej Lanckoronie i Krakowie Płaszowie, ale jazda tyłem nie jest bardzo dokuczliwa. Obserwacja ekraniku przy włączonej kamerze nie wywołuje choroby lokomocyjnej.
Trawniki stacji mijanych po drodze też noszą jeszcze ślady zielonej farby. Nowiutkie, ale nieużywane perony pomiędzy Wadowicami a Kalwarią Zebrzydowską Lanckoroną zarastają powoli trawą. Dalej jest lepiej, bo kursują tam regularne pociągi do Zakopanego, ale za to działają graficiarze. Kilka budynków stacyjnych w obrębie samego Krakowa już wygląda nie najlepiej.
Dojechawszy do Krakowa, postanowiłem coś zjeść, zrobiłem się bowiem głodny. Wiedziałem też, że w tym mieście pójście do McDonalda byłoby profanacją, toteż udałem się do baru sałatkowego w okolicach Rynku 🙂


Galeria Krakowska. Wieża przywodzi mi na myśl skojarzenia z hitlerowskim monumentalizmem, znanym m. in. ze Stadionu Olimpijskiego i siedziby policji we Wrocławiu.


Bombardier NGT6 przed Galerią Krakowską.


Kraków ma fajne, stylizowane słupki przystankowe w centrum miasta.


Wagon tramwajowy SN2 ustawiony w charakterze ekspozycji na krakowskim Rynku.

Nie rozejrzałem się bardziej po mieście, bo śpieszno mi było na dworzec 😀
Tym razem zabrałem się wagonem elektrycznym EN81. W celach marketingowych jest on nazywany przez producenta „elektrycznym autobusem szynowym” – choć to określenie na mój gust oznacza po prostu tramwaj 🙂 EN81, podobnie jak Pociąg Papieski, miał klimę, dzięki czemu znowu ogarnął mnie przyjemny chłodek 🙂
Linia (a właściwie ogryzek) do Wieliczki to dość interesujący kawałek kolejowego świata. Gdzie indziej na czynnej linii kolejowej wiszą na peronach tabliczki „Peron nieczynny”? 😀 Była stacja Wieliczka też sprawia dość dziwne wrażenie. Kiedyś miała kilka torów towarowych i dwa pasażerskie – dziś właściwie też je ma, ale czynny jest tylko jeden tor pasażerski. Reszta jest zarośnięta i zardzewiała. Pociągi kończą bieg nie na byłej stacji Wieliczka, ale na przystanku osobowym Wieliczka Rynek, o esowato wygiętym peronie długości chyba trzech kibli, na którym zatrzymuje się krótki EN81.


EN81 na stacji Wieliczka Rynek. Pomimo dużej konkurencji ze strony busów, połączenie kolejowe jest dość popularne.

Wróciłem do Krakowa Płaszowa i wsiadłem w pociąg do Wrocławia od razu na początkowej stacji, żeby tłok był jak najmniejszy 🙂


Wózek EN81. Widoczne poduszki gumowe i elementy metalowo gumowe prowadzące zestawy kołowe.


Mój pociąg do Świnoujścia. Ten obok jechał do Słupska.

W drodze do Wrocławia zdrzemnąłem się trochę przy otwartym oknie (bo pociąg był nagrzany). Dojechałem planowo o 23.00 i wróciłem tramwajem do domu.
THE END

Reklamy

Tagi: , , , , , , , , , , ,

komentarzy 8 to “Kółeczko 04-06.07.2008”

  1. vertok Says:

    psoras>po czym udałem się na dworzec, kupiłem bilet turystyczny I klasy za 80 zł

    To Ty na jednym bilecie tyleś przejechał? Aha i zawsze jeździsz pierwszą klasą?:)).

    Most w Tczewie

    Lubię tamtędy przejeżdżać w drodze nad Bałtyk, most robi wrażenie no i Malbork, który udało mi się widywać jedynie z okien pociągu.

    psoras>Wbrew obiegowej opinii, GOP jest bardzo silnie zalesionym regionem, a powietrze jest tam naprawdę czyste.

    No nie wiem, ca. 10 lat temu byłem w GOP to czuło się, że powietrze jest marne, niebo jakieś takie brudno-brunatno-szare a woda z wodociągów okropna [Katowice-Chorzów-Miasteczko Sląskie, tam byłem].

  2. sadorg Says:

    „Gdzie poza Tczewem można zrobić zdjęcie WEWNĄTRZ kładki? :D”

    A w Częstochowie i w Ostravie można np. 😛

  3. psoras Says:

    vertok> No nie wiem, ca. 10 lat temu byłem w GOP to czuło się, że powietrze jest marne, niebo jakieś takie brudno-brunatno-szare a woda z wodociągów okropna [Katowice-Chorzów-Miasteczko Sląskie, tam byłem].

    Woda pozostała okropna. Natomiast smog jest w zdecydowanie większym stopniu skutkiem ogromnej ilości samochodów, niż zakładów przemysłowych (występuje głównie w centrach największych miast).

    vertok> To Ty na jednym bilecie tyleś przejechał? Aha i zawsze jeździsz pierwszą klasą?:)).

    Jeśli w planie jest spanie w pociągu, to zawsze 😉

  4. analog Says:

    lepiej mieć stosunek z okapem
    niż 2 dni jechać PeKaPem

    ze tak samochodziarsko strawestuje slynne pacyfistyczne powiedzonko
    ;o)

  5. psoras Says:

    analog> lepiej mieć stosunek z okapem
    niż 2 dni jechać PeKaPem

    Ja to lubię (nie, nie okapofilię). Wiem, że można zostać okradzionym, że kolejowe kible śmierdzą, konduktorzy są nieuprzejmi, a siedzenia niewygodne. Ale i tak to lubię. Powinieneś znać to uczucie, bo Ciebie nie powstrzymuje od jazdy autem świadomość, że co roku na drodze ginie n tysięcy ludzi, a w samym samochodzie nie ma kibla i nie ma się gdzie przejść 🙂

  6. Łukasz (Fotonika) Says:

    Próżniowy kibel w szynobusie ostatnio mnie wystraszył ;p
    Dodaj jeszcze gdzieś mapkę Twojego wypadu, będzie czytelniej;)
    Pozdrowienia

  7. analog Says:

    >>psoras
    od jazdy pociagiem powstrzymuje mnie
    czas
    nerwy
    pieniadze
    moja wydolnosc fizyczna

    bo
    zazwyczaj nie jade sam
    zazwyczaj mam zapalenie pluc

    zazwyczaj pociag nie jedzie tam gdzie chce
    jak jedzie, to robi to
    wolno
    nie o tej porze, o ktorej mi pasuje
    nie bezposrednio
    etc
    etc

    wole jechac samochodem
    nawet jesli robie w ciagu dnia >400 km
    i wracam po polnocy

    wole

    nie ma kibla?
    libli sa miliony na kazdym (niemal) kilometrze ;o)
    przejsc?
    prosze bardzo
    gdzie tylko chce
    na polu
    w lesie
    nad rzeka
    w pociagach tak maja?

  8. psoras Says:

    >> analog
    Oczywiście, że można się przejść po lesie. Z prędkością 120 km/h 🙂

    > wole jechac samochodem

    Co kto lubi (o:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: