Byłem w Paryżu.

Te słowa często wystarczą, żeby wywołać lawinę pytań typu: „Jak do tego doszło? No i jak tam było? Co widziałeś? Jakie to na tobie zrobiło wrażenie? I polecasz Paryż jako cel wycieczek, czy nie?”
Aby przeciąć wszelkie spekulacje, niniejszym popełniam ową relacyjkę.

Zaczęło się:
Wtorek, 16.10.2007, stacja benzynowa przy ul. Suchej

Czekaliśmy tam w kilkadziesiąt osób. Odwiózł mnie tata, który zaparkował obok przy sprężarce. Widok busa marki Mercedes Sprinter spowodował w nas podejrzenie, że będziemy musieli się w środku upakować jak te śledzie (co jest zresztą typowe dla takich środków komunikacji), ale bliższe spojrzenie ujawniło leżącą za szybą dyktę z napisem „Lubin-Wrocław”, co oznaczało, że nie musimy się bać. Jakoż istotnie, naszym środkiem komunikacji okazał się bowiem następujący wehikuł:

Zdjęcie zrobione jest już dużo później, w drodze powrotnej do Polski.
Z zewnątrz pojazd ów prezentował się – jak widać – niczego sobie: żadnych rewelacji, ale też nic strasznego. Ale w środku…

To białe na górze to jeden z licznych sposobów, jakimi pasażerowie próbowali zaradzić nieszczelnemu nawiewowi. Plastikowe kanały powietrzne po prostu rozszczelniły się ze starości. Ale zgodnie z dewizą „póty jeździ, póki się nie rozleci”, preferowanej niestety przez licznych przewoźników ku utrapieniu pasażerów, zatkano co większe szczeliny dyktą, a mniejsze… „No czego marudzą, chłodniej w lecie będzie!”

Jakie było towarzystwo? Ogólnoie sympatyczne. Średni wiek plasował się gdzieś w okolicy 40. roku życia, ja byłem najmłodszy na wycieczce.
Jedna z pasażerek dała się we znaki całemu autokarowi. Ponieważ byłem najdłuższy w autokarze (jak zresztą zwykle), otrzymałem formalnie tylne środkowe siedzenie, a w praktyce całą tylną kanapę (pasażerowie rzadko lubią te siedzenia, bo mają mniejszy zakres regulacji niż pozostałe). Ta pani, tłumacząc się licznymi chorobami, zajęła dwa siedzenia z prawej, a ja zezwoliłem na to po sprawdzeniu, że na trzech śpi mi się równie wygodnie jak na pięciu (trzeba się tylko skulić i rozłożyć stoliki celem oparcia na nich nóg). Od razu na początku okazała się niesamowitą gadułą. Niewiele brakowało, żeby opowiedziała mi całą historię swojego życia. Stwierdziła, że przez lata była nauczycielką, więc nerwy już nie te. Zwierzyła mi się ze swoich kłopotów rodzinnych, sąsiedzkich (wiecznie pijana sąsiadka, która chce wiedzieć wszystko co ona robi), po czym powiedziała, że przed nimi wszystkimi ucieka, jeżdżąc do Paryża. Objuczyła się na drogę jak dromader, zabierając chyba nie tylko wszystko, co było konieczne, ale również wszystko, co mogło się okazać jej potrzebne. Z dwóch oddanych jej do dyspozycji siedzeń jedno było zajęte przez torby.
Popis rozpoczęła już w nocy. Mieliśmy mieć puszczane filmy przybliżające nam sylwetkę Paryża, ale ze względu na awarię DVD (jeszcze w drodze powrotnej zachowywało się nie do końca przewidywalnie ze względu na liczne wyboje na francuskich autostradach) puszczono nam na wideo „Szeregowca Ryana” (film wojenny o inwazji na Normandię – no czego chcieć, akcja też się dzieje we Francji 🙂 ). Nasza nerwowa pasażerka miała nad głową głośnik, więc wydarła się na pół autokaru rzucając „ja sobie nie życzę”, „płacę i wymagam”, „jak tak można” itp., jakby nie wiedząc, że jest to najprostszy sposób na skierowanie przeciwko sobie całego autokaru. W dodatku trafiła ona na godnego siebie przeciwnika w postaci starszego pana, jak się później okazało regularnego czytelnika tygodnika „Nie” (jest to gazeta o ultralewicowych poglądach, redagowana przez Jerzego Urbana, byłego rzecznika prasowego rządu PRL) o dość osobliwych poglądach w stylu: „ludzie są różni, ale i tak za wszystko odpowiada ta kolorowa hołota”. Zaproponowałem nerwusce zamianę (mój głośnik nie działał, a byłem ciekawy filmu), ale ona w stanie zdenerwowania stała się zupełnie odporna na argumenty. Włączyła sobie przenośne radio na cały regulator. Po chwili spytała, czy jest na stanie autokaru ciśnieniomierz, bo jej się wydaje, że jej ciśnienie skoczyło. Oczywiście nie było. Gdy nasza pilotka (p. Ola, której nawiasem mówiąc dziękuję za wycieczkę i profesjonalne prowadzenie) podeszła do niej, żeby zobaczyć, co się stało, ta na nią z pyskiem, że „wreszcie raczyła się zainteresować”, a gdy przewodniczka już wróciła na miejsce, nasza nerwowa pasażerka do mnie: „Mówię panu, ona na pewno nie ma wyższego wykształcenia humanistycznego!”. Ja, który wiedziałem, że p. Ola ma wyższe wykształcenie i to właśnie humanistyczne, tylko się do siebie uśmiechnąłem. Po półgodzinie uspokoiła się i poprzepraszała wszystkich dookoła, tylko do końca wycieczki jechała już z przekonaniem, że wszyscy jej nienawidzą.
W czasie zwiedzania oszczędzała na wszystkim (zawsze mnie interesują ludzie, którzy wywalają tysiąc złotych na wycieczkę, aby potem na wszystkim na miejscu oszczędzać). Chodziła albo przy pilotce, bez przerwy zamęczając ją swym gadulstwem i kłopotami, które zabrała ze sobą do Paryża zamiast zostawić w domu, albo w bliżej nieokreślonej okolicy wycieczki, co denerwowało p. Olę, która nigdy nie wiedziała, gdzie jej szukać i czy czasem się gdzieś nie zgubiła. Wprawdzie język i miasto znała, ale nigdy nic nie wiadomo…
Ostatni występ dała na granicy polsko-niemieckiej podczas powrotu. Niemiecki strażnik graniczny kontrolował dowody, każdy swój pokazywał i obyło się bez większych problemów aż do ostatniej osoby, którą była właśnie Pani Nerwowa. Dała swój dowód do kontroli, a jakże, po czym zaczęła do strażnika zaiwaniać po francusku. Strażnik zgłupiał i wpatrywał się w nią z tępym wyrazem twarzy, po czym spytał ją: „A po polsku mówi?” (wieeelki szacun dla niego za to, że się nauczył naszego języka). Ona odpowiedziała, że tak, po czym wcisnęła mu na powrót swój dowód, który on jej już oddawał. On znowu zgłupiał, bo nie wiedział, co ma z tym dowodem zrobić, ale po chwili zabrał go do strażnicy na kontrolę. A ona, jakby tylko na to czekała, zaczęła mówić do wszystkich dookoła z dumą: „Zobaczycie, teraz mnie zaaresztują i ja zostanę w RFN, a wy nie!” (czy ona wie, co to Unia Europejska?). Po chwili dowód wrócił do autokaru i metodą „podaj dalej” przyszedł do pani, a ona z zawodem w głosie: „Zostawili mnie!”
Poznałem jeszcze jednego interesującego faceta. Otóż był on z zawodu elektromechanikiem. Dowiedziałem się o tym, można by rzec, przypadkowo. Żeby się nie nudzić, na wycieczkę wziąłem ze sobą książkę „Lokomotywy elektryczne serii EU06 i EU07”. Pewnego razu zrarzyło się, że musieliśmy dłużej czekać na autokar, więc wyjąłem tę książkę i zacząłem czytać. Kiedy on ją zobaczył w moich rękach, zapytał, czy to studiuję. Odpowiedziałem mu zgodnie z prawdą, że nie, ale się tym interesuję. On na to: „To pewnie ta lokomotywa jeszcze oporowy rozruch ma? Wszystkie nowsze są już na tyrystorach.” Ja najpierw otworzyłem szeroko oczy ze zdumienia, a później zacząłem go wypytywać o kwestie, których nie byłem pewien. On chętnie odpowiadał i w zamian pytał mnie o niektóre kwestie dotyczące ostatnich nowinek ze świata tramwajów i kolei. W ten sposób szybko znaleźliśmy wspólny język i mogliśmy godzinami nawijać o rezystorach, tyrystorach, falownikach, silnikach szeregowych i asynchronicznych, wałach kułakowych, stycznikach elektropneumatycznych i przekaźnikach samoczynnego rozruchu. Rozmów tych porzytaczał nie będę, żeby czytelników nie zanudzić 🙂
Ale dość o tym.

Witaj, Paryżewo!:
Środa, 17.10.2007, gdzieś pod Paryżem

Dojeżdżamy do Paryża. Miasto jeszcze daleko przed swoimi granicami pokazuje nam, że się do niego zbliżamy. Wysyła nam naprzeciw swoje zwiastuny – słynne paryskie KORKI. Wleczemy się w nich noga za nogą… Pomimo iż do Paryża wlatuje kilka autostrad, a ponadto ma obwodnicę autostradową (tzw. Peryferyk, fr. Périphérique), miasto jest wiecznie zakorkowane, a jazda po nim samochodem to prawdziwa mordęga.
W końcu udało nam się przebić do cmentarza Pére LaChaise, gdzie leży m. in. Fryderyk Chopin.


Pierwsze moje spotkanie z typową paryską architekturą. Jakże różni się ona od praktycznej, poniemieckiej architektury Wrocławia!


Fontanna, przy której wysiadaliśmy, jedna z wielu podobnych w Paryżu. Uwagę zwracają jońskie fryzury 🙂 . W tle tak samo typowy paryski przystanek autobusowy.


Grób niejakiego Fryderyka Chopina.


A tu leży Madame Lamboukas, aka Edith Piaf.


Grób Jima Morrisona.


Balzac, Honoré Balzac.


Krematorium cmentarne.

Wkrótce zakończyliśmy zwiedzanie cmentarza, który nie dość, że wielki, to jeszcze pokręcony (uliczki nie tworzą, jak w Polsce, prostej siatki, tylko biegną bez ładu i składu w różnych kierunkach i pod różnymi kątami), wobec czego istniało tu spore ryzyko zgubienia się. Na szczęście przybyliśmy na miejsce zbiórki w komplecie i ruszyliśmy zwiedzać… mniejsza co. Dla mnie najważniejsze było, JAK tam się dostaniemy. Oznaczało to pierwsze moje spotkanie ze słynnym paryskim METREM.


Słynne secesyjne wejścia do metra aż zapraszają, żeby zakosztować rozkosszy przemieszczania się tym środkiem transportu. Jak się tu nie skusić?


Jeszcze tylko skasować bilecik…


Blisko, coraz bliżej…


I wreszcie, Panie i Panowie, historyczna chwila! Pociąg paryskiego metra nawiązał kontakt wzrokowy z kolejnym miłośnikiem kolei z Polski!

Jakie jest paryskie metro?
Dość niezwykłe. Pociągi są wąskie jak tramwaj i z tramwajową brawurą pokonują zakręty o iście tramwajowym promieniu. Częściowo linie biegną nad ziemią, ale do tego zdążyłem się przyzwyczaić przy okazji jazdy metrem londyńskim. Przyzwyczajony byłem też do tego, że perony są wysokie i w większości wypadków ich wysokość jest silnie zbliżona do wysokości podłogi wagonu. Ale nie byłem przyzwyczajony do dość specyficznego podejścia Francuzów do kwestii otwierania drzwi. Są one pneumatyczne (co mnie nie dziwi), obie ich połówki są połączone łańcuchem celem równomiernego otwierania (też nic niezwykłego), a otwieranie odbywa się następująco:

  1. Pociąg hamuje (hamulec pneumatyczny Westinghouse’a).
  2. Maszynista (albo maszynistka), naciskając przycisk, łączy cylindry zamykania z atmosferą i jednocześnie napełnia cylindry otwierania sprężonym powietrzem. Drzwi pozostają jednak wciąż zamknięte.
  3. Jeśli pasażer ma ochotę wysiąść, przekręca klamkę u drzwi. Powoduje to zwolnienie blokady i otwarcie się drzwi.
  4. Drzwi się zamykają. Cylindry otwierania drzwi łączą się z atmosferą, a cylindry zamykania napełniają się sprężonym powietrzem. Jeśli drzwi nie były otwarte, i tak zmienia się układ połączeń w instalacji sprężonego powietrza, co powoduje zaciśnięcie się drzwi.
  5. Pociąg rusza.


Klamka w drzwiach pociągu.


W Paryżu wciąż słabo z dekomunizacją…


Ja przy oknie. Zdjęcie zrobiła Francuzka z naprzeciwka.

Wysiadamy i od razu uderza nas po oczach taki widok:


Łuk Triumfalny. Jest oooogroooomniaaaastyyyy!!!


Pułtusk, Ostrołęka, Gdańsk…

Czas na „mały” spacerek najsłynniejszą ulicą Paryża – Polami Elizejskimi (fr. Champs Elysées, Sząz Elize).
Z ciekawostek: jak właściwie wygląda ta ulica? Każdy z nas nosi w sobie pewne wyobrażenie o słynnych miejscach, ale często w konfrontacji z rzeczywistością okazuje się ono guzik warte, warto więc, abym się ze wszystkimi podzielił moimi spostrzeżeniami. A oto, jak wyglądają Pola Elizejskie: po obu stronach szerokie chodniki obsadzone tuż przy jezdni przystrzyżonymi na prostopadłościenno drzewami. Przy chodnikach: butiki (czyli sklepy z butami), centra handlowe, restauracje i mcdonaldy, które, co ciekawe, nawet w takim narodzie smakoszy jak Francuzi zawsze znajdą amatorów na swoje „przysmaki”. A na środku – ośmiopasmowa jezdnia, wyłożona… kostką brukową(!). Jeszcze kilka lat temu pokrywał ją asfalt, ale spłynął prawie w całości. A ja naiwny myślałem, że brakoróbstwo i oszczędzanie na wszystkim jest naszą cechą narodową…


Pola Elizejskie – widok spod Łuku triumfalnego na Obelisk Egipski (dalej Luwr).


I vice versa…


Wspomniany Obelisk Egipski.

Potem kierunek – Luwr, ze słynną szklaną piramidą na dziedzińcu. Jej budowa miała na celu usprawnienie układu komunikacyjnego pałacu-muzeum, a ponadto utrwalenie dla potomności nazwiska Mitteranda, prezydenta Paryża z roku 1989, który zostawił po sobie wiele budowli, nierzadko kontrowersyjnych.


Piramida od środka. Usprawnić usprawniła, ale czy wygląda ładnie? Zdania są podzielone, mnie się osobiście podoba.


Piramida od zewnątrz.

Luwr jest przeogromniasty. Składa się z trzech skrzydeł, które nazwano nazwiskami osób, które przysłużyły się francuskiemu muzealnictwu (zapamiętałem tylko Denona). A w środku – setki obrazów i rzeźb. Trzeba dzień na to pośwęcić, przy czym tylko dwie pierwsze godziny będą przyjemnością, później zwiedzanie zamieni się w mordęgę.


Łobzdobny tron.


Siakieś gary…


Jeden z jakże licznych korytarzy w Luwrze.


Wenus z Milo, czyli rzeźba bez rąk.


Czy „Sens de la visite” to jest „sens wizyty”? Jeśli tak, to znaczy, że tłumaczą durnemu turyście, po co tu w ogóle właził…

Po wyjściu z Luwru skierowaliśmy się w kierunku Centrum Pompidou.


Bardzo popularne w Paryżu „rowery miejskie” – z dodanym lekkim plastikowym daszkiem.


Centrum Pompidou. Jak na budynek z lat 60., całkiem nieźle się trzyma. Wygląda, jakby go zbudowano wczoraj!

Koło Centrum Pompidou znajduje się niewielka klimatyczna knajpka „Flunch”, z której usług korzystaliśmy tego dnia i przez dwa następne. Jej osobliwość polega na tym, że można nabrać, ile się chce, warzyw i innych dodatków, a i tak płaci się za talerz. Na osobny talerz kładzie się surówki i płaci się za nie też osobno. Jak powszechnie wiadomo, Francuzi są narodem smakoszy, więc jedzenie było wyśmienite. Przez trzy kolejne dni jadłem stek haché i mi się nie znudził 🙂 .
Po zjedzeniu kolacji zabraliśmy się na róg, gdzie oczekiwaliśmy na autokar. Czekaliśmy dobre kilkanaście minut, siedząc na murku, którego fragment okazał się być furtką wejściową do paryskiej kamienicy, wobec czego musiałem co chwilę wstawać, żeby wypuścić wychodzących na wieczorny spacer paryżan. Na szczęście niebawem podjechał nasz pojazd i mogliśmy do niego wsiąść, żeby dojechać do hotelu na przedmieściach Paryża po drobnych komplikacjach, związanych z fatalnym oznakowaniem w miejscu paryskich remontów.
Ulokowano mnie w pokoju z mniej więcej trzydziestoletnim facetem. Od razu zaproponował, żebyśmy mówili sobie na „ty”, miał na imię Darek. Pokój – niezły: ręczniki, mydło, ciepła i zimna woda, TV (z CNN). W nocy Darek kilkakrotnie mnie budził, gdyż strasznie chrapałem, czego przeważnie nie robiłem. Próbowałem zaradzić temu, kładąc się w różnych pozycjach – bezskutecznie. Następnego dnia doszedłem do wniosku, że to ze zmęczenia, bo innej przyczyny znaleźć nie mogłem. Darek na mieście kupił sobie nmastępnego dnia korki do uszu.

Pod znakiem strajku
Czwartek, 18.10.2007, okolice Paryża

Od rana oglądając CNN, wiedzieliśmy, że tego dnia strajkuje paryska komunikacja publiczna. Właściwie strajk obejmował cały region Ilé do France, czyli Paryż z przyległościami. Nie śmigało metro, kolejki RER, autobusy, (nieliczne) tramwaje i pociągi kolei narodowych SNCF. Zresztą, jak miało się później okazać, strajk we Francji rozszerza się jak epidemia…
Tego dnia mieliśmy w planie zwiedzanie Wersalu i La Defénse, czyli miejscowości położonych za Paryżem. Oznaczało to, żew tego właśnie dnia strajk miał nam popsuć najmniej planów. Pani Nerwowa dostała zatwardzenia, wobec czego musiała zostać w hotelu. Rano, po francuskim śniadaniu (czyli bagietka z dżemem i kawą), nastąpił załadunek autokaru i w dobrych humorach ruszyliśmy przebijać się przez podparyskie korki…
Spodziewaliśmy się pandemonium, ale na szczęście nie było tak źle. Później się dowiedzieliśmy, że wielu Francuzów przewidując ogromne korki zrobiło sobie tego dnia wolne 🙂 . Wkrótce dotarliśmy do Wersalu.
I tu niespodzianka. Okazało się, że strajk zaczął rozszerzać się również na inne grupy budżetówki. Muzeum w Wersalu też strajkowało! Nie mogliśmy więc obejrzeć wspaniałych wersalskich komnat, ale za to po wspaniałych wersalskich ogrodach pospacerowaliśmy sobie za darmo. A było po czym spacerować… Udałem się tam wspólnie z grupą szeroko rozumianej młodzieży (ja, Darek, dwa młode małżeństwa).


Brama wejściowa do Wersalu. Wygląda, jakby Ludwik XIV miał za dużo kasy i takie też pewnie miała robić wrażenie. W rzeczywistości król nigdy nie był przy kasie, a naród francuski płacił za jego fanaberie.


Elewacja ogrodowa Wersalu.


Stawek przed (lub, jak kto woli, za) Wersalem.


Fontanna (jedna z wielu, niestety czynne są one tylko w weekendy), a za nią – schody, monumentalna aleja, kolejna fontanna i kanał. Robi wrażenie!


Zbliżenie na fontannę z kwadrygą Neptuna…


…i ta fontanna w całej okazałości.


Za fontanną.


Wygłupy na łódkach. Z racji strajku nikt ich nie pilnował i stały sobie tak bez nadzoru. Początkowo obawialiśmy się trochę wejść, żeby nas nie ochrzanili, ale wszelkie hamulce straciliśmy, gdy zobaczyliśmy hasającą na nich sporą grupę francuskiej dzieciarni 🙂


Jeden z wielu posągów przy monumentalnej alei. Widoczne przycinane na różne geometryczne kształty krzaczki.


Dość ciekawa fontanna przedstawiająca olbrzyma wychodzącego z wulkanicznej lawy.


Schodki z parteru na pierwsze piętro. Ten na górze to ja 🙂


Wspaniałe wersalskie tarasy.

Następny przystanek – La Defénse. Jest to miasteczko pod Paryżem, w którym znajdują się prawie wyłącznie biurowce, choć ostatnio pojawiają się także budynki mieszkalne. Powiem szczerze – jechałem w to miejsce bez większych oczekiwań, ale jego rozmach zrobił na mnie ogromne wrażenie.


Taka sobie impresja…


Wielki Łuk – biurowiec popełniony w 1989 na zlecenie znanego nam już Mitteranda. Jest wielki. W momencie, kiedy, aby zrobić mu zdjęcie, musiałem odejść od niego na jakieś 100 metrów, zacząłem podejrzewać, że mania wielkości jest francuską cechą narodową.


Po prostu kładka.


Toaleta? (Dlaczego – widać na powiększeniu.)


Rosyjskie zabawki gwarancją jakości 🙂


Pierwowzór Galerii Dominikańskiej – Elysées La Defénse.


Widok na główny plac La Defénse. Pod spodem jest tunel dla samochodów, a w nim postój taksówek i przystanek autobusowy, obok zaś duży dworzec wszystkich rodzajów komunikacji szynowej (metro, RER, tramwaj). Tego dnia – w związku ze strajkiem – pusty…


Jeszcze taka impresja przed odejściem.

Następny przystanek – Pałac Inwalidów. A w nim grobowiec Napoleona Bonapartego.
I tu znowuż mieliśmy przygodę. Podjechaliśmy, patrzymy – kościół Inwalidów (czyli miejsce położenia grobowca) otwarty. Wobec tego p. Ola zaprowadziła nas na dziedziniec, gdzie wyłożyła nam historię tego miejsca i związek Napoleona z nim. Kiedy skończyła, mieliśmy wchodzić do środka. Okazało się jednak, że przez ten czas strajk zdążył objąć i to miejsce! Gdy chcieliśmy wchodzić do środka, okazało się, że już nikogo nie wpuszczali, a tylko wypuszczali. Pech…


Pałac Inwalidów z jednej strony…


…i z drugiej.

Czas na nocną wycieczkę po Paryżu! Poszliśmy więc do naszej ulubionej knajpki, tam poczekaliśmy, aż się ściemni, w baaardzo przyjemny sposób wypełniając czas 🙂 Potem nastąpił ponowny załadunek do naszego wehikułu, który zawiózł nas na słynny plac Pigalle, gdzie wg filmu „Stawka większa niż życie” są najlepsze kasztany w Paryżu. Sprzedawców kasztanów wprawdzie już o tej porze nie było, ale za to ze wszystkich stron połyskiwały dyskoteki, kabarety, kluby nocne i sex-shopy. Stamtąd udaliśmy się na wzgórze Montmartre.


Słynny kabaret Moulin Rouge.


Na wzgórzu Montmartre, widok na konsulat szwajcarski.


Panorama Paryża.


Zbliżenie na Centrum Pompidou.


Bazylika Sacre Coeur.


Wieża Eiffla – widok ze Wzgórza Montmartre.


Montmartre wieczorem. Jak widać (a właściwie nie widać), ludzi było sporo.

A teraz pora na objazd Paryża nocą. Ponieważ poruszaliśmy się autokarem bez fotyostopów, zdjęć z przejazdu nie mam. A widzieliśmy pięknie podświetlony m.in. Łuk Triumfalny, Obelisk Egipski, Luwr, mosty Paryża… Na końcu wieża Eiffla. I tu mieliśmy fotostop.


Wieża Eiffla. Do połowy owinięta zieloną siatką w związku z mistrzostwami świata w rugby, które rozgrywane są w Paryżu i którymi żyje cała Francja.

Około północy wróciliśmy do hotelu. Tym razem noc minęła bez niespodzianek.

Wieża Eiffla i gumowe opony
Piątek, 19.10.2007, Paryż

Tego dnia miałem po raz pierwszy w życiu ujrzeć z bliska słynną wieżę Eiffla. Moje oczekiwania względem tej olbrzymiej kratownicy były co najmniej tak wielkie jak ona sama, ale nie zawiodłem się. Zresztą dzień ów przyniósł więcej niespodzianek…
Strajk wciąż trwał. Do godz. 16.00 kursował co drugi lub co trzeci pociąg (w zależności od linii), potem komunikacja miała wrócić do normy.
Po kolejnym francuskim śniadaniu i po kolejnej walce z paryskimi korkami dostano się w miejsce wczorajszego fotostopu.


Duże „A” w dzień.


Blisko, coraz bliżej… Ten ekran to telebim transmitujący mecze rugby.


Jedna z czterech potężnych giczoł. Zwracają uwagę oszczędne i estetyczne zdobienia.


Pod spodem. Widoczna wielka dmuchana piłka do rugby.

Na piechotę weszliśmy na 2. piętro (do połowy)…


Klatka schodowa wewnątrz nogi wieży.

…a od połowy do góry dojechaliśmy windą.


Jedziemy w górę! (Słychać typowe rozmowy grupy Polaków w windzie w Paryżu.)


300 metrów nad Paryżem, stojąc na kilkumilimetrowej warstwie blachy, na samym szczycie potężnej, dziurawej kratownicy to niesamowite przeżycie 🙂


Futbol francuski z czterema bramkami, gdzie bramkarz biega od bramki do bramki 🙂


Widok na miejsce, z którego zrobione było to zdjęcie.


Zbliżenie na Łuk Triumfalny.


Węzeł kratownicy.

Po zejściu z wieży poszliśmy nad pobliską Sekwanę, gdzie wsiedliśmy na płynący po niej statek. W sam raz na odpoczynek po trudach wspinaczki.


Most Aleksandra II – dowód odwiecznej przyjaźni francusko-rosyjskiej 🙂


Przepływ pod tym mostem.


Quai d’Orsay – kiedyś dworzec, obecnie muzeum.


Słynny Pont-Neuf, swego czasu opakowany przez słynnego bułgarskiego artystę Christo Dżawaczewa, który opakowywał wszystko.


Most Napoleona.


Notre-Dame. Wredne drzewo mi w kadr wlazło 😦


Przepływ obok Katedry Notre Dame. Można zwrócić uwagę na ceglaną sklepioną konstrukcję jezdni mostu.


Katedra z boku.


Miniatura nowojorskiej Statui Wolności. Tę większą wysłali Amerykanom, a sobie zostawili mniejszą i poręczniejszą 🙂


„Tu byłem. P.W. :)”

Teraz czekała nas jeszcze podróż z przesiadką paryskim metrem w czxasie, kiedy jeździł co trzeci pociąg. Przewidywano wieeelki tłok i podejrzenia sprawdziły się. Ale dla kogoś, kto potrafił w godzinach szczytu jechać we Wrocławiu autobusem linii 145, paryskie metro w czasie strajku to pikuś 🙂


Zdjęcie zatłoczonego pociągu od zewnątrz. Widać wózki jezdne, przypominające nieco te stosowane w polskich szynobusach.

Po przesiadce jechaliśmy wagonem urządzonym w podobnym stylu: taka sama szerokość, takie same siedzenia… Różnił się tylko trzema rzeczami: miał szerzej otwierane okna, miał nawiew przez „skrzydełka” na dachu (podobnie jak w rosyjskich wagonach jeżdżących w warszawskim metrze) oraz – uwaga – PORUSZAŁ SIĘ NA GUMOWYCH OPONACH!!!
Tor posiadał wprawdzie normalne szyny, ale były one wykorzystywane wyłącznie jako szyny prowadzące. Cały ciężar pociągu spoczywał na gumowych oponach, które toczyły się po płaskich betonowych szynach położonych po zewntrznej stronie normalnych szyn. Prócz tego, pociąg wyposażony był w poziome koła prowadzące, które kierowały jego ruchem przy pomocy pionowych szyn po zewnętrznych stronach toru, pełniących rolę prowadnic.
Zdjęcie przedstawiające ów niezwykły system będzie później. Na razie wychodzimy na powierzchnię obok Ogrodów Luksemburskich:


Staw w Ogrodach Luksemburskich, w którym pływają sobie polityczne ptaki.


Aleja z widokiem na paryski Panteon.

Tu mieliśmy trochę czasu wolnego. A potem zbiórka i naprzód zwiedzać.


Paryski Panteon.


Paryski… a co się będę powtarzał 😛


Wejście do słynnej Sorbony.


Jedna z malowniczych uliczek w centrum Paryża.

A teraz wyspa Ilé de la Cité, czyli kolebka Paryża.


Notre Dame.

Aby wsiąść do autokaru, podjechaliśmy metrem na parking, na którym stał. W tym celu skorzystaliśmy z 2 linii metra, obu poruszających się na gumowych oponach, w tym 1 bezobsługowej (14). Na stacji przesiadkowej zrobiliśmy całe kilometry pod ziemią, zanim wsiedliśmy do kolejnego pociągu 🙂


Bezobsługowy pociąg Linii 14. Na powiększeniu widać gumowe opony.


Jazda tymże pociągiem 🙂

Potem wsiedliśmy w autokar i… do Polski! Bez większych przygód dostaliśmy się do domu.
FIN
Niektóre obrazki mogą się nie ładować, ale to nie moja wina, tylko imageshacka.

Reklamy

komentarzy 7 to “Byłem w Paryżu.”

  1. cudakid Says:

    NOOOOO, widze ze Psor zawital do Paryża 😀 swietna relacja 🙂 zwiedziles wszystkie najwazniejsze miejsca w Paryżu, superancko. ja byłem tam w 2000 roku, pewnie trochę się pozmieniało, ale widze ze wszystko stoi na swoim miejscu 😛

  2. Lolly Says:

    No… Pierwszy raz w Paryzu… 😛 niesamowite przezycie. Ja bylam kilka razy i musze stwierdzic ze jest to moje ulubione miasto w Europie. No moze na tym samym miejscu dodalabym jeszcze Berlin… 😉 no i Bruksele, Londyn, Hannover, Calais i Strasbourg… 🙂 Pozdrawiam! 🙂

  3. pawgar Says:

    Niesamowicie i z dużym polotem opisana wycieczka po Paryżu. Muszę przyznać, że opis zrobił na mnie duże wrażenie. Kilka tygodni siedziałem w Paryżu, spacerowałem po opisywanych miejscach i muszę powiedzieć że po przeczytaniu tego opisu … wszytko odżyło i stało się takie namacalne. Czytając to aż czułem zapach Paryskiego metra. Dobra robota.

  4. psoras Says:

    Dziękuję za wszystkie pochwały 🙂
    A co do metra – zapach jest faktycznie charakterystyczny. Zwłaszcza na liniach, po których jeżdżą wagony ogumione duży udział w nim ma woń rozgrzanej gumy 🙂

  5. Ika Says:

    a ja własnie wróciłam z Paryza…..skonfrontowałam Twój opis ze swoimi wrazeniami…odczucia takie same.miejsca te same,,,kolejnosc zwiedzania tylko inna relacja super,,,

  6. marlena Says:

    świetny i bardzo interesujący opis! 😉 Kurcze, ja sobie troche źle rozplanowalam ten wypad i zobaczylam pewnie mniej, ale wybiore sie jeszcze, ojjj tak 😉

  7. przegladrynkow Says:

    Co ciekawe w biurowce inwestuje od niedawna Kulczyk Investments.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: