Nowy rozkład: skazani na plotki i domysły

14 listopad 2008 - autor: psoras

Regułą w przypadku PKP jest niepublikowanie rozkładów jazdy na nowy rok (rozkłady wchodzą w życie w grudniu) wcześniej, niż ok. tygodnia przed oficjalnym wejściem w życie. W ostatnich kilku latach w kursowaniu pociągów rokrocznie zachodziły duże zmiany, podobnie najprawdopodobniej będzie również teraz, tym bardziej że szykują się znaczne zmiany.

Lokomotywy do PR i IC

Spółki PKP Przewozy Regionalne i PKP Intercity, które do tej pory wszystkie lokomotywy musiały wynajmować od PKP Cargo, w tym roku przejęły część na własność. Jako pierwsze przekazano lokomotywy EP07-10xx, które zostały odkupione od PKP Cargo (za unijną kasę, w stanie określanym jako “rezerwa długoterminowa”, czyli prawie wrak), wyremontowane przez zakłady naprawcze (też za unijną kasę) i puszczone na szlaki w charakterystycznym, biało-czerwono-beżowym malowaniu określanym jako “budyń”, już w barwach PKP PR.

Potem na szlaki wyruszyły pomalowane na fioletowy kolor (tzw. denaturat, jagodzianka, smerfetka) lokomotywy PKP Intercity, przejęte od PKP Cargo na zasadzie przekazania majątku (nie wiem dokładnie, jak to zostało doprecyzowane formalnoprawnie, ale urzędnicy wyszli z założenia, że skoro przy podziale majątku PKP Cargo za te lokomotywy nie zapłaciło, to teraz IC też nie musi). W taki sam sposób przekazano jeszcze część lokomotyw elektrycznych (EU07) i spalinowych (SM42, SU42, SU45) do PKP PR i PKP IC. Lokomotywy nie-cargowe, które pod nowym zarządem przeszły już naprawę rewizyjną (czyli okresowe malowanie i wymianę zużytych części), wyróżniają się zmienionym malowaniem – pod PKP IC w odcieniach granatu i fioletu, pod PKP PR czerwono-biało-srebrnym.

Pośpiechy do IC

Wiele niepokoju w środowisku miłośników kolei budzi wiadomość, że od grudnia pociągi pośpieszne od nowego rozkładu przejmuje spółka PKP Intercity. Spółka ta ma opinię goniącej za zyskiem za wszelką cenę, wieszczone jest więc zastąpienie pociągów pośpiesznych ekspresami i koniec taniego podróżowania pociągami. Krążą także plotki, że w pociągach pośpiesznych nie będą honorowane takie dokumenty, jak Regio Karnet czy Legitymacja Seniora, a także nie będzie wspólnego biletu z pociągami osobowymi, które przechodzą pod zarząd samorządów wojewódzkich. Osobiście uważam obawy za przesadzone.

Koleje Dolnośląskie

Na moim podwórku również zachodzą zmiany. W tym roku rozpoczęły się remonty linii z Wrocławia do Jeleniej Góry i Zielonej Góry (złośliwcy twierdzą, że o 8 lat za późno). Od przyszłego roku na dolnośląskie tory wjeżdża spółka Koleje Dolnośląskie, dysponująca taborem w postaci 10 szynobusów (i 2 niesprawnych Kolzamów z początków “szaleństwa szynobusowego”; Urząd Marszałkowski rozgląda się właśnie za “jeleniem”, któremu możnaby opchnąć te zawodne pojazdy), na razie tworzących znaczną rezerwę wobec potrzebnych do realizacji rozkładu jazdy 4-5 pojazdów. Wieści są raczej optymistyczne, planowana jest reaktywacja linii Kłodzko-Wałbrzych, Jelenia Góra – Zgorzelec, Lubin – Rudna Gwizdanów i Legnica – Jerzmanice Zdrój (przez Złotoryję), ale niedawno gruchnęła wieść, że “polecą” niektóre inne połączenia. To oczywiście tylko plotka, ale na plotki jesteśmy skazani.

Sennik miłośników kolei

12 październik 2008 - autor: psoras

Zebrałem tutaj wszystkie albo prawie wszystkie sny kolejowe miłośników kolei (MK), jakie kiedykolwiek ukazały się na grupie dyskusyjnej pl.misc.kolej.

Mialem sen. Stalem na stacji w chojnicach i nadjechał wielki rumun (lokomotywa spalinowa ST43 – psoras), obracajac wszystko w nicosc.

Dzis w nocy Warszawska Magistrala Hutnicza ;) (bocznica do Huty Warszawa, prędkość maksymalna: 20 km/h – psoras) na odcinku Odolany – WAT zostala zelektryfikowana i przystosowana do ok. 70 km/h w celach.. cwiczebnych. :)

3 dni temu snilo mi sie, ze jechalem stonka (lokomotywa spalinowa SM42 – psoras) z Ilawy w kierunku Brodnicy. W Nowym Miescie niespodzianka- rozjazd byl skierowany w kier. na Nowe Miasto L. Pld i do tego zakluczony. Coz, pojechalem tam-dosc szybko bo ok. 70 km/h. Zdziwila mnie dosc spora przechylka na luku , zdaje sie ze nawet do Zajaczkowa dojechalem :-)
A w ilu juz wersjach snila mi sie “moja” bocznica na Lotnisko Babie Doly w Gdyni: zelektryfikowana, z SBL (Samoczynna Blokada Liniowa: automatyczny system sygnalizacji kolejowej – psoras) [ale taka jak na DB (niemiecka kolej - psoras) ;-) ], z dodatkowa bocznica szlakowa do wywozu drewna z lasu… az sam sie z tego smieje LOL

W jezdniach szosy W-wa – Gdansk byla 2-torowa linia, po ktorej kursowaly co kilka minut pomaranczowe EZT (elektryczne zespoły trakcyjne – modułowe pociągi, najczęściej spotykane na liniach podmiejskich – psoras), czesciej niz samochody osobowe. :-)

a ja miałem ostatnio równie ciekawy sen:

miejsce: Tczew (chyba, bo pamiętam wysokie perony i ten charakterystyczny “tunel nad torami”)
czas: bliżej nieokreślony, wieczór, słońce zachodzi
tabor: OKo1 :-) w dziwnym malowaniu: budka oraz skrzynie na wodę i węgiel zielona (tzw. howardowa zieleń), reszta typowa (czarna i czerwone podwozie)
pamiętam że ten parowóz miał zaraz odjechać, a ja miałem idioten kamerę tylko przy sobie i się wściekałem że przy tym oświetleniu takim aparatem nie zrobię dobrego zdjęcia i nie ma czasu by skombinować cyfraka…

Ja mialem lepszy… tyle ze to juz dawniej bylo : dworzec w Grudziadzu wygladal jakby byl rok 1920, pelno ludzi na peronach w futrach, trzaskajacy mroz, w pip sniegu, trzaskajacy mroz, parowozy przy peronach a przy jednym pociagu EU-07 (elektrowóz – przy okazji, stacja w Grudziądzu jest niezelektryfikowana – psoras) ktora zaraz za drzwiami po obu stronach miala na pudle czerwona gwiazde piecioramienna a w niej napis “CCCP” a nizej “EU07-931″ (najwyższy numer inwentarzowy EU07 to 545 – psoras) :) ))))))))))))

Opiszę poniżej mój sen MK, jaki miałem kilka dni temu. Może jest proroczy, Jako, że to był sen, to jest tu dużo absurdów i nieformalności. Rzecz rozpoczęła się współcześnie na stacji berlińskiego S-Bahnu Griebnizsee, gdzie opukiwałem krawędzie peronowe w poszukiwaniu kartoników. Podczas tych czynności odpadł nagle kawał nadwątlonego betonu, co wprawiło mnie w lekkie zakłopotanie. Na szczęście nie było w pobliżu żadnych Bahnschutzów. Już miałem się ulotnić, gdy dostrzegłem pośród kawałków upadłego betonu jakąś pordzewiałą skrzynkę leżącą przy torach. Zszedłem na dół i podniosłem fant. Okazało się, że jest to przedwojenne pudełko po herbatnikach w dość kiepskim stanie. Bez trudu otwarłem je i zobaczyłem szmatę nasączoną jakąś mazią lub smarem. Odwinąłem i w worku foliowym znalazłem dość zatłuszczony kawałek papieru. Był to schemat wagonu metra z lat 30tych, a konkretnie przekrój poziomy. Pod podłogą zaznaczone było kilkanaście skrzyń zawierających Archiwum Berlińskich Miłośników Kolei. Informował o tym stosowny napis po niemiecku. Drobniejsze wyjaśnienia mówiły, że Archiwum schowano w lutym 1945r., żeby uchronić je przed Sowietami. I tu najciekawsze. Cały wagon, wraz ze skrzyniami schowano gdzieś na Ostbahnie (dawnej magistrali Berlin-Królewiec, obecnie Kostrzyn-Braniewo – psoras). Niestety, autor nie napisał, co to znaczy “schowano”. Czy zakopano, czy postawiono w krzakach, czy coś innego. Dość powiedzieć, co wiemy zresztą wszyscy, że wagonu tego nigdy nie odnaleziono. A zawierał przecież nieprzebrane skarby dla MK.
Druga odsłona snu działa się w Witnicy. Była tam biba oficjeli z obu stron granicy. Był Prezydent Kwaśniewski i Kanclerz Niemiec. Masa kolejarzy i samorządowców. Przemawiał burmistrz Witnicy. Okazało się, że to uroczyste rozpoczęcie poszukiwań wagonu, zakrojonych na niespotykaną skalę. Właśnie burmistrz Witnicy zadeklarował, że wyłoży na poszukiwania 5 miliardów euro z własnej kieszeni. Nie wiem czy chodziło mu o stricte własną, czy o samorządową. Kwota jednak była fajna i wszyscy klaskali. Po chwili rozdano łopaty i wtedy się obudziłem.
Cóż. Szkoda, bo w każdym śnie jest ziarnko prawdy i może udałoby się ustalić miejsce zdeponowania tego wagonu. A nuż okazałoby się to, przynajmniej częściową, prawdą…

Ja tez miewam kolejowe sny i to jest bardzo fajne :-)

Raz mi sie snilo ze sie cofnalem w czasie, w Warszawie po ulicach pomykaly Jelcze Ogorki a ja plakalem, ze nie mam ze soba aparatu, innym razem wpadlem do studzienki w ktorej ukryte byly modele w skali TT, innym razem z kolei znalazlem gdzies nieprzebrane ilosci biletow kartonowych, innym to razem owe bilety kupowalem przyprawiajac kasjerke o zawroty glowy ;-) ))

Sny sa odbiciem naszych marzen i lekow….

Chociaż grupę czytuję już od ponad roku i uważam się po trosze za MK (ale nie PKP) to dopiero wczoraj miałem pierwszy sen wyraźnie kolejowy. Otóż wyśnił mi się jakiś pociąg prowadzony przez EU07-228 (nie wiem czemu zapamiętałem numer). Pociąg ten w pewnym momencie minął semafor – duży, siedmiokomorowy (!) (największe semafory na PKP powinny mieć pięć komór jedna nad drugą, choć na kilku stacjach w drodze wyjątku eksploatuje się sześciokomorowe – psoras) – pokazujący cokolwiek dziwny sygnał: trzy pomarańczowe światła. A w chwilę potem tenże pociąg walnął w stojącego sobie na tym samym torze jakiegoś loka luzem. Z obu loków poszły w niebo fantastyczne iskry ale poza tym nic im się nie stało! Fajne, nie…

Pozwolcie, ze sie przedstawie: jestem studentem (biotechnologii) z Sopotu, zagladam tu juz od jakiegos czasu, co skutecznie rozbudzilo moja pasje kolejowa.
Do tego stopnia, ze jakies dwa – trzy tygodnie temu przysnilo mi sie, że jade moja Skoda po miescie (a zmotoryzowany jestem – to znaczy na jawie – zaledwie od pol roku), rozgladam sie – a tu zamiast drogowej, sygnalizacja kolejowa. Na mojej ulicy czasowe ograniczenie, przy wyjezdzie z osiedlowej tarcza manewrowa, semafory…
Tyle, ze jak sie obudzilem, to nie pamietalem juz jak ten sen sie skonczyl :-(
W kazdym razie bardzo mi sie to spodobalo.
Kilka dni przed tym snem sciagalem sobie z sieci zasady sygnalizacji – widocznie zrobilo na mnie wieksze wrazenie, niz bylem sklonny przypuszczac :-)

Kilka dni temu mialam sen. Do tej pory siedzi mi ten obraz w glowie. I raczej nie umknie.
Wyobrazcie sobie mnostwo czarnych parowozow (roznego typu), z czerwonymi kolami, ‘pasacych’ sie na zielonej lace, w sloneczku. :)

Tradycyjnie zapisuję sen kolejowy, jaki miałem ostatnio, żeby się nie zapomniał :-)
Otóż rzecz się miała na stacji Kozłów, która jednak nie przypominała Kozłowa faktycznego, a bardziej Mławę i to Wąską. Przyjechałem tam w celu pofotografowania czteroosiowych wagonów z UNRRY, jakie jeszcze stały w krzakach. Były w stosunkowo dobrym stanie, pomalowane na zielono. Na miejscu okazało się, że są one niemiłosiernie porośnięte bluszczem i jeżynami, i że w wagonach tych mieszkają wielodzietne rodziny kolejarskie. Pofoczyłem, budząc wielkie, albańskie zaciekawienie, zwłaszcza dziatwy. Już miałem się zwinąć, kiedy to jeden z kolejarze, zupełnie mnie ignorując, wykrzyknął “Teraz se trochę pojeździmy”.
Okazało się, że na czele tych wagonów (były tylko dwa) są dwa loki (SM30+SM42) malowane na zielono i sprawne, a których nie zauważyłem :-)
No i pan ruszył, robiąc uciechę nie tylko dzieciakom, ale także pozostałej wiarze. Okazało się, że pan pojechał do końca łukowatej bocznicy na której stały wagony, czyli około 200m. Ja się nie załapałem i byłem ostro wściekły, że mi nie powiedział wcześniej, że pojedzie…
Z tego wkucia aż się obudziłem… :-)

A teraz mój faworyt ;)

Miałem kolejny kolejowy sen, więc go tu zapiszę na niezapomnienie.
Tym razem akcja była taka: grupa z W.T.S.K. (Warszawskiego Towarzystwa Sympatyków Kolei – psoras) pojechała do Berlina na zaliczanko. Jeździliśmy najpierw tramwajami, które stały się jakimiś totalnymi hybrydami, bo zaczęły jeździć odcinki po S-Bahnie, częściowo jako rollercoaster, a w końcu jako jakiś total: wóz wjechał na jednoszynowe przęsło na Szprewą (która miała szerokość Wisły w Tczewie), prawie się spionizował, przęsło się przechyliło i Tram pojechał w poziomie, ale gdzieś 10cm pod wodą tejże Szprewy (wózki były zanurzone). Po drugiej stronie rzeki spotkaliśmy grupę członków KMPS (Klubu Miłośników Pojazdów Szynowych – psoras) (m.in., tg :-P ), która odprawiała jakieś modły na nieużywanych szynach S-Bahnu, klękając i bijąc pokłony. Potem tg wyjawił nam całą prawdę o KMPS w wielkiej tajemnicy – jest to w gruncie rzeczy tajna organizacja, której głównym celem jest przygotowanie świata na przyjście Golema! Golem przyjedzie na świat koleją, a najnowszy Głos (“Głos Maszynisty” – psoras) doniósł członkom KMPS, że będzie to S-Bahn, ale nie wiadomo który. Więc dlatego tu się tak modlą i proszą o radę ;-)
Potem obudziłem się, a szkoda…

A na koniec – mój :)

Śniło mi się, że wsiadlem do pociągu Arrivy (firma jeżdżąca w kujawsko-pomorskiem – psoras) w Grudziądzu. Skład: 5 dwójek pekapowskich i ludmiła PCC (lokomotywa spalinowa BR232 pochodzenia niemieckiego, niemogąca ogrzewać pociągów w Polsce ze względu na to, że zasila wagony prądem zmiennym 1500 V zamiast stałym 3000 V – psoras). Usiadłem w służbowym z kierpociem (kierownikiem pociągu – psoras) w mundurze przypominającym skrzyżowanie ubioru ickowego i mundurka szkolnego, z kapeluszem a’la Nelli Rokita na głowie. Powiedziałem coś w stylu “niezle to ogrzewanie wodne”, na co on z szelmowskim uśmiechem: “chodź, to coś ci pokażę”… przeskok, jestem na początku pociągu, gdzie ludmiła byla podłączona do wagonow nie hakiem i wężami gumowymi, ale od sprzęgu ogrzewania biegły druty, potem transformator (kwadratowa ramka metalowa, od strony ludmiły jeden zwój, od wagonu dwa) i prostownik (cztery diody w układzie Graetza, gdzie diody miały postać trójkąta z kreską jak na schemacie elektrycznym), a od tego biegly kable do wagonów i na tym się złącze trzymało. Po chwili patrzę przez okno w drzwiach, a tam jedzie obok nas Aron (osobnik z p.m.k., deklarujący chęć zastąpienia wszystkich kolei busami – psoras) (na oko dwudziestoletni, chudy facet) w busie koloru srebrnego, z klimą, futurystyczną linią okien i terenowym zawieszeniem(!). Nie wiem skąd, ale wiem, że on chce nas wyprzedzić, żeby przed nami wyciąć tory, łapię komórkę, wciskam przycisk nadawania (taki jak w krótkofalówce) z boku i krzyczę: “Szybciej!” na co ze słuchawki głos byłego premiera Kaczyńskiego: “Głosowałeś na mnie, to ci zaufam”, szarpnięcie, wyprzedzamy busa. Pociąg staje na wykończonym już, ale wciąż pustym przystanku na środku Ronda Reagana we Wrocławiu, wysiadam…
I koniec.

I to by było na tyle :)

Wybiórcza organizuje transport

21 wrzesień 2008 - autor: psoras

Ostatnio GW postanowiła zająć się organizacją transportu miejskiego w Polsce. Najpierw opublikowała artykuł o Wrocławiu. Wrocław jest zakorkowany. Co z tym zrobić? Zobaczmy:

Jak z tego wybrnąć? Na pewno miasto rozładuje Autostradowa Obwodnica Wrocławia. Ma być skończona wiosną 2011 roku. Niewątpliwie pomoże nam obwodnica śródmiejska, ale nikt nie wie, kiedy zostanie ukończona.
Władze stawiają na komunikację miejską. Pierwsza z dwóch linii szybkiego tramwaju ma połączyć Huby i Gaj z Maślicami, na których powstaje stadion piłkarski na Euro 2012. Nią kibice mają dojeżdżać już na mecze mistrzostw. Drugą pojedziemy z Leśnicy na Sępolno.
Rozbudowana komunikacja miejska ma sens pod warunkiem, że na rogatkach miasta powstaną wielkie parkingi, na których ludzie zostawią swoje samochody i przesiądą się do autobusów, tramwajów czy pociągów. Myśląc o rozwoju komunikacji miejskiej, trzeba o tych parkingach pamiętać. To model na Zachodzie sprawdzony.
Ważne są też parkingi w centrum miasta. Już dziś nie ma gdzie zaparkować. Za chwilę będzie to problem nie do przeskoczenia. Wystarczy pojechać do pobliskiej Pragi, by zobaczyć, ile aut chowa się pod ziemią. Jestem w stanie wyobrazić sobie taki podziemny parking nawet pod pl. Solnym, a sam plac wolny zupełnie od samochodów. Tak samo jak ulice okalające Rynek.
Kolejnym pomysłem jest metro. Oczywiście wielu uzna go za szalony. Odpowiem więc od razu: jakie jest szaleństwo w realizowaniu XIX-wiecznego pomysłu? Chyba takie, że jest tak stary. Metro nie zawsze musi iść pod ziemią. Skoro 300-tysięczne francuskie Lille mogło sobie zafundować dwie linie metra i jest z tego powodu szczęśliwe, to dlaczego nie może sobie na to pozwolić ponad dwa razy większy Wrocław?

Od razu widać, że artykuł pisała osoba, która na komunikacji miejskiej w ogóle się nie zna, a artykuł dostała jako chałturkę do odbębnienia.
Obwodnica autostradowa (AOW) i obwodnica śródmiejska (tzw. OŚka) w artykułach prasowych urastają do rangi remedium na całe zło korkowe. Kiedy jeszcze nie ukończona OŚka zaczęła się korkować, całą nadzieję przelano na obwodnicę autostradową. Jeśli wierzyć lokalnym mediom, po otwarciu AOW korki znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Osobiście w to nie wierzę.
Nie kwestionuję zasadności budowy obwodnicy (dzięki niej będzie można pozbyć się z miasta rozjeżdżających nawierzchnię ciężarówek), ale nie wierzę, aby zlikwidowała korki. Czemu? Bo ruch tranzytowy to znikoma część tego, co przejeżdża przez centrum Wrocławia – zdecydowana większość to ruch do i z centrum miasta, który na obwodnicę raczej się nie przeniesie.
Dalej – stwierdzenie o zasadności linii “tramwaju plus” (zwykły tramwaj, ale o wydzielonych torowiskach wysokiej jakości i przejeżdżający bez zatrzymania przez skrzyżowania) tylko pod warunkiem uruchomienia parkingów na obrzeżach miasta (Park&Ride – funkcjonuje już w Warszawie) jest dość dziwne – czyżby całe miasto już się przeniosło za miasto? Nikt nie mieszka już tam, gdzie tramwaje dojeżdżają? Nie twierdzę bynajmniej, że uruchomienie takich parkingów byłoby bezzasadne, ale podważanie zasadności budowy linii tramwajowej bez takiego parkingu na końcu jest – w mojej opinii – daleko idącym nadużyciem.
Parkingi w centrum miasta też bynajmniej nie są niepotrzebne, ale podawanie ich w kontekście remedium na korki to gruba przesada. Zwiększenie ilości miejsc parkingowych w centrum miasta skutkuje zwiększeniem atrakcyjności komunikacji indywidualnej, a co za tym idzie – dalszym wzrostem zatłoczenia ulic.
Metro? Wrocław leży na gruncie o wysokim poziomie wód gruntowych, co znacznie podniosłoby koszty budowy. Mamy też przykłady z całego świata, świadczące o tym, że nie zawsze jest potrzebne. W brazylijskiej Kurytybie zamiast metra zastosowano nowatorski system transportowy, który okazał się mieć taką samą szybkość i przepustowość jak linia metra. System ów oparty jest na dwuprzegubowych, wielkopojemnych autobusach, kursujących środkiem ulicy na wydzielonym pasie i zatrzymujących się na przystankach podniesionych na wysokość podłogi autobusu (bynajmniej nie niskopodłogowego). Autobusy te napędzane są tanim paliwem pędzonym z trzciny cukrowej. We Wrocławiu można by zastosować podobny system, tylko oparty na tramwajach, które w naszych realiach ekonomicznych są tańsze w eksploatacji. Kurytybski okazał się na tyle skuteczny, że pomimo wysokiego stopnia motoryzacji społeczeństwa i braku korków, ponad 80% podróży wewnątrzmiejskich odbywa się autobusem.
Ponadto w artykule nie wspomniano w ogóle o kolei miejskiej, która dla Wrocławia mogłaby być atrakcyjnym rozwiązaniem komunikacyjnym. Wystarczy spojrzeć na mapę Wrocławia, żeby zrozumieć dlaczego. Co więcej, o kolei miejskiej we Wrocławiu mówi się mniej więcej od lat 60. XX wieku, pisał też o niej Dutkiewicz. Ale, jak zwykle na PKP, niedasię.
Kilka dni później ukazał się podobny w tonie artykuł, tym razem w poznańskim dodatku regionalnym, namawiający do zbudowania zamiast tzw. III ramy (poznańskiego odpowiednika wrocławskiej obwodnicy autostradowej) dwóch linii metra.
Tu oddam głos Karolowi Tyszce, który na grupie pl.misc.transport.miejski napisał:

Wybiorcza od niedawna zabrala sie za kwestie transportu w miastach i pieprzy jak potluczona. Wroclaw porownuje do Lille, Poznan do Bilbao, na Krakow pewnie tez sie zacznie jakas nagonka…
Prawda jest taka, ze koszty metra nie koncza sie na jego budowie. Jest ono cholernie drogie w eksploatacji i naprawde wymaga duzych potokow pasazerskich, zeby sie w jakimkolwiek ulamku zwrocilo. Lille wybudowalo sobie sliczna, droga zabawke, ktora slicznie wyglada i jest och i ach. W artykule dla Wroclawia jednak NIC nie napisano o kosztach tejze inwestycji. W Bilbao zalatwili sobie Normana Fostera do budowy metra, ale chcialbym zobaczyc jego wykorzystanie – ide o zaklad, ze jest deczko pustawe mimo tego, ze zewnetrzne krance tras sa i tak konwersja podmiejskich linii kolejowych…
Jesli mozna za ta kase wybudowac 19km metra, to mozna za ta sama kase wybudowac znacznie wiecej linii tramwajowych, mozna stanac do przetargu o obsluge linii kolejowych i polaczyc je z siecia tramwajowa, mozna tez jednak dobudowac iles tam kilometrow drog. Dzieki II ramie Poznan moze nie jest tak dotkniety korkami jak inne wielkie miasta w Polsce, ale rozowo nie jest. I bedzie coraz gorzej. Dopiero po wybudowaniu sieci drog sluzacych wylacznie tranzytowi mozemy pomyslec nad budowa metra, monoraila, czy innej fudzibany napedzanej (podobnie jak niektorzy redaktorzy Wybiorczej) megaekologicznymi radioaktywnymi glonami…
Zreszta o czym ja mowie. Ci tu chrzania o metrze, a my tu nawet podstawowej integracji biletowej w powiecie nie mamy…

Gdybyż chodziło tu tylko o to, że redaktorzy chcą tylko odbębnić wierszówkę o byle czym… Ale niestety takie artykuły utrwalają magiczne myślenie narodu na temat komunikacji. I wrocławianie wciąż żyją w przekonaniu, że wystarczy AOW, a miasto się odkorkuje…
No i te propozycje… Niedługo “Gazeta” zaproponuje zapewne metro w Ostrzeszowie ;)

Royksopp – Remind Me

26 sierpień 2008 - autor: psoras

Znalazłem w necie taki teledysk… Jak dla mnie osoba, która go robiła, ma fioła na punkcie inżynierii. Filmik trafił mnie z dwóch stron: od strony zamiłowania do porządku i od strony zamiłowania do inżynierii :)
Może jest to pean na cześć kapitalizmu, globalizacji, konsumpcjonizmu i sprowadzania człowieka do roli trybika w machinie. Ale jednocześnie nikt nie zabrania trybikowi być trybikiem zadowolonym ;)

Wkurzyć Ruskich

20 sierpień 2008 - autor: psoras

Do naPiSania niniejszej notki skłoniła mnie akcja “Polskie Radio z Gruzją”. Nie chcę tutaj zbyt wiele miejsca poświęcać mojemu stosunkowi do konfliktu w Osetii, chciałbym tylko zwrócić uwagę na pewną ogólną tendencję, widoczną w polskich mediach, zdaje się, że zwłaszcza w Polskim Radiu, w tym mojej ulubionej “Trójce”.
Tendencję tą można streścić następująco: jeśli tylko jest jakaś okazja, żeby wkurzyć Ruskich, doprowadzić ich do białej gorączki i zrobić im wbrew, to polskie media ochoczo z tego korzystają. W czasie drugiej wojny w Czeczenii, choć już po oficjalnym jej zakończeniu, gdy media zaczęły donosić o trwających wciąż działaniach wojennych na terenie republiki (pamiętacie to jeszcze?), w Polsce odbył się festiwal kultury czeczeńskiej w Pałacu Kultury, a rok później na trasie Tłuszcz – Warszawa ruszył Czeczeński Wehikuł Kultury. Tymczasem całkiem możliwe, że reszta świata nie podziela przekonania, że Czeczeni są “tymi dobrymi facetami” – widziałem amerykański film (tytuł bodajże Przeczucie), w którym Czeczeni są przedstawieni jako islamscy fundamentaliści i terroryści, którzy chcą skazić jakieś amerykańskie miasto na 100 lat. Polacy są wprawdzie skłonni (po ataku na teatr na Dubrovce i szkołę w Biesłanie) przyznawać, że niekiedy Czeczeni przesadzają ze stosowanymi metodami, ale nie z pobudek fundamentalistycznych, a narodowowyzwoleńczych. A dla Polaka to kolosalna różnica.
O skłonności do traktowania przez Polaków Rosji we wszystkich konfliktach, w jakie się uwikła, jako “naszego wspólnego wroga”, świadczy też ogromne poparcie udzielone przez Polaków “pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie. To nic, że po wygranej rozpadła się na stronnictwa (J. Tymoszenko i W. Juszczenki), tak jak stało się po 1989 z “Solidarnością” (choć w mniej “hardkorowej” wersji – może dlatego, bo elektorat prorosyjski w Ukrainie jest większy od “betonowego elektoratu” postkomunistycznej sklerozy w Polsce). Ważnie, że są antyrosyjscy.
Nie można też zapomnieć o pomocy moralnej (bo z kasą krucho) dla opozycji białoruskiej oraz koncercie antyłukaszenkowskiego zespołu muzycznego w Studiu im. Agnieszki Osieckiej.
Wreszcie – wojna w Osetii. W polskich mediach praktycznie nie pojawia się informacja, że to armia gruzińska zajęła Osetię jako pierwszą. Abstrahując od tego, że fakt ten nie przesądza całkowicie o słuszności rosyjskiego najazdu, jest to pominięcie dość poważnego wątku debaty publicznej.
Co ciekawe, niechęć do Rosji łączy się u Polaków z sympatią do Rosjan. W okresie największego natężenia kampanii wyborczej Trójka zorganizowała dającą nieco wytchnienia od politycznych emocji akcję “Trójka przekracza granicę”, podczas której wysłano Michała Żakowskiego do Indii, Dariusza Rosiaka do Afryki, Wojciecha Cejrowskiego do Ameryki Południowej, oraz… Dymitra Strielnikowa do Rosji. Relacje z Rosji były jednymi z najbardziej popularnych, a wszyscy dzwoniący do studia słuchacze deklarowali swoją sympatię do Rosjan. Może szeregowi Rosjanie postrzegani są przez Polaków jako ofiary bezdusznego reżimu Putina i Miedwiediewa, a tym samym są po stronie “nasi”?…

Dziwny świat dziecka

11 sierpień 2008 - autor: psoras

Jak wiadomo, dzieci mają skłonność do tworzenia własnych, wirtualnych światów, w których żyją, tylko od czasu do czasu wystawiając nos do prawdziwego i stwierdzając, że jest brzydszy. Po pobycie nad morzem postanowiłem opisać świat moich sióstr, w który musiałem od czasu do czasu dawać się wciągać żeby nawiązać z nimi kontakt, ale po namyśle stwierdziłem, że ten, który stworzyliśmy wspólnie z braciszkiem, wcale nie jest gorszy. Postanowiłem więc opisać obydwa, tym bardziej, że jestem sam w domu i nie mam do kogo gadać, więc mi się zebrało na zwierzenia ;)

1. Świat mój i Michała

Trzymając się kolejności chronologicznej, należałoby najpierw opisać świat, w którym żyłem do ok. 2001 roku.

Mapa (wykonanie współczesne)


Mapa Archipelagu Zwierzątek

Nietrudno się chyba domyślić, że inspiracją były pluszaki i domowy kanarek ;)
Świat (Archipelag Zwierzątek) składał się z pięciu wysp, z których każda miała stolicę (Pieskowice, Królikowo, Kotkowo, Myszkowsko i Piórkowo – od imienia kanarka, które brzmiało Pióras, zdechł w 2005). Pomiędzy Wyspą Psów a Wyspą Królików znajdowała się Cieśnina Wielorybów, zamieszkała przez wieloryby. Ja mieszkałem na niby w Pieskowicach, w bloku (zawsze lubiłem bloki :) ) położonym tuż obok pętli tramwajowej i niewielkiego przystanku kolejowego, Michał w Myszkowsku, w obszernym, piętrowym budynku jednorodzinnym.
Jako że jestem miłośnikiem kolei, bardzo ważnym elementem świata była sprawna komunikacja miejska i międzymiastowa. We wszystkich metropoliach (z wyjątkiem najmniejszego Kotkowa) były tramwaje i metro, w Psłupsku (na Wyspie Psów) trolejbusy. Miasta łączyły linie kolejowe (przewoźnik: Pieskowickie Koleje Regionalne, które jako najlepiej zarządzane opanowały cały archipelag), w zdecydowanej większości zelektryfikowane, po których kursowały szybkie pociągi dalekobieżne (złożone z wagonów podobnych do stosowanych na PKP w pociągach Intercity, wtedy jeszcze w standardowym zielonym malowaniu, oraz wagonów silnikowych przypominających takież wagony z przodem Shinkansen) oraz często kursujące pociągi osobowe (przypominające popularne “kible”, tylko czystsze, wyłożone od środka ładniejszym laminatem i pomalowane w całości na czerwono). Wyjątkami były linie niezelektryfikowane. Na linii Pieskowice – Grzeczny Las kursowały zabytkowe pociągi prowadzone parowozem, na linii do Kotkowa – pociągi prowadzone lokomotywami podobnymi do amerykańskich F-unit lub E-unit z lat 40. XX wieku.
Komunikację uzupełniały (na najbardziej peryferyjnych obszarach) autobusy. Przystanki “na żądanie” miały zainstalowaną wewnątrz tablicy lampę, zapalaną za pomocą guzika na słupku.
Archipelag był częścią Polski, ale cieszył się znaczną autonomią. Panował w nim ustrój parlamentarny – premier Archipelagu (pluszowy pies Skajbo) pełnił jednocześnie funkcje w Polsce zarezerwowane dla prezydenta.

Miasta

Myszkowsko – stolica. Zbudowana w sposób podobny do Warszawy, jako miasto z rozwiniętą komunikacją miejską, ale jednocześnie przyjazne samochodom ze względu na szerokie ulice (w momencie, gdy wymyślaliśmy nasz świat, korki nie były jeszcze takim problemem). Mieszkała tu nasza niebieska pluszowa mysz, która jeździła mercedesem. W centrum miasta był rozległy plac, a na nim – olbrzymi pomnik urzędującego premiera na krześle obrotowym, które obracało się powoli (jak oceniam teraz, przejaw megalomanii godny Stalina :) ).

Królikowo – tutaj mieszkała pluszowa króliczyca Ela, której nikt nie dorównał w kopaniu tuneli. To ona zbudowała w mieście metro. Miała własną tajną stację, do której wchodziło się przez otwór przykryty klapą podobną do tych na kanałach ściekowych, ale zamiast litery “A” albo “K” (albo jakiejś innej – powinienem się spytać jakiegoś eksperta od kanalizacji, co to właściwie znaczy) widniała na niej litera “E”. Zbudowała ona także tunele łączące wszystkie systemy metra na świecie, ale tylko ona miała sterownik do prowadzących do tychże tuneli zwrotnic, w który wyposażyła wagon przerobiony ze starego tramwaju “Berolina” (choć wtedy jeszcze nie wiedziałem, że on się nazywa “Berolina” :) ). Dzięki temu metrem Eli można było dojechać niemalże wszędzie. W miastach, gdzie nie było metra, metro Eli miało tajne stacje, do których wejścia rozpoznawało się tak samo, jak to w Królikowie.
W mieście tym było też najniebezpieczniejsze skrzyżowanie całego Archipelagu – skrzyżowanie ulic Krowiej i Nasypowej, gdzie często dochodziło do wypadków. Wielokrotnie postulowano jego przebudowę, lecz plany zawsze rozbijały się o brak pieniędzy, urzędniczą inercję i niedasizm (to taki polski akcencik w naszym prawie idealnym świecie ;) ).

Pieskowice – ja wymyślałem to miasto, więc o nim wiem najwięcej ;)
Miasto, choć nowoczesne, było w całości otoczone murem. W większości zbudowane było w XIX wieku (centrum przypominało dziewiętnastowieczne dzielnice Wrocławia z jego szerokimi, poniemieckimi ulicami), w samym środku stał Dom dla Psów (powiększony Pałac Kultury, na którego dolnych piętrach mieścił się olbrzymi dom handlowy, po którym można było jeździć małymi elektrycznymi wagonikami), na obrzeżach było też blokowisko Psie Budy (w którym mieszkałem), poza murami – dzielnice willowe. Mało kto jeździł po nim samochodem, ponieważ komunikacja publiczna (szybkie tramwaje, metro i kolej miejska) była tak rozwinięta, że nie opłacało się korzystać z własnych czterech kółek ani czasowo, ani cenowo. Większość ważniejszych budynków miała własne tunele z piwnic do metra.
Główny dworzec kolejowy wzorowany był trochę na wrocławskim dworcu głównym, trochę na dworcu Warszawa Centralna. Dojeżdżało się do niego długim, jasno oświetlonym i pomalowanym na zielono walcowatym tunelem (po jednym dla każdego kierunku), który przechodził płynie w komorę rozjazdową, a potem w halę peronową. Tory znajdowały się między peronami nie parami, ale pojedynczo (do pociągów można było wsiadać z obu stron). Budynek dworca składał się z dwóch części położonych po dwóch stronach torów – jedna część (inspirowana dworcami Warszawa Centralna i Warszawa Wschodnia) była cała przeszklona, druga zaś przypominała wyglądem “Kameleona”. Łączyła je kładka na poziomie czwartego (ostatniego) piętra (na samą górę można było wjechać windą albo ruchomymi schodami), z której prowadziły całkowicie zadaszone całkowicie przeszklonym dachem ruchome schody i windy na peron.
Prócz tego dworca były jeszcze Pieskowice Szklane na terenie dzielnicy Szklane (przeszklona hala dworcowa, a obok Szklana Wieża – potężny lustrzany wieżowiec w stylu amerykańskim, siedziba Pieskowickich Kolei Regionalnych) oraz Pieskowice Zabytkowe – pierwszy dworzec w Pieskowicach, który, gdy okazał się za mały dla linii magistralnej, zaczął służyć linii zabytkowej do Grzecznego Lasu.
Pieskowicką ciekawostką komunikacyjną było jednopoziomowe skrzyżowanie dwóch tuneli metra, na którym ruchem sterowała sygnalizacja świetlna.

Kotkowo – miasto położone na małej, ale górzystej wysepce. Ciekawostką był w nim wysoki i długi wiadukt nad położoną w dolinie stacją kolejową, zabudowany identycznymi, tylko na różne kolory pomalowanymi domkami szeregowymi (!).

Oczywiście świat miał także swoich szwarccharakterów. Byli nimi mieszkający na pobliskiej wyspie złodzieje, którzy od czasu do czasu wybierali się na wyspy Archipelagu, żeby coś zwędzić. Od czasu do czasu udało się ich zatrzymać i urządzić im proces, co dawało pretekst do wygłaszania straszliwie długaśnych przemówień sądowych, w których się specjalizowałem (inspirowanych przemówieniem Gomułki z 1957 ;) )

2. Świat Antoniny i Mileny

Siostry zaczęły wymyślać swoją krainę wystarczająco późno, żeby nie było w nim żadnych widocznych wpływów z mojej. Ponieważ u nich najważniejszymi pluszakami były mama żyrafa i dziecko żyrafka, nazwały swój kraj Krainą Żyraf. Dźwięki wydawane przez żyrafy (podobne nieco do krowiego muczenia) siostry zinterpretowały jako “wę” i ta właśnie oralna imitacja jest wszechobecna w ich krainie.
W ich świecie panuje monarchia absolutna (jest sejm, ale tylko jako organ doradczy): wszystkim rządzi klacz Mila (widać od razu, że to dziewczynki ;) ), która oprócz bycia monarchinią jest także superbohaterką (Mila Superkoń), głową panującego wyznania krainy – Kościoła Końskokatolickiego (!), a jakby tego było mało, jeszcze przewodniczy chórowi kościelnemu w katedrze w Żyrafowie (musi mieć bardzo napięty grafik :) ). Jest zamężna z koniem Graczem, który z zawodu jest naukowcem i cały czas prowadzi eksperymenty (bardzo często wybuchowe). Mieszkają na otoczonym murem obszarze w samym środku krainy (mur ma za zadanie chronić krainę przed skutkami eksperymentów Gracza).
Główne miasta krainy to Żyrafowo i Wę, rejestracje Krainy Żyraf zaczynają się od WĘ.

Komunikacja

Jeśli myślicie, że te rejestracje są rejestracjami samochodów, to grubo się mylicie. W Krainie Żyraf udało się wyhodować specjalną rasę koni, które wyglądają jak zabawki z serii “Małe Kucyki”, potrafią udźwignąć żyrafę i nawet ciągnąc powóz z pięcioma żyrafami czy wóz towarowy wielkości naczepy ciężarówki są szybsze od samochodu. Część z nich wyposażona jest w skrzydła, dzięki czemu rozwiązuje się problem korków. Po miastach jeżdżą tramwaje konne i dorożki, miasta połączone są szerokimi i dobrze utrzymanymi koniostradami, po których jeżdżą dyliżanse, powozy i konie juczne oraz wierzchowe.

Zwierzęta Krainy Żyraf:

Małe Gracze

Małymi Graczami nazwano rasę małych koni (15 cm w kłębie), które powstały w wyniku jednego z eksperymentów Gracza. Błyskawicznie rozmnażały się przez podział, były pełne energii, a przy tym nie odznaczały się zbytnią inteligencją – potrafiły jedynie iść w jednym kierunku i śpiewać prostą melodyjkę, która brzmiała: “Tyrym, tyrym, tyrym tyrym tyrym” (niestety nie potrafię tu oddać melodii :) ). Przedarły się przez mur ochronny z łatwością. Na murze tym stały posterunki, ale z racji cięć budżetowych nie miały uzbrojenia; nie miały nawet czym rzucać w Małe Gracze, więc zaczęły rzucać obelgami (“Ty słoniu!”). Niestety, ze względu na swą nikłą inteligencję, Małe Gracze okazały się na to najzupełniej odporne.
Gracz natychmiast poleciał do Mili, aby jako Mila Superkoń powstrzymała Małe Gracze. Niestety, trwała właśnie próba chóru kościelnego i nie mógł się dostać do Mili przed zakończeniem próby. Chodził więc po korytarzu, z nerwów obgryzając kopyta. Tymczasem Małe Gracze docierały już do Żyrafowa.
Wreszcie próba się skończyła i Mila wyszła bardzo zadowolona z kościoła. Usłyszawszy od Gracza, co się stało, przywdziała natychmiast kontium Mili Superkonia i poleciała powstrzymać Małe Gracze, które tymczasem zdążyły już spowodować panikę na ulicach Żyrafowa. Mila skierowała Małe Gracze (za pomocą blokady z desek) do budynku parlamentu, po czym rozpoczęła sypanie do środka wiórów i kleju, wciąż dostarczając kolejne porcje. Małe Gracze, szukając sposobu na rozładowanie swojej niespożytej energii, z wiórów zrobiły zaś najdłuższą płytę paździerzową świata, sięgającą aż do Księżyca. Kiedy była gotowa, weszły po niej na Księżyc – ostatni, schodząc z płyty, trącił ją nogą, tak że poszybowała w kosmos. Od tego czasu Księżyc obraca się delikatnie, gdyż Małe Gracze chodzą po nim w kółko, a kiedy w księżycową noc wytęży się słuch, można usłyszeć “Tyrym, tyrym…”. Co ciekawe, gazety Krainy Żyraf, które rzecz jasna początkowo planowały poświęcić Małym Graczom dużo miejsca, ostatecznie ograniczyły się do krótkiej wzmianki, a pierwsze strony zajęła wielka afera polityczna (prezydent Węski nazwał premiera Węckiego słoniem). Jednak świat zewnętrzny przesącza się w głąb wewnętrznych światów dzieci ;)
Wkrótce potem udało się wyhodować Małe Gracze, które nie rozmnażały się przez pączkowanie i miały nieco więcej inteligencji. Ponieważ łatwo było je nauczyć prostych, powtarzalnych czynności i nigdy się nie nudziły, całkowicie odmieniły w Krainie Żyraf przemysł muzyczny (występowały jako “chórki”), transport (napędzały swą niespożytą energią, chodząc w karuzeli podobnej do tych dla chomików, niewielkie pojazdy dla żyraf, takie jak Wę 126p) i wiele innych gałęzi gospodarki. W tej sytuacji łatwo można było wybaczyć jedną niewielką inwazję ;) .

Haroldy

W pewien sposób przyczyniłem się do wymyślenia przez moje siostry ciekawego świata Haroldów. Otóż kiedy była niemowlęciem bardzo lubiła, jak się jej pokazywało tzw. “wąchala” (odpowiednio złożoną dłoń, która sprawiała wrażenie dziwnego zwierzęcia z długim nosem). Z czasem (kilka lat później) nadałem swojemu “wąchalowi” imię Harold. Dziewczynki natychmiast to podchwyciły i zaczęły wykorzystywać w zabawie. Szczęka mi jednak opadła dopiero wtedy, kiedy pośród ich rysunków znalazłem jeden, przedstawiający… parę Haroldów idących do ślubu! (Wyglądały jak ucięte dłonie z małymi nóżkami.) Oto, do czego zdolna jest wyobraźnia…

Areny

Najnowszy pomysł dziewczynek. Skąd one wytrzasnęły tę nazwę, nie mam pojęcia ;) Areny to słomkokształtne stwory żyjące w morzu. Zainspirowane (tak, zgadliście) słomkami do napojów.

Uważacie to wszystko za idiotyczne? Zastanówcie się nad tym, co wyście wymyślali w młodości ;)

Wyjeżdżam

27 lipiec 2008 - autor: psoras

Najpierw mam remont w chałupie, co odcina mnie od komputera, a komputer od Internetu, a potem wyjeżdżam z rodzinką na wakacje. Oznacza to, że w najbliższych tygodniach moja aktywność znacznie spadnie.

Zostańcie z koleją.


Projekcja mojego marzenia o wyjeździe do USA.


Bicie rekordu prędkości przez TGV.


I coś swojskiego – klimaty dość bliskie tym, w których ja się będę poruszać.

Wcześniejsze filmiki tu.

Kółeczko 04-06.07.2008

9 lipiec 2008 - autor: psoras

Ostrzeżenie dla osób wrażliwych na piękno fotografii: niektóre zdjęcia to totalne knoty.


“Jeździć, aż odpadną koła”…

Moje pierwsze wakacyjne kółeczko (wycieczkę kolejową) tego roku planowałem już od dawna. Dość długi czas układałem plany wyjazdu przy pomocy elektronicznego rozkładu jazdy pociągów, a gdy uznałem je za wystarczająco skrystalizowane, oczekiwałem na przypływ gotówki. Tenże nastąpił pierwszego lipca. Postanowiłem nie czekać długo i wyruszyć na wyjazd w najbliższy weekend.
W piątek wieczorem po powrocie z roboty wziąłem prysznic i plecak, po czym udałem się na dworzec, kupiłem bilet turystyczny I klasy za 80 zł i poszedłem na peron, aby tam oczekiwać podstawienia mojego pociągu do Gdyni, w międzyczasie zaopatrując się w coś do poczytania (“Murator”, oprócz posiadanych już “Kolei Małych i Dużych” z najnowszymi i zmodernizowanymi pojazdami elektrycznymi PKP, z których dwoma miałem w czasie tej wycieczki jechać).


Bar McDonald’sa na wrocławskim dworcu. Odwiedziłem go, ponieważ ssące uczucie w okolicach żołądka przypomniało mi, że nie jadłem kolacji.


Nowe oznaczenia polskich wagonów, zgodne z nowymi normami UIC.


PKP Wrocław Główny, peron najprawdopodobniej 4. Ktoś miał niezłą fazę :)

Wkrótce na torze 7 zameldował się mój pociąg “Rozewie” do Helu, prowadzony “bykiem” (lokomotywą serii ET22) o numerze inwentarzowym 365. Zapoznawszy się uprzednio z zestawieniem pociągu, wiedziałem, że wagony I klasy znajdą się na wysokości drugiego przejścia podziemnego, więc ustawiłem się tam i byłem pierwszym pasażerem w przedziale, co okazało się nader korzystne, bo pociąg był napchany. Tradycyjnie pomogłem sobie chemicznie w zaśnięciu dwoma “Żubrami” (dla mnie dawka najzupełniej wystarczająca), po czym uderzyłem w kimono, uprzednio nastawiwszy sobie budzik w komórce na godzinę planowanego przyjazdu pociągu do Tczewa, którą miałem ze sobą na wydrukowanym planie podróży.

Żegnaj nam, dostojny, stary Wrocku,
Rzeko Odro, żegnaj nam,
Załapałem się na “Rozewie” do Tczewa,
Byłem tam już niejeden raz.

Żegnaj więc, zapadła dziuro ma,
Już za chwilę ruszam na żelazny szlak,
Ile godzin cię nie będę widział, nie wiem sam,
Lecz pamiętać będę Cię i tak.

Pociąg opóźnił się 15 minut (jak się okazało, oczekując w Poznaniu na pociąg z Berlina, z którego mieliśmy zabrać wagon do Kaliningradu), miałem więc dość czasu, aby zebrać wszystkie swoje manele, pożegnać się ze współpasażerami i wyskoczyć na wysoki peron tczewskiej stacji.


Tczew o poranku. Lokomotywa mojego pociągu.


Perony w Tczewie i jedyna w swoim rodzaju kładka. Z lewej mój pociąg.


Kładka i “bipa” (piętrus) skośnodachowa, a zatem bardziej ceniona przez miłośników kolei, która właśnie przyjechała z Chojnic.


Gdzie poza Tczewem można zrobić zdjęcie WEWNĄTRZ kładki? :D


Chojnicka bipa widziana z kładki.


Wagon z Berlina do Kaliningradu. Przyjechał, razem ze mną, “Rozewiem”, a odjedzie, także razem ze mną, “Kalinką”.


Stary szynobus SA102 odjeżdża do Chojnic.


SU45 “Fiat” 115 robiła w Tczewie za manewrówkę, choć zwykle zadanie to powierzane jest “stonce”. Fiacior ów należy do PKP Przewozy Regionalne, a nie do PKP Cargo, więc wychodzi PR-om taniej używać jego, niż wynajmować stonkę.

Wkrótce potem nadjechał mój pociąg – pośpieszny “Kalinka” Berlin – Kaliningrad.


Wskutek doczepienia części z Berlina pociąg powiększył się o połowę. Ostatecznie miał 3 wagony długości. Polski wagon kursuje tylko do Braniewa.


Widok na rosyjskie wagony. Żeby wejść do sypialnego z Berlina, doczepionego na końcu, trzeba było mieć ważny bilet na niego – był niedostępny w komunikacji krajowej. Ten drugi był wagonem pierwszej klasy bądź sliperetką – bezprzedziałowym, o układzie siedzeń 1+2, bardzo wygodnym.

Tym razem celem mojej podróży było Braniewo – miasteczko położone o rzut beretem (moherowym i niedociążonym) od granicy z Obwodem Kaliningradzkim. Trasa wiodła przez Malbork i Elbląg.


Most w Tczewie z całą grozą swojej historii. Wygląda, jakby był połatany z kawałków różnych mostów, które przypadkowo trafiły w jedno miejsce. Nie jest łatwo zrobić mu zdjęcie, ponieważ most kolejowy jest mostem kratownicowym z jazdą dołem – na drugiej fotce w kadr wchrzanił się krzyżulec :)


Zamek w Malborku. Właśnie tak go widać z pociągu – kapitalnie. Zastanawiam się, czy Niemcy, którzy budowali tę linię, nie chcieli czasem osiągnąć efektu propagandowego, prowadząc linię kolejową tuż koło zamku. Mówili: “Patrzcie! Myśmy to zbudowali!” (A Polacy: “A myśmy zdobyli! No, właściwie to wykupili za zaległy żołd od czeskiej załogi, ale liczy się rezultat…”) :)


Stacja Malbork, zmiana lokomotywy na spalinówkę. Dalej pociągnie nas fiat 191.

Wkrótce po wyjeździe z Malborka moją uwagę zwrócił miłośnik kolei fotografujący mój pociąg. Zastanawiałem się, czy jego zdjęcie nie ukaże się wkrótce na TWB. I oto jest :)


Stacja Młynary, za szybą widoczne potężne hałdy węgla. Kręgi w butelce są rezultatem drgań przenoszonych przez konstrukcję wagonu od spalinówki. Przypomniał mi się “Jurassic Park” – sądząc z intensywności falowania wody, fiacior ma zdolność wprawiania w drgania taką samą, jak 3 średniej wielkości tyranozaury :)

I oto jesteśmy w Braniewie.


Stacja w Braniewie, szynobus z Olsztyna. Stacja najwyraźniej została niedawno wyremontowana, choć poza “Kalinką” dojeżdżają tu tylko 4 pary szynobusów z Olsztyna. Braniewo obsługuje więc imponujące 10 pociągów pasażerskich dziennie. Czy remont miał sens? Każdy remont ma sens. Pytanie raczej powinno brzmieć, czy nie było bardziej potrzebnych inwestycji.


Urząd Celny w Braniewie. Co ciekawe, budynek mieści również wyjście z przejścia podziemnego.


Braniewski dworzec. Imponujący. Zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę skalę miejscowości.


Hol dworca.

W tym mieście mieszkał mój ojciec przez pierwsze lata swojego życia. Czułem się więc zobowiązany rozejrzeć się trochę po mieście. Niestety, komunikacja łącząca Braniewo z Elblągiem realizuje motyw vanitas (1 para pociągów pośpiesznych, kilka autobusów, z czego większość w dni robocze), toteż miałem na zwiedzanie miasteczka 20 minut. Wtedy bowiem odjeżdżał autobus, a następny był (w soboty) dopiero za kilka godzin, a ja chciałem jeszcze zwiedzić Elbląg.


Tablice informacyjne przy dworcu. Całkiem niezły pomysł.


Ulica wiodąca do miasta. Typowa małomiasteczkowa zabudowa, znana mi również z Ostrzeszowa.


Ratusz w Braniewie. Budynek sążnisty, choć miasteczko niewielkie.


Cmentarz, na którym leżą moi pradziadkowie.


Główna ulica Braniewa.

Wkrótce z niewielkiego braniewskiego dworca autobusowego, położonego w bezpośrednim sąsiedztwie stacji kolejowej, zabrałem się autobusem PKS Elbląg do Elbląga.


Zdjęcie zrobione przez okno autobusu. Tzw. płyta węgierska (prefabrykowane płyty betonowe z rowkami na szyny o specjalnym, poziomym profilu), wersja wąskotorowa. Dotąd widziałem tylko wersję normalnotorową, więc trochę mnie to zaskoczyło, ale zaraz potem pomyślałem sobie: “Dlaczego nie?” :)


Dworzec autobusowy w Elblągu. Widać, że niedawno przeszedł remont.

Czas na Elbląg! A przede wszystkim elbląskie tramwaje :)


Oto używany tramwaj kupiony z Niemiec, tzw. helmut.


A oto znana mi już stopiątka. Choć to jest raczej osiemsetpiątka, bo w wersji wąskotorowej. Niełatwo się przestawić z normalnego toru na wąski :)


Kolejny helmut zbliża się do przystanku. Tym się zabiorę.

Zastanawiałem się kiedyś czemu elblążanie (a przynajmniej ich część) nie lubią helmutów. Przejażdżka tym “cudem techniki” pozwoliła mi z większym zrozumieniem spojrzeć na ich niechęć.
Przede wszystkim, taki helmut to właściwie stodwójka. Nieco porządniej wykonana i Made in Germany, ale jednak stodwójka. Zarówno pod względem wielkości, jak i konstrukcji nadwozia, także wieku, a nawet – o ile mogłem ocenić – napędu (rozruch rezystorowy, strasznie szarpie przy ruszaniu). Poza tym, ma zdecydowanie za mało drzwi (czasami cztery podwójne, ale czasami cztery pojedyncze), aby zapewnić szybką wymianę pasażerów w godzinach szczytu.


Przegub helmuta.


A po polsku brak :P (jest to informacja o tym, że pasażerowie nieposiadający biletu mają się zgłosić do kierującego pojazdem).

Obszedłem będącą w remoncie elbląską starówkę…


Deptak w centrum Elbląga. Co to za wieża – nie wiem, ale nieźle wygląda.


Nie dotyczy pojazdów zaopatrzenia. Mytych. Brudasy won :P


Elbląska katedra.

…aby znowu wrócić do tramwajów :P


Tramwaje przyszłosią komunikacji miejskiej. Fotkę dedykuję Arkowi z pl.regionalne.wrocław, który uważa, że należy je zlikwidować :)


Kilka fotek elbląskich tramwajów.

W tym miejscu pokusiłbym się o ogólną ocenę elbląskiego systemu komunikacji miejskiej. W Elblągu jest 5 linii tramwajowych (1-5) i 20 linii autobusowych (6-23, 30, 31 i nocna 100). System jest w miarę przejrzysty, duży plus należy się za wiszące w pojazdach schematy komunikacji miejskiej oraz za kampanię “Za gapowiczów płacimy my” (czy jakoś tak). Na uwagę zasługuje także ciekawy sposób poprowadzenia linii tramwajowych w taki sposób, że wszystkie przejeżdżają przez położoną w centrum miasta ul. 1 Maja, która dzięki temu staje się dogodnym punktem przesiadkowym. Na minus natomiast zapisać należy dużą liczbę niewyremontowanych torowisk (choć trzeba oddać sprawiedliwość, że dużo jest także tych wyremontowanych) oraz niedopasowaną sygnalizację świetlną (to chyba bolączka wszystkich polskich miast posiadających tramwaje).


Ciekawostka – elbląski elektryczny napęd zwrotnicowy. Wielgaśny jak nie wiem co.

Kupiłem dwa karnety wieloprzejazdowe i wpadłem w szał tramwajowy. Wsiadałem w każdy pojazd, jaki podjechał na przystanek, aby wreszcie obudzić się na jakiejś pętli, 20 minut do najbliższego tramwaju i 30 minut do odjazdu pociągu. Sprawy wcale nie poprawił przypadkowo napotkany autobus – ponieważ nie znałem miasta, wywiózł mnie na cmentarz na Dębicy. Na szczęście napatoczyła się taksówka :)


Dworzec PKP w Elblągu.

Wsiadłem w opóźniony o 10 minut pociąg pośpieszny z Suwałk do Szczecina, aby przedostać się z powrotem do Tczewa. Oznaczało to ponowne minięcie obu słynnych budowli, które już raz mijałem – malborskiego zamku i tczewskiego mostu.
Po co właściwie wracałem do Tczewa? Ano po to, żeby się przejechać najdłuższą niezelektryfikowaną linią kolejową w Polsce. Mowa o tzw. Ostbahnie.
Ostbahn (Wschodnia Królewska Linia Kolejowa) to dawna nazwa magistrali Berlin – Królewiec. To ona (a dokładniej odcinek Chojnice – Tczew) była tym “korytarzem”, który był jedną z bezpośrednich przyczyn wybuchu II wojny światowej. Ponieważ po wojnie linia przebiegała w poprzek potoków pasażerskich, a ponadto omijała kilka ważnych miast (Poznań, Bydgoszcz, Szczecin), prowadząc w dodatku “znikąd donikąd” (kto jeździ z Kostrzyna nad Odrą do Braniewa?), uległa w większości postępującej marginalizacji. Dziś, poza odcinkiem Tczew-Elbląg, jest już w zasadzie tylko wspomnieniem dawnej świetności.
I za to właśnie lubią tę linię miłośnicy kolei. Dlaczego? Ano dlatego, że kiedy stacje leżące na głównych liniach poddawane były modernizacjom, tutaj wszystko było po staremu. Wciąż królują tu semafory ramienne (dla niekumatych: jest to archetyp semafora, w przeciwieństwie do najczęściej spotykanych świetlnych), nastawnie wykonawcze i pędniowy napęd zwrotnic (dla niekumatych: jeśli widzisz czasami naprężone druty przebiegające nisko obok torów, są to pędnie – przekłada się nimi zwrotnice w taki sposób, że facet w nastawni przerzuca wajchę, tym samym ciągnie za drucik, a drucik biegnie z nastawni obok toru do zwrotnicy, gdzie ciągnie za iglicę). Ponadto można tu spotkać lokomotywy uważane przez wielu za najbardziej klimatyczne na polskiej kolei (a zarazem najbardziej paliwożerne) – ST44, czyli Gagariny. Ostbahn jest Królestwem Niezelektryfikowanych Rozkoszy, Spalinową Ekstazą, gdzie kolej wyzwala się z krępujących ją drutów i odkrywa nowe, niezelektryfikowane przestrzenie. Precz z drutami! Niech żyją spaliny!
Ale się rozmarzyłem… :)


Pociąg przyspieszony “Tur” z Gdyni do Chojnic. Czteroczłonowa bipa z bonanzą (wagonem bezprzedziałowym do linii lokalnych) – kwintesencja ostbahnowości. Za wyjątkiem elektrowozu…


Teraz to już stuprocentowa kwintesencja ostbahnowości :)


Mała panoramka wnętrza dolnego piętra Bipy. Uwieczniłem je, gdyż wróble ćwierkają o zbliżającej się nieuchronnie kasacji tych klimatycznych, ale przestarzałych wagonów.


- W jakim jesteś humorze?
- Jestem miłośnikiem kolei w bipie na Ostbahnie. Miłośnik kolei. W bipie. Na Ostbahnie. O co pytałeś? :)

Na stacji w Kwidzynie jest słynny satanistyczny słupek hektometrowy. Niestety nie mogłem zrobić mu zdjęcia, bo tylko śmignął za oknem :)


Typowa stacja na Ostbahnie – Czersk.

Na większości Ostbahnu prędkość maksymalna to 100 km/h (typowa zresztą dla niezelektryfikowanych linii głównych, takich jak te na Mazurach czy Lublin-Stalowa Wola – tylko na Węgliniec-Zgorzelec spalinowe pociągi wyciągają 120 km/h). Tory leżą tu na betonowych podkładach i choć czasami sprawiają wrażenie zajeżdżonych, to wciąż pozwalają na uzyskanie przyzwoitej prędkości. Poza tym, ponieważ pociąg którym jechałem jest przyspieszony, można patrzeć z okna Bipy na mijane w pędzie pomniejsze stacyjki i przystanki osobowe. Takie rzeczy tylko na Ostbahnie :)
Linia przeważnie dwutorowa, nieco przed Chojnicami przechodzi w jednotorową.
I oto są Chojnice. Miasto jest raczej niewielkie. Wiele osób kojarzy je z wakacyjnymi korkami przy wyjazdach nad morze. Ja kojarzę je głównie z dużą, pięcioperonową stacją węzłową na Ostbahnie :)
Dojeżdżając do peronów, mija się lokomotywownię, w której stacjonują dość liczne “gagariny”. Potem ląduje się na peronie dawnej stacji granicznej, która wyglądałaby (gdyby nie tabor) jak żywcem przeniesiona z lat 50.


Chojnice. Nietypowy żuraw wodny.


Chojnice, przejście podziemne. Świadectwo minionej świetności.


Chojnice. Kujawsko-pomorski szynobus SA106 z Bm-ką (niemieckim wagonem z lat 50.) jako pociąg Arrivy PCC do Bydgoszczy stoi sobie na stacji, oczekując godziny odjazdu.


Zbliżenie na wózek Bm-ki. Bardzo się różni od ukazanego na pierwszym zdjęciu wpisu wózka polskiego wagonu.


Tym z prawej przyjechałem, tym z lewej odjadę. Szynobus SA132 – 009.


Chojnicki zegar stacyjny. Kiedyś powszechnie spotykany, dziś rzadkość. Wciąż działa!


Chojnice, budynek stacyjny. Sfotografowany już z okna szynobusu.

Dalej pojechałem szynobusem. Wielu miłośników kolei nie lubi szynobusów. A właściwie, wyrażając się bardziej precyzyjnie, jest to klasyczne “love&hate” – kochają szynobusy za to, że pomagają zachować ruch na wielu liniach, które w przeciwnym wypadku zostałyby zawieszone, ale nienawidzą ich za wypieranie ukochanych i klimatycznych bip i bonanz. Ja swoją jazdę szynobusami po Ostbahnie wspominam jako bardzo wygodną jeśli chodzi o wytłumienie nierówności – poduszki gumowe robią swoje – ale za to raczej niewygodną, jeśli chodzi o ilość miejsca na nogi (jestem wysoki – 2,06 – a szynobusy są często obliczane “na wcisk”, bo urząd marszałkowski może się dzięki temu pochwalić, że kupił pojazd o większej liczbie miejsc siedzących), choć kończyny mi nie drętwiały. Wiedziałem też, że pojazd ma klimatyzację, jednak być może ze względu na późną porę (18.47) nie włączono jej.
Szynobusy mają też stosunkowo wysokie przyspieszenie i mocne hamulce. Najczęściej mają przekładnię hydromechaniczną (hydrauliczne sprzęgło, mechaniczna skrzynia biegów), pozwalającą na stosunkowo płynny rozruch. Interesującym gadżetem jest kibel próżniowy przypominający nieco ten w Ickach, wsysający nieczystości do dziury, przez którą przysiągłbyś, że nie przejdą :)
Ostbahn na odcinku Piła – Chojnice jest jednotorowy, ale prędkość wciąż jest przyzwoita (80-100 km/h). W Pile przeskoczyłem na drugą stronę peronu do identycznego szynobusa, tym razem jednak jadącego do Krzyża i posiadającego numer inwentarzowy 011. Za Piłą Ostbahn znów stał się dwutorowy.


Szynobus wewśrodku.


Szynobus na stacji w Krzyżu.

Krzyż jest klasycznym przykładem miasta wokół stacji (jak Jaworzyna Śląska). Wielka stacja, na której Ostbahn krzyżuje się z magistralą Szczecin – Poznań, ulokowana jest w małym (6 tys.) miasteczku Krzyż Wielkopolski. Nawet nazwa miejscowości pochodzi od faktu skrzyżowania w niej linii kolejowych.

Czekając na odjazd pociągu, obserwowałem manewry. Do pociągu “Hetman” dołączane są tutaj trzy pierwsze wagony i lokomotywa “Gorzowiaka” plus jeszcze jedna lokomotywa. Co ciekawe, lokomotywy te o własnych siłach nie przejeżdżają ani centymetra – manewruje nimi “stonka”. Było już ciemno, więc zdjęcia niestety są ziarniste.


Dworcowe koty w Krzyżu.


Pociąg pośpieszny “Ketman”, yyy, “Hetman” z trzema pierwszymi wagonami od “Gorzowiaka”. Na odcinku Krzyż – Gorzów Wielkopolski ciągną go dwie lokomotywy.

Obserwując ciekawe krajobrazy wokół tej części Ostbahnu, doczekałem się całkowitego ściemnienia. Zdążyłem się nawet trochę zdrzemnąć. W końcu pociąg dotarł do Gorzowa Wielkopolskiego, największego (oprócz niewiele większego Elbląga) miasta na Ostbahnie. Gorzów, podobnie jak Elbląg, posiada tramwaje, jednak nie wąskotorowe, a normalnotorowe.


Peron w Gorzowie przez okno szynobusu. Widoczne odbicie szynobusowego przegubu. Trzy nazwy miejscowości na jednym zdjęciu :)

Ostatnią część Ostbahnu przejechałem po ciemku szynobusem serii SA133, w zasadzie identycznym (poza typem silnika) z SA132. Ten konkretny miał numer inwentarzowy 006.


Szynobus już w Kostrzynie.

Kostrzyn jest stacją dwupoziomową leżącą na skrzyżowaniu Ostbahnu i Nadodrzanki (Szczecin – Zielona Góra – Wrocław). Na dole są perony nr 3 (wysoki) i 4 (wąski i niski), a na górze 1, 2 i 5, z którego odjeżdżają pociągi do Berlina i na który prowadzi osobna kładka z budką dla Straży Granicznej, obecnie nieobsadzoną. Przejście podziemne prowadzące z poziomu górnego ma podłogę nieco wyżej od peronów poziomu dolnego. Budynek stacyjny jest – co ciekawe – jeden dla obu pięter, ale z górnych peronów można wejść do niego tylko przez tunel.


Stacja w Kostrzynie, poziom dolny. Ci z rowerami czekali na ten sam pociąg co ja.

Pociąg, do którego wsiadłem, jechał ze Świnoujścia do Szklarskiej Poręby, Katowic i Bielska Białej. Spodziewałem się więc potężnego tłoku, ale okazało się, że jest prawie pusty. Bez trudu znalazłem niezajęty przedział I klasy, “wziąłem na sen” i poszedłem spać.
Obudził mnie długi postój w Kędzierzynie-Koźlu. Na tej stacji odczepiono część katowicką (wagony do Szklarskiej Poręby odczepiono w Zielonej Górze), po czym do ostatnich 3 wagonów podjechała lokomotywa i pociągnęła je do Bielska-Białej.
Za Kędzierzynem pociąg osiąga przyzwoite 120 km/h, ale niestety wkrótce zwalnia i przez większość drogi wlecze się 40 km/h, tylko z rzadka przyspieszając do 60 km/h. Widać jednak, że trwa właśnie remont trasy, więc być może się to zmieni.


Kawałek wyremontowanego toru. Widać świeży tłuczeń.


Rybnik. Typowe górnośląskie bloki.


Górnośląskie krajobrazy. Wbrew obiegowej opinii, GOP jest bardzo silnie zalesionym regionem, a powietrze jest tam naprawdę czyste. Większość najbardziej trucicielskich fabryk została zamknięta, a te, które pozostały, muszą spełniać surowe normy rodem z Brukseli.

I oto jestem na stacji Bielsko-Biała Główna.


Pociąg, którym przyjechałem.


Pociąg InterCity “Kaczyński”, yyy, “Baczyński” do Warszawy (a gdzieżby indziej?).


Hol dworca. Widać, że niedawno remontowany.


Ogólny widok stacji. Widać wagony Bdhpumn – drugą generację piętrusów na PKP – znacznie różniące się konstrukcyjnie od bip.

Pokręciłem się trochę po stacji robiąc zdjęcia, aby wkrótce zameldować se w kiblu do Wadowic.


Kibel do Wadowic. Pociągi typu EN57 często zwane są przez miłośników kolei kiblami. Nie znam źródła tego przezwiska, ale bardzo ono do nich pasuje.


Wnętrze typu fulllastik. Swego czasu na grupie dyskusyjnej pl.misc.kolej ukazał się o nim tekst piosenki:
“Hi Barbie
Hi Ken!
Do you wanna go for a ride?
Sure Ken!
Jump In…
I’m a barbie girl, in the barbie world
In fullplastic, it’s fantastic! ;)
(…) “


Na szczęście byłem uzbrojony w bilet I klasy, więc nie musiałem się zapoznawać z wątpliwymi urokami jazdy na plastikowym siedzeniu – ten konkretny kibel, w przeciwieństwie do większości, wyposażony był w I klasę :)

Ruszamy.
“Klasyczne i dla każdego MK miłe dla ucha: wrrrrrrrrrrrrr,
pssssssssssttttttt, młeeeeeeee, młeeeee, młeee, młe, młe, młe, młe….. :-)
Kibel “huczy, buja, łomoce, chrzęści, dzwoni, trzęsie się” pośród pięknych krajobrazów Beskidów, gór bez kitu. Prędkości nie powalają – 40, 60, 80.


Wiem, że przystanek jest zarośnięty, ale żeby aż tak to podkreślać? :)

W końcu pociąg dotarł do JP2 City.
W Wadowicach nad stacyjnymi trawnikami wciąż unosi się woń zielonej farby. Stacja wygląda tak, jakby wciąż trwał na niej remont, albo jakby ktoś ów remont zaczął, ale nigdy nie dokończył. Nowiutkie przejście podziemne (które według mnie przy panującym na tej stacji ruchu jest całkowicie zbędne) wciąż jest zabite deskami. Semafory są wymieniane na prawie identyczne, tylko nowe. A tymczasem poza “Papieskim” jeździ tam 1 para pociągów z Krakowa, 7 par pociągów z Bielska-Białej i 1 para pociągów pośpiesznych Świnoujście – Zakopane.


Pociąg odpoczywa przy niskim peronie drugim. Peron pierwszy, widoczny po lewej, jest wysoki.


Zamknięte (jeszcze?) przejście podziemne.


Wyremontowany budynek stacyjny.


Ogólny widok na perony.

Co do samych Wadowic: jeśli masz odrobinę szacunku dla zmarłego Papieża, NE JEŹDZIJ TAM. Teraz w miasteczku robią kasę na symbolach związanych z Janem Pawłem II, że wspomnę tylko słynne kremówki.


Wadowicki rynek.


Mierni, bierni, ale wierni :P


Godna uwagi inicjatywa wadowickiego samorządu.


Armia się reklamuje :P


Jakie to szczęście, że we Wrocławiu jest tylko jeden liczący się klub sportowy – Śląsk…


Kolejna rzecz warta uwagi – sygnalizacja przy wyjeździe z remizy.


Stary i nowy semafor.

Gdy wróciłem na stację, zebrało się już na niej sporo ludzi. Wszyscy czekali na jeden pociąg – Papieski, zwany też “kremówką” lub “papakiblem”. Jest to jednostka 14We, zbudowana z wykorzystaniem podzespołów znanego nam już “kibla”. Drgania są w niej nieco lepiej wytłumione, ale wciąż szarpie przy ruszaniu i wciąż żre prąd jak kto durny. Za to przynajmniej ma klimę…

Kremówka przy peronie.


Kremówka w środku. Przyczepiłbym się jedynie do siedzeń – są trochę za małe jak na mój gust. Ekrany służą do wyświetlania filmów o Papieżu, a kiedy akurat żaden nie leci, bo przemówienia Papieża są bez wizji, włączany jest na nie widok z przedniej kamery.

Podróż Pociągiem Papieskim okazała się nadspodziewanie wygodna, zwłaszcza że klimatyzacja działała pełną parą, chłodząc moją rozgrzaną głowę. Pociąg dwukrotnie zmienia kierunek jazdy, w Kalwarii Zebrzydowskiej Lanckoronie i Krakowie Płaszowie, ale jazda tyłem nie jest bardzo dokuczliwa. Obserwacja ekraniku przy włączonej kamerze nie wywołuje choroby lokomocyjnej.
Trawniki stacji mijanych po drodze też noszą jeszcze ślady zielonej farby. Nowiutkie, ale nieużywane perony pomiędzy Wadowicami a Kalwarią Zebrzydowską Lanckoroną zarastają powoli trawą. Dalej jest lepiej, bo kursują tam regularne pociągi do Zakopanego, ale za to działają graficiarze. Kilka budynków stacyjnych w obrębie samego Krakowa już wygląda nie najlepiej.
Dojechawszy do Krakowa, postanowiłem coś zjeść, zrobiłem się bowiem głodny. Wiedziałem też, że w tym mieście pójście do McDonalda byłoby profanacją, toteż udałem się do baru sałatkowego w okolicach Rynku :)


Galeria Krakowska. Wieża przywodzi mi na myśl skojarzenia z hitlerowskim monumentalizmem, znanym m. in. ze Stadionu Olimpijskiego i siedziby policji we Wrocławiu.


Bombardier NGT6 przed Galerią Krakowską.


Kraków ma fajne, stylizowane słupki przystankowe w centrum miasta.


Wagon tramwajowy SN2 ustawiony w charakterze ekspozycji na krakowskim Rynku.

Nie rozejrzałem się bardziej po mieście, bo śpieszno mi było na dworzec :D
Tym razem zabrałem się wagonem elektrycznym EN81. W celach marketingowych jest on nazywany przez producenta “elektrycznym autobusem szynowym” – choć to określenie na mój gust oznacza po prostu tramwaj :) EN81, podobnie jak Pociąg Papieski, miał klimę, dzięki czemu znowu ogarnął mnie przyjemny chłodek :)
Linia (a właściwie ogryzek) do Wieliczki to dość interesujący kawałek kolejowego świata. Gdzie indziej na czynnej linii kolejowej wiszą na peronach tabliczki “Peron nieczynny”? :D Była stacja Wieliczka też sprawia dość dziwne wrażenie. Kiedyś miała kilka torów towarowych i dwa pasażerskie – dziś właściwie też je ma, ale czynny jest tylko jeden tor pasażerski. Reszta jest zarośnięta i zardzewiała. Pociągi kończą bieg nie na byłej stacji Wieliczka, ale na przystanku osobowym Wieliczka Rynek, o esowato wygiętym peronie długości chyba trzech kibli, na którym zatrzymuje się krótki EN81.


EN81 na stacji Wieliczka Rynek. Pomimo dużej konkurencji ze strony busów, połączenie kolejowe jest dość popularne.

Wróciłem do Krakowa Płaszowa i wsiadłem w pociąg do Wrocławia od razu na początkowej stacji, żeby tłok był jak najmniejszy :)


Wózek EN81. Widoczne poduszki gumowe i elementy metalowo gumowe prowadzące zestawy kołowe.


Mój pociąg do Świnoujścia. Ten obok jechał do Słupska.

W drodze do Wrocławia zdrzemnąłem się trochę przy otwartym oknie (bo pociąg był nagrzany). Dojechałem planowo o 23.00 i wróciłem tramwajem do domu.
THE END

Ilu użytkowników grupy dyskusyjnej pl.misc.kolej potrzeba, żeby zmienić żarówkę?

27 czerwiec 2008 - autor: psoras
  • 1 który zgłosi na grupie dyskusyjnej potrzebę wymiany żarówki,
  • 14 którzy podzielą się doświadczeniami przy zmienianiu żarówki i napiszą o tym, jak inaczej można było to zrobić,
  • 7 którzy ostrzegą o niebezpieczeństwach grożących przy zmianie żarówki,
  • 10 którzy podczepią się do tematu i napiszą, że w pociągach powinno być przywrócone oświetlenie żarówkowe zamiast jarzeniowego, bo jest bardziej klimatyczne,
  • 10 którzy się nie zgodzą i podejmą z nimi dyskusję na 234 posty,
  • 14 którzy napiszą, że skoro żarówka i tak jest przepalona, to może zamontować oświetlenie wzorowane na wagonowym,
  • 1 który napisze, że zamiast żarówek lepiej używać lamp naftowych, bo powodują mniejszą emisję gazów cieplarnianych,
  • 1 który napisze, że żarówka przepaliła się z powodu przeciążenia sieci przez pociągi wożące po 15 osób w woj. lubelskim, a jeśli ktoś się z nim nie zgadza, to najwyraźniej nie zależy mu na wymianie żarówki,
  • 5 którzy nazwą go idiotą i wspólnie z nim zrobią flejma na 572 posty,
  • 1 który powie, że NTG i żeby to zgłosić na pl.misc.oswietlenie,
  • 2 którzy zaczną się kłócić, że jednak na pl.misc.elektryka,
  • 19 którzy zaproponują utworzenie grupy pl.misc.wymiana.zarowki,
  • 11 którzy obronią temat mówiąc, że wszyscy używają żarówek więc temat pasuje,
  • 13 którzy napiszą żeby użyć groups.google.pl zanim napisze się kolejne pytania o żarówki,
  • 7 którzy wytkną błędy gramatyczne/ortograficzne w postach na temat wymiany żarówki,
  • 5 którzy pojadą tym co wytykali błędy,
  • 3 którzy poprawią te błędy,
  • 6 którzy będą się kłócić czy pisze się “żarówka”; czy “rzarówka” i 6 którzy powiedzą im że są głupi,
  • 2 profesjonalnych elektryków którzy poinformują wszystkich że mówi się “lampa”,
  • 15 wszechwiedzących, którzy twierdzą że siedzieli w tym temacie i mówi się “żarówka”,
  • 36 którzy będą debatować która metoda zmieniania żarówek jest lepsza, gdzie kupić żarówki, jakiej marki i które są wadliwe,
  • 28 którzy zrobią flejma na 1548 postów na temat tego, czy lepsza jest żarówka zwykła, czy energooszczędna,
  • 7 którzy podeślą linki gdzie można zobaczyć różne przykłady żarówek,
  • 4 którzy napiszą że te linki nie działają i podeślą nowe,
  • 13 którzy zacytują kilkanaście postów, a pod cytatami pisząc: “Ja też” / “Zgadzam się”,
  • 5 którzy napiszą że odchodzą z grupy, bo nie mogą dłużej znieść kontrowersji wokół żarówek,
  • 4 którzy napiszą że “TO JUŻ BYŁO!”,
  • 1 który okazyjnie zapyta się: jak wymienić klakson?
  • 1 który odpowie na oryginalny post po pół roku i zacznie temat od nowa,
  • 15 którzy podzielą się swoimi doświadczeniami w dziedzinie podkręcania żarówek,
  • 1 aby zmienić żarówkę i napisać że żarówka została zmieniona.

Rozwój a transport publiczny

18 czerwiec 2008 - autor: psoras

Mottem niniejszych rozważań pragnę uczynić wypowiedź pewnego Francuza, dojeżdżającego do pracy (25 km) pociągiem:

Jestem za wygodny na jazdę samochodem. Wsiadam do pociągu, wyciągam poranną gazetkę i za 15 minut jestem na miejscu.

W czasie, kiedy wszyscy podniecają się opublikowaną właśnie książką o Wałęsie, postaram się oderwać od polityki i zabrnąć w rozważania komunikacyjne.
Po takim początku wiele osób spodziewa się straszliwie nudnego (dla większości) wywodu o końcówce drążka poprzecznego Ikarusa 280, optymalnym sposobie rozwiązania komunikacji szynowej we Wrocławiu bądź też rozłożeniu potoków pasażerskich w sieci autobusów pośpiesznych Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. Spokojnie, nic takiego nie planuję.
Chodzi mi o zwrócenie uwagi na coś innego.
Otóż w krajach “nowobogackich” – takich jak Polska – które niedawno dopiero poczuły zapach wielkiej kasy, gdzie od zaledwie kilku lat na samochód pozwolić sobie może każdy, społeczeństwo motoryzuje się na potęgę. I nie mam nic przeciwko kupowaniu przez ludzi samochodów, a jak je już kupią – jeżdżeniu nimi. To zrozumiałe. Kto zainwestował kilkadziesiąt tysięcy w autko, nie będzie chciał już podróżować powolną i zatłoczoną komunikacją miejską i wiecznie spóźnionymi Polskimi Kolejami “Niedasię” Państwowymi.
Charakterystyczne jest natomiast to, że władza nie robi nic lub robi niewiele, aby komunikacja publiczna przestała być powolna i spóźniająca się (na tłok wielkiego wpływu nie mają). Priorytetem dla wszystkich kolejnych rządów są autostrady, które dziwnym trafem nie powstają.
Mieszkam we Wrocławiu, mieście wiecznie zakorkowanym. Miejsce na poszerzanie dróg wiodących do centrum już się skończyło. Teraz ludzie mówią o budowanej właśnie obwodnicy autostradowej jak o lekarstwie na całe zło, że korki po jej otwarciu znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy tymczasem mnie się wydaje, że niewiele to zmieni. Dlaczego? Bo gros ruchu samochodowego to ruch do i z centrum miasta, a on się przecież nie przeniesie na obwodnicę. Wystarczy popatrzeć na rejestracje samochodów stojących w korku – zdecydowana większość zaczyna się na DW. Tymczasem dobrze zrobiona komunikacja publiczna (często kursujący tramwaj z priorytetem na skrzyżowaniach i systemem autobusowych linii dowozowych, uzupełniony koleją miejską) pomógłby rozładować korki, przejmując tych, którym byłoby po drodze. Ale komunikacja publiczna traktowana była do niedawna zdecydowanie po macoszemu, a remonty torowisk odbywały się głównie przy okazji remontów ulic.
Bardzo prawdopodobne, że takie podejście do komunikacji publicznej to spuścizna po peerelu. Wtedy kto miał samochód, ten był królem szosy, przede wszystkim dlatego, bo w zasięgu wzroku często nie było ani jednego innego samochodu. Mój dziadek miał wołgę, a potem fiata 125p, ponieważ był wysokiej rangi oficerem, czyli jak na peerel prawdziwym krezusem. Komunikacja publiczna była wtedy środkiem dowozu klasy robotniczej (czyt. trzody ludzkiej) do socjalistycznego zakładu pracy. Z założenia była powolna i niewygodna, ale nie było dla niej alternatywy – samochód pozostawał poza zasięgiem przeciętnego człowieka. Szczytem marzeń był “maluch”, a jak ktoś miał większe aspiracje, to polonez. Nic więc dziwnego, że gdy tylko samochód przestał być nieosiągalny, ludziska rzucili się na giełdy samochodowe i do salonów. Obecnie malucha można mieć już za mniej niż 500 zł.
Szczególnie jaskrawo widać antytramwajowe i prosamochodowe podejście w Rosji i na Ukrainie. Są to kraje, jak wiadomo, od Polski biedniejsze, które stały się “nowobogackie” nieco później. Tamtejsze koleje trzymają się dobrze, ale głównie dlatego, bo są wrośnięte w państwo w tym samym stopniu, co PKP za peerelu. W Rosji tramwaje znikają z ulic wielu miast dosłownie z dnia na dzień. Co do Ukrainy, przyjrzyjcie się planom komunikacyjnym dotyczącym dowozu do stadionów. O ile w Polsce planuje się doprowadzenie do obiektów jakiegoś rodzaju komunikacji szynowej (Wrocław – “tramwaj plus”, czyli zwykły tramwaj, tyle że z nowym taborem, wydzielonym torowiskiem i priorytetem na skrzyżowaniach, być może też prowizoryczny peron na czas mistrzostw przy pobliskiej linii kolejowej), to na Ukrainie mowa głównie o drogach dojazdowych (stadion we Lwowie – czteropasmówka i nowe linie autobusowe).
Pewien specjalista od komunikacji, zapytany o przyczynę korków, powiedział z rozbrajającą szczerością: “To nie drogi są za wąskie – to samochodów jest za dużo.” Możnaby powiedzieć, że to ten sam problem, tylko od drugiej strony. Dowcip polega jednak na tym, że o ile ilość samochodów na drogach można zmniejszyć, o tyle nie za bardzo jest gdzie dalej poszerzać drogi.
Na szczęście zmienia się też nastawienie władzy (przynajmniej we Wrocławiu) do komunikacji publicznej. Niedawny remont placu Grunwaldzkiego został przez kierowców ogłoszony fiaskiem – przejazd przez plac (zamieniony w rondo im. Ronalda Reagana) się nie poprawił, wciąż tworzą się przed nim korki. Moim zdaniem, poprawiłby się tylko wtedy, gdyby zrobiono w miejscu ronda tunel, i to głęboki, bo pod powierzchnią placu jest już tunel dla pieszych. Natomiast dla komunikacji publicznej plac na pewno jest sukcesem – poprawiła się jakość przesiadek. Podobnie jest z remontem placu Powstańców Wielkopolskich (samochodom zostawiono jedynie dwa tranzytowe kierunki) oraz ulicy Szewskiej, zamienionej na deptak z tramwajem. W trakcie remontu jest linia kolejowa Wrocław Psie Pole – Trzebnica, po której wkrótce mają ruszyć szynobusy, mówi się o reaktywacji linii Wrocław – Kobierzyce – Świdnica Przedmieście, biegnącej do najpopularniejszego miejsca weekendowych wypadów wrocławian – góry Ślęży. Liczba pociągów osobowych na magistrali podsudeckiej (Leginca – Jawor – Strzegom – Jaworzyna Śląska – Świdnica – Dzierżoniów – Ząbkowice Śląskie – Kamieniec Ząbkowicki) wzrosła z 6 do 14. Kolej na Dolnym Śląsku po latach zastoju odbija się od dna.
Niestety wciąż daleko nam do Niemiec, gdzie na linii Goerlitz (57 097 mieszkańców) – Drezno (505 563 mieszkańców) pociągi jeżdżą co 15 minut. Może… kiedyś…